poniedziałek, 7 lutego 2022 08:30

"Gdyby żyła, dałaby znać" − niewyjaśnione zaginięcie dziennikarki z Łodzi

Autor Katarzyna Jamróz
"Gdyby żyła, dałaby znać" − niewyjaśnione zaginięcie dziennikarki z Łodzi

Zaginięcie Iwony Mogiły-Lisowskiej, do którego doszło prawie 30 lat temu, to jedna z najbardziej tajemniczych spraw kryminalnych w Polsce. Ojciec kobiety, Adam Puzio, przez lata robił wszystko, by dowiedzieć się, co tak naprawdę stało się z jego dzieckiem. Zaginięcie kobiety wielokrotnie poruszano w programie 997, a samemu prowadzącemu — Michałowi Fajbusiewiczowi — nigdy nie dało spokoju.

Iwona przyszła na świat 22 sierpnia 1961 r. we Wrocławiu, a wychowała się i dorastała w centrum Polski, w Łodzi. Mieszkała w rodzinnym domu z ojcem Adamem, matką Henryką i dwiema siostrami. Starszej Urszuli, podczas porodu, uszkodzono nerw, przez co dziewczyna od urodzenia była upośledzona i chorowała na padaczkę. Młodsza siostra miała na imię Ewa. Iwona była szczupłą kobietą o wzroście 165 cm. Wyróżniała się urodą, miała ciemne, kręcone włosy i zielone oczy. Jej bliscy twierdzą, że była energiczna i dynamiczna. Mimo że ojciec dziewczyny oczami wyobraźni widział swoją córkę jako przyszłą lekarkę, to kobieta nie mogła poradzić sobie z widokiem krwi. Wybrała dla siebie inną drogę. Uwielbiała sztukę i wszystko, co było z nią związane. Chodziła na wernisaże, to było jej prawdziwą pasją. Wybrała kulturoznawstwo na Uniwersytecie Łódzkim.

Nie było tak, jak wyglądało na pierwszy rzut oka

Jeszcze na studiach poznała starszego od siebie mężczyznę, Macieja, z którym po jakimś czasie wzięła ślub. Mężczyzna z zawodu był uznanym instruktorem sztuk walki. Ze względu na to, że na swoim koncie miał wiele osiągnięć karate, postanowił otworzyć własną szkołę, w której jako trener mógłby szkolić inne osoby. I tak też się stało. W oczach rodziny mąż Iwony był troskliwym partnerem, na którego dziewczyna zawsze mogła liczyć. Córka nigdy nie dawała rodzicom powodów do zmartwień. Niestety, za zamkniętymi drzwiami ten związek wyglądał zupełnie inaczej. Relacja młodych pogarszała się z miesiąca na miesiąc. Kobieta nie potrafiła znieść ciągłych kłótni i awantur. Małżeństwo nie przetrwało próby czasu, para rozwiodła się w 1987 r.

Miała zacząć nowe życie

Iwona po rozstaniu chciała zacząć nowe życie, pełne spokoju i możliwości realizacji ukochanych pasji. Szukała pracy, która odpowiadałaby jej zainteresowaniom. Przyjęła posadę dziennikarki w nieistniejącej już łódzkiej telewizji Tele24. Po dwóch latach od rozwodu drogi Iwony i Macieja zeszły się na nowo, a para postanowiła spróbować odbudować swój związek. Młoda kobieta zaczęła rozmyślać nad spełnieniem marzenia, jakim było kupno domu. Po pomoc finansową udała się do rodziców, którzy z entuzjazmem podeszli do pomysłu córki. Cena domu, który Iwona wybrała, była bardzo atrakcyjna, ale wymagał on gruntownego remontu. By móc zrealizować swój plan, kobieta postanowiła, że będzie wyjeżdżać do Niemiec, do prac sezonowych, by zarobić na jego wyremontowanie.

