niedziela, 22 maja 2022 12:00

[Wywiad] Wiedziała, że ryzykuje życie, ale postanowiła jechać do bombardowanego Mariupola po rodzinę

Autor Joanna Jamróz-Haładyj
[Wywiad] Wiedziała, że ryzykuje życie, ale postanowiła jechać do bombardowanego Mariupola po rodzinę

Gdy Rosja zaatakowała Ukrainę, Daria zadzwoniła do swoich mieszkających w Mariupolu bliskich, by namówić ich do ucieczki. -Natychmiast zaczęłam dzwonić do mamy, żeby dowiedzieć się, co się dzieje w mieście, i poprosiłam, żeby od razu stamtąd wyjechali. Niestety odmówili - wspomina w rozmowie z Głosem24. Kiedy Mariupol znalazł się w centrum szalejącej wojny, pomimo grożącego jej niebezpieczeństwa, postanowiła wyruszyć do Mariupola, by ratować swoją rodzinę.

Mieszkająca w Czernichowie Daria Steshkina postanowiła wyruszyć do Mariupola, by ratować swoją rodzinę. O strachu o życie swoich bliskich i o tym, co było dla niej najtrudniejsze podczas miesiąca spędzonego w centrum wojny, opowiada w rozmowie z Głosem24.

Daria Steshkina z mężem przed wybuchem wojny/ Fot.: Daria Steshkina
Daria Steshkina z mężem przed wybuchem wojny/ Fot.: Daria Steshkina


Czy pamiętasz dzień, w którym Rosja zaatakowała Ukrainę?

– Poranek 24 lutego pamiętam, jakby to było wczoraj... O szóstej rano obudził mnie telefon od szefa. Krzyczał, że zaczęła się wojna i że trzeba pilnie wywieźć moich bliskich z Mariupola. Jego słowa mnie zszokowały i natychmiast zaczęłam dzwonić do mamy, żeby dowiedzieć się, co się dzieje w mieście, i poprosiłam, żeby od razu stamtąd wyjechali. Niestety odmówili.

Co robiłaś kilka dni przed wojną, czy obawiałaś się jej wybuchu?

– Pewnie jak większość Ukraińców żyłam zwyczajnym życiem, chodziłam do pracy, robiłam plany na przyszłość. Oczywiście atmosfera w powietrzu była dość nerwowa i martwiło mnie ogłoszenie przez Putina niepodległości nieuznawanych republik, czyli DNR i LNR. Pomyślałam, że może być niebezpiecznie w Donbasie, ale nie wyobrażałem sobie nawet, że rozpocznie się prawdziwa wojna na pełną skalę.

Po ataku Rosji na Ukrainę nie zdecydowałeś się wyjechać z kraju. Dlaczego?

– Nie mogłabym wyjechać z kraju, wiedząc, że moja rodzina przebywa w najgorętszej strefie, że nie jest bezpieczna. Nawet nie wyobrażam sobie, co by się stało, gdybym była za granicą.

Tata i siostra Darii przed wybuchem wojny/ Fot.: Daria Steshkina
Tata i siostra Darii przed ich garażem przed wybuchem wojny/ Fot.: Daria Steshkina

Nie dość, że zostałaś w kraju, to jeszcze zdecydowałaś się jechać w samo centrum wojny. Wszystko po to, by ratować swoich bliskich.

– W pierwszym tygodniu wojny najeźdźcy zniszczyli całą infrastrukturę miasta. Nie było prądu, wody i gazu. Zasięg był bardzo słaby i dostępny tylko w jednej dzielnicy. Z każdym dniem sytuacja w mieście się pogarszała. Mój tata kontaktował się ze mną raz na trzy dni, a potem nagle zniknął. Sąsiedzi zdołali skontaktować się ze swoją córką, która mieszkała nieopodal moich rodziców i dowiedziałam się od niej, że mój tata został ranny w nogę. Bardzo się wtedy przestraszyłam. Nie wiedziałam, jak poważna była rana ani czy był w stanie chodzić. Kilka miesięcy przed wojną rodzice zabrali babcię do domu. Miała udar, ledwo mogła chodzić i potrzebowała specjalistycznej opieki. A teraz tata z raną... Nie będąc w stanie dowiedzieć się, jak radzi sobie twoja rodzina, po prostu zwariowałabyś. A 26 marca wszystkie ukraińskie sieci zostały zamknięte na całym wybrzeżu, od Mariupola po Berdiańsk. Następnego dnia postanowiłam pojechać ratować moich bliskich. Oczywiście nic nie wiedzieli o mojej decyzji. Najpierw musiałam dostać się do centrum wolontariatu w Zaporożu. Następnie, aby jechać do Mariupola, jedyną możliwą opcją było dołączenie do kolumny samochodów. W tym czasie większość podróżujących w dwie strony kierowców ochotników odmówiła wjazdu do miasta ze względu na ciągłe ostrzały i ryzyko podróży w jedną stronę. Dlatego kolumnę prowadzili głównie ludzie, którzy mieli swoich krewnych i znajomych w zniszczonym mieście. Ponieważ nie miałam samochodu, po prostu wsadzili mnie do auta z dziewczyną o imieniu Lena, która jechała do Mariupola, by ratować swoją matkę. Nawiasem mówiąc, to była pierwsza przejażdżka Leny po zdobyciu prawa jazdy. Minęłyśmy 26 rosyjskich posterunków. Kiedy już wjechałyśmy do miasta, rozstałyśmy się. Mój dom znajdował się niedaleko wjazdu do miasta, teren już został zajęty i nie było walk, tylko czystka. Umówiłyśmy się, że odbierze matkę, moich rodziców i mnie. Matka Leny mieszkała na terenie kontrolowanym wówczas przez Ukrainę i musiała przejechać przez linię frontu. Niestety nie przyjechała po nas i do tej pory nie wiem, co się z nią stało. Mam nadzieję, że opuściła Mariupol i skorzystała z innego wyjścia z miasta.

