niedziela, 8 maja 2022 10:46

Myślenice: Kobieta w strażackim mundurze. „Nie mamy taryfy ulgowej”

Autor Marzena Gitler
Myślenice: Kobieta w strażackim mundurze. „Nie mamy taryfy ulgowej”

W Państwowej Straży Pożarnej jest ich zaledwie nieco ponad tysiąc na ok. 30 tys. funkcjonariuszy, którzy jeżdżą do pożarów. Być może dlatego widok kobiety w strażackim mundurze w czasie akcji ciągle dziwi. W Ochotniczych Strażach Pożarnych kobiet jest znacznie więcej, jednak nie wszystkie jeżdżą do pożarów czy wypadków. Jedną z nich jest Małgorzata Maj z OSP Poznachowice Dolne (gm. Wiśniowa w powiecie myślenickim), na co dzień matka dwójki dzieci, żona, wolontariuszka, członkini Koła Gospodyń Wiejskich, która nie boi się wyzwań, ale przede wszystkim strażak i ratownik, który w każdej chwili gotów jest nieść pomoc i wsparcie. Z miłości do męża podjęła się misji ratowania mienia, zdrowia i życia ludzkiego.

4 maja obchodzony jest tradycyjny Dzień Strażaka. To wspomnienie św. Floriana, męczennika, którego relikwie od XII wieku są w Krakowie i patrona strażaków. To również święto kilkudziesięciu tysięcy kobiet, które noszą mundur strażaka. W Państwowej Straży Pożarnej do akcji wyjeżdża ich ponad tysiąc, jeszcze więcej to pracownice cywilne.

W Ochotniczych Strażach Pożarnych służy ponad 50 tys. kobiet (w wieku 18-65 lat). Natomiast ogólnie w OSP działa ich nawet blisko 70 tys. Blisko 30 tys. dziewcząt jest w Młodzieżowych Drużynach Pożarniczych.

Coraz częściej kobiety piastują stanowiska w zarządach OSP, są prezesami czy naczelnikami w swoich jednostkach. Jednak nadal niewiele z nich ramię w ramie z mężczyznami działa przy akcjach ratowniczo – gaśniczych. Jedną z nich jest Małgorzata Maj, z którą rozmawiamy o jej początkach w służbie i doświadczeniach związanych z OSP.

Małgorzata Maj z OSP Poznachowice Dolne - fot. arch. pryw.

Pani Małgorzato, jak zaczęła się pani przygoda ze strażą pożarną? Czy to była tradycja rodzinna, czy pani samodzielna decyzja?

– Przyszłam do straży za moją miłością, ponieważ mój mąż jest strażakiem. Gdy zaczęliśmy się spotykać, to mnie tą pasją zaraził. To był 2009 rok, czyli miałam wtedy 30 lat. Jestem więc już dokładnie 11 lat w OSP. Moja pierwsza styczność ze strażą ochotniczą to były zawody strażackie, które notabene wygrałyśmy z dziewczynami, bo była to drużyna kobieca, i tak się w sumie ta moja miłość do straży zaczęła. Potem kolejno robiłam kursy, żeby móc być aktywnym członkiem, takim, który może wyjeżdżać do pożarów i do wypadku. A potem poszłam za ciosem i zaczęłam robić różne kursy doszkalające. Najpierw kurs kwalifikowanej pierwszej pomocy, aby móc też być ratownikiem, potem, aby móc współpracować z LPR-em, czyli lotniczym pogotowiem ratunkowym. Zakończyłam podnoszenie swoich kwalifikacji na tym, że mogę nawet prowadzić lekki samochód gaśniczy, czyli mogę jechać wozem strażackim do pożaru.

Czy jest pani wyjątkiem, czy w pani jednostce są inne kobiety?

– U nas w jednostce byłam pierwsza. Potem przyszły jeszcze dwie koleżanki, które też już skończyły kursy i mogą już oficjalnie jeździć do pożarów. Natomiast w naszej gminie może jest nas kilkanaście. Głównie jednak kobiety – strażaczki nie jeżdżą do pożarów, a zajmują się bardziej stroną reprezentacyjną OSP, czyli można je spotkać w mundurze galowym na obchodach Dnia Strażaka, uroczystościach, czy na pogrzebach. Natomiast w pracy spotykam się może z 4-5 koleżankami, które wyjeżdżają do pożarów i razem gasimy pożar, czy pomagamy przy wypadkach.

