niedziela, 21 lipca 2024 03:32

"Był to człowiek w nieustannym poszukiwaniu”. Dyrektor Narodowego Starego Teatru wspomina Jerzego Stuhra

Autor Mirosław Haładyj
"Był to człowiek w nieustannym poszukiwaniu”. Dyrektor Narodowego Starego Teatru wspomina Jerzego Stuhra

– Przypominam sobie ten jego jubileuszowy spektakl. Miałem wtedy poczucie, że publiczność dosłownie unosi się dwa metry nad ziemią. Panował nad każdym gestem, grymasem, detalem intonacyjnym i wytwarzał rodzaj specyficznej atmosfery – wspomina Jerzego Stuhra w rozmowie z Głosem24 Waldemar Raźniak dyrektor Narodowego Teatru Starego im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie. – Był inteligentem europejskiego formatu i imponował tym nie tylko mi, ale całemu naszemu środowisku. Tak więc jego odejście jest dla polskiego teatru, tak, jak i dla Narodowego Starego Teatru w Krakowie olbrzymią, olbrzymią stratą.

9 lipca w wieku 77 lat zmarł Jerzy Stuhr. Wybitny aktor jeszcze w trakcie studiów na PWST związał się (jak się później okazało na 30 lat) ze Starym Teatrem w Krakowie. To tu stworzył niezapomniane kreacje w spektaklach reżyserowanych m.in. przez Konrada Swinarskiego, Jerzego Jarockiego, Jerzego Grzegorzewskiego czy Andrzeja Wajdę. W pamięci widzów Starego zapadną takie kreacje, jak: Mistrz ceremonii, Belzebub w „Dziadach” w reżyserii Konrada Swinarskiego, Piotr Wierchowieński w „Biesach”, Wysocki w „Nocy Listopadowej”, AA w „Emigrantach”, Hamlet w „Tragicznej historii Hamleta księcia Danii”, Porfiry Pietrowicz w „Zbrodni i karze”, Papkin w „Zemście” w reżyserii Andrzeja Wajdy, Student w „Procesie”, Jasza w „Wiśniowym sadzie”, Horodniczy w „Rewizorze”, Basilio w „Życie jest snem” – w reżyserii Jerzego Jarockiego, Dziennikarz w „Weselu”, Trigorin w „Dziesięć portretów z czajką w tle”, Kalikst w „Tak zwanej ludzkości w obłędzie” – w reżyserii Jerzego Grzegorzewskiego czy Fikalski w „Z biegiem lat, z biegiem dni” w reżyserii Andrzeja Wajdy i Anny Polony.

– To był czas, kiedy chodziło się do Narodowego Starego Teatru, wówczas Starego Teatru, między innymi po prostu na Stuhra. I zresztą sam Jerzy Stuhr mówił o Starym Teatrze również jako o swoim teatrze - wspomina Waldemar Raźniak dyrektor krakowskiego teatru.

Ostatnią rolą Jerzego Stuhra w Starym Teatrze był Profesor Ned Wilkinson w wyreżyserowanych przez niego „Wielebnych” Sławomira Mrożka (2001).

30-letnią drogę Jerzego Stuhra z Narodowym Starym Teatrem im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie w rozmowie z Głosem24 przybliża dyrektor Waldemar Raźniak.

Dyrektor Narodowego Starego Teatru im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie Waldemar Raźniak/Fot.: Natalia Kabanow
Dyrektor Narodowego Starego Teatru im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie Waldemar Raźniak/Fot.: Natalia Kabanow

Panie dyrektorze, jak zareagował pan na wiadomość o śmierci Jerzego Stuhra?

– Z pewnością jest mi bardzo smutno z tego powodu, że już nie porozmawiamy, że już nie będziemy mieli okazji do wymiany doświadczeń. Będzie mi też brakowało jego poczucia humoru. To paradoks: szeroka publiczność kojarzy Jerzego Stuhra głównie z jego ról komediowych i specyficznego poczucia humoru. A ten jego humor nie był na pokaz, on był jego nieodzowną częścią, towarzyszył mu w najdrobniejszych sytuacjach codziennego życia. Był to człowiek, który pogodą ducha okraszał życie innych ludzi. Bardzo często w trudnych momentach potrafił poprawić wszystkim nastrój czy rozładować napięcie jakimś celnym i dowcipnym spostrzeżeniem. Jest mi bardzo smutno, że nie usłyszę już jego charakterystycznego głosu, że nie zobaczymy go w kolejnych rolach, na które próbował zdobywać się w najbardziej dramatycznych momentach swojego życia, kiedy wymagało to od niego maksymalnej mobilizacji wszystkich sił. Tak (domyślam się) było w przypadku tej ostatniej, czyli Konstantego Stanisławskiego w sztuce Tadeusza Słobodzianka „Geniusz”, którą zagrał w Teatrze Polonia w Warszawie. Ale podobnie wspominam genialne role w jednoaktówkach Czechowa, czyli w "32 omdleniach” w reżyserii Andrzeja Domalika. On wyczuwał empatię publiczności i sprawował nad nią pełną kontrolę. Potrafił dać wtedy z siebie pięćset procent. Przypominam sobie ten jego jubileuszowy spektakl. Miałem wtedy poczucie, że publiczność dosłownie unosi się dwa metry nad ziemią. Panował nad każdym gestem, grymasem, detalem intonacyjnym i wytwarzał rodzaj specyficznej atmosfery. Na pewno tych wrażeń będzie mi ogromnie brakowało. Jego śmierć to wielki smutek i wielka strata.