Gdy stan domu jednorodzinnego znajdującego się przy ulicy Świetlików 10 w Łodzi na to pozwolił, wraz ze swoim byłym mężem wprowadzili się do niego. Wciąż trwały prace remontowe, dlatego gdy Iwona wyjeżdżała za zachodnią granicę Polski, budynku pilnował Maciej, który doglądał pracy robotników. Dziennikarka zastanawiała się nad sensem kolejnych wyjazdów. Nie ukrywała tego, że była zmęczona ciągłą gonitwą oraz rozłąką z bliskimi. Gdy w 1991 r. ukończyła studia, poczuła, że to odpowiedni czas na to, by założyć rodzinę.

Iwona Mogiła-Lisowska zaginiona dyplom historia kryminalna
Dyplom Iwony Mogiły-Lisowskiej / Fot.: Zaginieni przed laty 

Ostatnie spotkanie

10 listopada 1992 r. Adam Puzio, ojciec Iwony, wrócił z Jugosławii, gdzie przez jakiś czas zajmował się handlem. Stwierdził, że pierwsze, co zrobi po powrocie, to odwiedzi swoją ukochaną córkę. Tego dnia już po godzinie 8 rano pojawił się w jej domu. Z wyjazdu przywiózł szampana, którego uwielbiała i obiecał, że w pracach remontowych pomoże następnego dnia, jak tylko trochę odpocznie. Nie żegnał się z córką, ponieważ wiedział, że tego wieczoru jeszcze się spotkają. Matka dziewczyny pracującym przy remoncie robotnikom przygotowywała obiady.

Podobnie było i tego dnia. Iwona pojechała do domu rodzinnego, by odebrać posiłek przygotowany dla pracowników. Rodzice nie zdawali sobie sprawy, że tego dnia po raz ostatni widzieli swoje ukochane dziecko. Około godziny 17 Maciej pojechał do swojej szkoły, w której miał zaplanowanych kilka treningów. Pracownik ekipy remontowej w toku śledztwa zeznał, że skończył pracę między 19 a 20, a kiedy wychodził, widział siedzącą w dresie przy kominku Iwonę. Dodał, że nic nie wskazywało na to, by miała opuścić posesję. Około godziny 22 Maciej wrócił z pracy, wtedy też zorientował się, że Iwony nie ma w domu.

Z domu zniknął dywan

Następnego dnia − 11 listopada − zgodnie z obietnicą, w domu przy ul. Świetlików 10 zjawił się Adam Puzio. Był zdziwiony, że na miejscu nie zastał swojej córki, która miała przyjechać do rodziców dzień wcześniej, wieczorem. Maciej uspokoił mężczyznę zapewnieniem, że Iwona musiała zostać dłużej w pracy. Ze względu na to, że pracowała o nieregularnych porach, czasami musiała zostać w redakcji na noc, o czym pomyślała również matka dziennikarki, gdy dowiedziała się, że córka nie wróciła do domu. 12 listopada partner Iwony poinformował jej rodziców o tym, że wyjechała ona do pracy do Niemiec. Ale w programie "Magazyn Kryminalny 997" ojciec kobiety powiedział, że za każdym razem, gdy jego córka miała wyjechać za granicę, informowała o tym rodzinę oraz zaklejała szafę, w której trzymała kosztowności, by nikt ich nie zabrał.

Były mąż kobiety dodał, że Iwona wyjechała za granicę na tydzień. Tłumaczył, że nie ma sensu zgłaszać zaginięcia i siać niepotrzebnej paniki, zapewniając, że jego partnerka niedługo wróci. Z domu zniknęły jej rzeczy osobiste, ubrania, paszport oraz… dywan. Po dziewięciu dniach rodzice postanowili zgłosić na policję zaginięcie córki. Hipoteza postawiona przez byłego męża nie potwierdziła się, a na dodatek bardzo opóźniała poszukiwania. Funkcjonariusze odrzucili przypuszczenia, że Iwona Mogiła-Lisowska rzekomo miała wyjechać do Niemiec. Rodzina zrozumiała, że z kobietą stało się coś złego w momencie, gdy nie odezwała się do nich w święta Bożego Narodzenia. Była bardzo rodzinna, a za każdym razem, gdy wyjeżdżała za granicę, tęskniła za swoimi bliskimi.