Tata i siostra Darii przed garażem po wybuchu wojny/ Fot.: Daria Steshkina
Tata i siostra Darii przed garażem po wybuchu wojny/ Fot.: Daria Steshkina

Wiedziałaś, że to bardzo niebezpieczne, ale mimo wszystko postanowiłaś ratować bliskich.

– Oczywiście zrozumiałam, że tam jest wyjątkowo niebezpiecznie, ale moi najbliżsi potrzebowali mojej pomocy. Moim celem było odnalezienie ich i jak najszybsza ewakuacja. Niestety, rzeczywistość Mariupola jest taka: jeśli nie masz sprawnego samochodu i/lub masz starców z niepełnosprawnością – wydostanie się z miasta staje się prawdziwym wyzwaniem. Mieliśmy wiele szczęścia, że wujek znalazł przewoźnika, który nas wydostał.

Ile dni spędziłaś w Mariupolu, czekając na ewakuację?

– Spędziłam w Mariupolu cały miesiąc i w tym czasie dużo widziałam. Spałam w piwnicy z rodziną i sąsiadami, którym udzieliliśmy schronienia. Nauczyłam się rąbać drewno, bo cały czas gotowaliśmy na ogniu, wiem już, jak naprawiać dach i poznałam wiele innych rzeczy, których wolałabym nie znać. Stałam w niekończących się kolejkach po wodę i jedzenie, nauczyłam się odróżniać różne rodzaje ostrzału: dźwięk pocisków artyleryjskich różni się od dźwięku bomb lotniczych itp. Widziałam grobowce na ulicach i kompletną dewastację. Teraz wygląda na to, że odwiedziłam inną rzeczywistość.

Co było dla ciebie w tamtych dniach najtrudniejsze?

– Dla mnie najtrudniejsze było zrozumienie, że nie jestem wolna. Nie wolno dzielić się swoimi przemyśleniami, obawiając się o własne życie i życie swoich bliskich. Niczego nie posiadasz, o niczym nie decydujesz. Jesteś po prostu nikim. Wcześniej było to moje rodzinne miasto, moja okolica. Teraz wszystko jest zniszczone i wydaje mi się to dziwne. Boli mnie widok mojego taty, który był tak przerażony, że, gdy znalazł ukraińską flagę, konwulsyjnie próbował ją ukryć przed okupantami, ale najbardziej rozpłakałam się w momencie, w którym moja młodsza siostra po raz pierwszy od wybuchu wojny zaczęła grać na fortepianie i wybrała ukraińską piosenkę „The night is so bright”. Nasza mama tak się przestraszyła tego, że rosyjscy żołnierze nazwą nas nazistami, iż przerywała jej, prosząc o zagranie kolejnego utworu. Pewnego dnia martwiłam się, że, jak się zdenerwuję, to naprawdę będę walczyć z okupantem gołymi rękami.

Siostra Darii na zniszczonej ulicy w Mariupolu / Fot.: Daria Steshkina
Siostra Darii na zniszczonej ulicy w Mariupolu / Fot.: Daria Steshkina

Teraz jesteście bezpieczni?

– Teraz w końcu jesteśmy bezpieczni i postanowiliśmy zostać na Ukrainie, w domu rodziców mojego męża. Ale wierzę całym sercem, że Mariupol znów będzie Ukrainą i moja rodzina będzie mogła wrócić do swojego domu.

Fot.: Daria Steshkina

Europa i świat

Europa i świat - najnowsze informacje