Pan Waldemarze, miał pan przyjemność współpracować z Jerzym Stuhrem. Jak wspomina pan tamten czas?

– W pewnym momencie współpracowałem z nim w teatrze dość blisko, nie tylko dlatego, że był on opiekunem naszego roku aktorskiego i reżyserował nasz dyplom, ale również dlatego, że zatrudniał mnie w różnych przedsięwzięciach. Z czasem stałem się kimś w rodzaju jego bliskiego współpracownika, również na Wydziale Teatru Tańca w Bytomiu, gdzie wykładał. Był taki moment, w którym z powodów zdrowotnych musiał nagle przerwać swoją pracę, a ja zostałem wyznaczony na kogoś, kto mógłby jego projekt dokończyć. Chodziło o adaptację powieści Horace'a McCoya "Czyż nie dobija się koni?". To było dla mnie bardzo interesujące doświadczenie, ponieważ mogłem niejako wejść w buty Jerzego Stuhra. Przed przymusową przerwą zdążył jeszcze zaakceptować obsadę i projekty scenografii Jurianny Jur, natomiast moim zadaniem było wyreżyserowanie studentów. Zresztą później, gdy wyzdrowiał, przyjechał na przedstawienie i pamiętam, że bardzo je przeżywał. Zobaczył swój zamysł trochę w innym wymiarze, zaskoczyła go poetyckość języka, którą wraz ze studentami zaproponowaliśmy. Ta współpraca zaowocowała pewnego rodzaju bliskością. Wspominam Jerzego Stuhra jako ważną dla mnie osobę, przede wszystkim jako autorytet. Na każdym etapie mojej ścieżki zawodowej, gdy byłem czy to dziekanem, czy prorektorem Akademii Teatralnej w Warszawie, czy w momencie objęcia Dyrekcji Narodowego Starego Teatru, Jerzy Stuhr w jakiś sposób mi towarzyszył, wspierając radą i dobrym słowem. To była bardzo ciekawa i ważna współpraca.

Dorobek Jerzego Stuhra jest imponujący, stworzył szereg filmowych ról, jak te z "Wodzireja" Feliksa Falka, czy "Amatorze" Krzysztofa Kieślowskiego, zapisał się też w historii polskiej komedii kreacjami w "Seksmisji", "Kingsajzie" czy "Kilerze". Nie można też zapomnieć o postaci osiołka ze "Shreka", która jest pewnie szczególnie bliska młodszemu pokoleniu...

– Do tego, co pan powiedział, należy wspomnieć o wielkim dorobku ról, które zagrał w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie. Co osiągnął w ramach działalności filmowej czy dubblingowej to jedno, ale osobną kwestią są role teatralne, które z natury rzeczy miały mniej odbiorców. Zapisały się one głównie w pamięci widzów (bowiem teatr jest nietrwały), a były nie mniej legendarne i kultowe. Dużą część tych ról mogłem oglądać jedynie na nagraniach video w trakcie studiów, bo były to przedstawienia, w których profesor Stuhr występował w młodości. Nie mniej, każda z jego kreacji - czy to w "Zbrodni i karze" Dostojewskiego, "Emigrantach" Mrożka, „Nocy listopadowej” Wyspiańskiego - w reżyserii Andrzeja Wajdy, „Wiśniowym sadzie" w reżyserii Jerzego Jarockiego, czy jego Belzebub w "Dziadach" Swinarskiego - była prawdziwym artystycznym wydarzeniem, zamkniętym artystycznie dziełem, na temat którego powstawały prace naukowe, które inspirowało wielu ludzi ze środowiska, zarówno aktorów, krytyków, teoretyków teatru, reżyserów, jak i po prostu zwykłą publiczność. To był czas, kiedy chodziło się do Narodowego Starego Teatru, wówczas Starego Teatru, między innymi po prostu na Stuhra. I zresztą sam Jerzy Stuhr mówił o Starym Teatrze również jako o swoim teatrze. Oczywiście był to teatr pewnego określonego czasu. Swoimi dokonaniami zapisał się w pamięci krakowskiej widowni teatralnej. Zresztą nie tylko krakowskiej, bo na przykład ze "Zbrodnią i karą" zjeździli kawał świata i wszędzie byli podziwiani oraz gorąco oklaskiwani. Tak więc jego odejście jest dla polskiego teatru, tak, jak i dla Narodowego Starego Teatru w Krakowie, olbrzymią, olbrzymią stratą.