Zakopane ubrania złożone w kostkę

Policja do domu zaginionej dziennikarki weszła dopiero cztery lata po zgłoszeniu sprawy. Dlaczego tak późno? Trudno powiedzieć. W tej historii jest wiele dziwnych i niewytłumaczalnych zachowań. Choćby to, że w ciągu blisko pięciu lat prokuratura umarzała śledztwo 12 razy. Adam Puzio wykazał się ogromną determinacją, bo za każdym razem odwoływał się od decyzji śledczych. Interweniował nawet do Ministra Sprawiedliwości, by pomógł wyjaśnić tę tajemniczą sprawę. Za namową jasnowidzów (ci jednogłośnie stwierdzili, że dziewczyna nie żyje), których rodzina poprosiła o pomoc, ojciec zaginionej przekopał cały dom i teren wokół niego. Koparką rozkopał podwórko i znalazł zakopane na głębokości 12 m złożone starannie w kostkę damskie ubrania oraz dywan.

W publikacjach na ten temat można znaleźć informację, że ubrania miały należeć do Iwony. Podobno były to te, które rzekomo miała zabrać ze sobą do Niemiec, a znaleziony dywan wcześniej znajdował miejsce obok kominka. – Odkopałem dywany, odkopałem te przedmioty córki, znalazłem torbę. Wszystko wskazuje na to, że moja córka nie żyje. Gdyby żyła, to na pewno dałaby mi znać. Więc wypada tylko mi znaleźć ciało, wtedy prokuratura zwróci uwagę na to i zacznie sprawę prowadzić na serio – mówił Adam Puzio w trakcie nagrywania programu MK 997, emitowanego 19 listopada 1997 r.

Jeden z jasnowidzów powiedział ojcu zaginionej, by ten zwrócił uwagę na szambo, które z niewyjaśnionych powodów zostało zabetonowane. Ale policjanci podczas prac znaleźli w nim tylko zwierzęce szczątki. Mimo to ojciec cały czas miał przeczucie, że gdzieś blisko znajdują się zwłoki jego dziecka. I szukał. Nie wierzył, że Iwona wróci do domu cała i zdrowa. Zakupiony i remontowany budynek przestał mieć jakąkolwiek wartość. – A może ona tu jest zamurowana? Nie wiem, Jezus Maria, ja nie wiem, ja tu zginę, zdaje się, bo ja nie wytrzymam. Tragedia się pogłębia – rozpaczał Adam Puzio.

"Wybaczam mu"

Na wykopanych przedmiotach nie odnaleziono żadnych śladów, które mogłyby pomóc śledztwu. Jest to sprawa, która od lat nie daje spokoju dziennikarzowi Michałowi Fajbusiewiczowi. W 2015 r. ponownie stworzono reportaż o zaginionej. W 2005 r., by móc zająć się sprawami urzędowymi, ojciec Iwony wystąpił do sądu o uznanie jego córki za zmarłą.

Adam Puzio żałuje, że wtedy, gdy Maciej leżał na kanapie, informując go o tym, iż jego córka nie wróciła do domu, nie sprawdził, czy nie było w niej ciała jego martwego dziecka. – Jeśli ktoś ją zamordował, wybaczam mu, tylko niech powie prawdę, bym mogła odejść spokojnie z tego świata – powiedziała Henryka Puzio w programie "Akta Fajbusiewicza". Rodzina kobiety robi wszystko, by sprawa dalej żyła w mediach. Co jakiś czas pojawiają się w internecie artykuły, które, mimo że nie zawierają żadnych nowych informacji, przypominają o sprawie. Być może ktoś coś sobie przypomni albo w końcu zechce powiedzieć, co tak naprawdę stało się 10 listopada 1992 r. Nawet jeśli szansa na odnalezienie Iwony jest iluzoryczna, nadzieja umiera ostatnia.

Fot.: Zaginieni przed laty/ Facebook

Polska

Polska - najnowsze informacje