Mówiąc o jego międzynarodowych sukcesach możemy zaryzykować tezę, że Jerzy Stuhr byłby międzynarodową gwiazdą, że podbił by Hollywood, gdyby nie to, że prime jego kariery przypadł na czasy PRL-u?

– Poruszył pan tutaj szerszy temat. Wydaje mi się, że nie jest to tylko kwestia spuścizny PRL-u, że w większym stopniu jest to sprawa popularności języka. Język polski jest jednym z trudniejszych, a osób, które nim władają,  niepomiernie mniej niż posługujących się angielskim, chińskim czy hiszpańskim. Akurat nasza rodzima twórczość czy to teatralna, czy filmowa jest bardzo mocno osadzona w języku i nasza gra, a co za tym idzie, także popularność, bierze się z autentyczności, organiczności zbudowanej naszym sposobem przeżywania, odbioru rzeczywistości, opartej na niuansach naszego języka i kultury. Mamy aktorów światowej klasy, ale w pełni zrozumiali są oni co najwyżej w kontekście europejskim. Zresztą Jerzy Stuhr to doskonale wiedział, podobnie jak Wojciech Pszoniak. Stąd ich starania opanowania obcych języków, zawojowania zagranicznych widzów, ale nie Hollywood. Jerzego Stuhra zatrzymywali przechodnie i prosili o autografy w Rzymie. Podobnie portrety Pszoniaka z jego autografami widywałem w zamkach nad Loarą. Udało im się wyjść poza polski kontekst. W porównaniu do budżetów hollywoodzkich kino moralnego niepokoju było mocno niedofinansowane, ale też na tym budowało swoją wartość. Za PRL-u w Europie panował kult polskiego kina. Nie na darmo Andrzej Żuławski, Krzysztof Kieślowski czy Andrzej Wajda realizowali filmy we Francji.

A pan posiada swoją ulubioną rolę Jerzego Sturha?

– Jak najbardziej. Przede wszystkim bardzo cenię go za role teatralne. Szczególnie w pamięci utkwiła mi jego kreacja w monodramie "Kontrabasista" Patricka Süskinda. Wspominał kiedyś, że grał go też po włosku, co dowodziło niespotykanych umiejętności. Był to człowiek w nieustannym poszukiwaniu, któremu, gdy miał takie poczucie, że coś osiągał, przestawało mu to wystarczać. Czuł, że musi coś jeszcze przekroczyć. Stąd jego aktywność również na polu kultury włoskiej i perfekcyjne opanowanie tego języka. To budziło szacunek i podziw. Wracając do jego roli w "Kontrabasiście”, to był godzinny seans obcowania ze sztuką aktorską Jerzego Stuhra, gdzie pokazywał pełnię środków aktorskich, począwszy od tych komicznych, przez te czysto psychologiczne, kończąc na emocjonalnych – wywoływania wzruszenia u widzów, tworzenia z nimi szczególnej więzi. Z kolei moją ulubioną rolą filmową Jerzego Stuhra jest ta z "Wodzireja" Feliksa Falka. Tutaj bardzo interesujący jest sposób, w jaki z postaci negatywnej (która jest w jakimś sensie antypatyczna poprzez swoje kombinatorstwo i determinację w tym, by piąć się po kolejnych szczeblach kariery) stworzył kogoś, komu mimo wszystko współczujemy, widząc, jaką cenę ponosi za podążanie obraną przez siebie ścieżką. Te jego dwie kreacje wspominam jako emblematyczne dla jego twórczości.

Już trochę panu o tym powiedział, ale czym najbardziej imponował panu Jerzy Stuhr?

– To była z pewnością postać światowego formatu. Doskonale znał języki obce. Jego kunszt doceniało wiele osób na świecie, m. in. włoski reżyser Nanni Moretti, czy Europejska Akademia Filmowa. Osobiście imponował mi sposobem myślenia wykraczającym poza horyzonty naszego domowego ogródka, polskiego myślenia. Był inteligentem europejskiego formatu i imponował tym nie tylko mi, ale całemu naszemu środowisku. Wydaje mi się, że fakt, iż przez 12 lat był rektorem Akademii Sztuki Teatralnej w Krakowie, dowodzi tego, jak wielkie zaufanie pokładało w nim środowisko teatralne. Drugą sprawą są jego umiejętności pedagogiczne. Wraz z nim obcowało się pośrednio z Kieślowskim, którego filmy montował (tam do kosza leciały takie sceny, takie sceny! - mówił). Ze Swinarskim, gdzie, grając Belzebuba, otrzymał od reżysera zadanie wymyślenia spoiwa całego spektaklu. Trzecia sprawa to skala jego zainteresowań, począwszy od scenariopisarstwa, przez reżyserię filmową, teatralną, operową, aktorstwo, aktorstwo dubbingowe, na felietonistyce kończąc.

Fot. główne: Jerzy Stuhr (UMK), Dyrektor Narodowego Starego Teatru im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie Waldemar Raźniak/Fot.: Natalia Kabanow

Kraków - najnowsze informacje

Rozrywka