OSP to bardzo trudna służba. Ciągle może się pani spotykać się z ludzką tragedią. Co panią motywuje, żeby w ogóle decydować się na jazdę do pożaru czy do wypadku?

– Zawsze lubiłam pomagać, więc to też jest jakaś forma pomocy ludziom, tym bardziej że poza miastami, ochotnicza straż pożarna jest to pierwszy ratunek, który na który mogą liczyć na przykład ofiary wypadków. Myślę, że to jest chyba ten największy bodziec, który mnie pcha do tego, żeby wyjechać środku nocy, jak zawyje syrena.

Jakie są pani doświadczenia? Czy każda akcja kończyła się sukcesem?

– W moim przypadku jak dotąd każdy wyjazd na szczęście kończył się happy endem. Jeśli nawet nie uratowaliśmy mienia, to chociaż udało się uratować ludzkie życie. Nigdy mi się jeszcze nie zdarzyło, żeby jakiś wyjazd zakończył się czyjąś śmiercią, bo nie dojechaliśmy na czas, czy też nie mogliśmy już kogoś uratować.

Jak radzi sobie pani z tymi obrazami z akcji? To przecież olbrzymi stres. Czy to potem wraca?

– U mnie jest tak, że każdy wyjazd do wypadku, czy pożaru i powrót to jest jakby zamknięty rozdział. My już do tego nie wracamy, nie rozmawiamy o tym, bo inaczej to by człowiek non stop tylko żył tymi wyjazdami.

Czy macie państwo jakieś wsparcie psychologiczne albo szkolenia jak sobie radzić ze stresem?

– Takich szkoleń nie ma. Nie słyszałam, żeby były. Być może gdzieś w urzędach gminy, czy powiatowych jednostkach Państwowej Straży Pożarnej są takie szkolenia, jeśliby jakiś strażak ich potrzebował. Natomiast nie spotkałam się, żeby nam zrobili takie szkolenia, czy zorganizowano jakieś spotkanie z psychologiem raz na jakiś czas.

Jak dziś wygląda zainteresowanie ochotniczą strażą pożarną. Czy jest to służba, która cieszy się zainteresowaniem? Czy przychodzi do was dużo młodych ludzi, czy jednak w ostatnich latach to zainteresowanie spada?

– W naszej jednostce zainteresowanie jest ciągłe, ponieważ my mamy też młodzieżową drużynę pożarniczą. Przychodzą do nas już dzieci w wieku 10 lat. Prowadzimy dla nich też takie mini szkolenia. Nasi młodsi koledzy umieją już udzielić pierwszej pomocy. My też dla nich organizujemy różnego rodzaju zawody, konkursy, więc oni nie zapominają wiedzy, którą nabyli. Jest więc wielu chętnych.

Na terenie powiatu myślenickiego mamy różnego rodzaju rajdy młodzieżowych drużyny pożarniczych. Tym też w jakiś sposób młodych ludzi próbujemy przyciągnąć i powiem szczerze, przychodzą. Na razie jest to dla nich jakby zabawa, ale poprzez zabawę jest to też nauka. Oni w wieku 18 lat wychodzą z młodzieżowej drużyny pożarniczej i idą już na te wszystkie szkolenia, a potem u nas zostają i są strażakami, którzy wyjeżdżają oficjalnie do pożaru.

Jak na panią i pani koleżanki patrzą mężczyźni – strażacy? Czy są sceptyczni, zaskoczeni, czy wręcz odwrotnie, czuje pani wsparcie i zachętę, żeby jeszcze bardziej się angażować i jeździć na akcje, czy zdobywać uprawnienia?

– Nigdy nie spotkałam się z jakąś niechęcią moich kolegów. Wręcz przeciwnie. Wszystko jest profesjonalnie. Nie mamy też taryfy ulgowej, że na przykład, że dowódca nas gdzieś nie pośle, bo jako kobieta się rozpłaczę, bo zobaczę ofiarę wypadku, czy coś w tym stylu. Jest odwrotnie. W naszym powiecie mamy dwie kobiety w OSP, które mogą dowodzić i jak trzeba to dowodzą mężczyznami. Więc tu nie ma z tym żadnego problemu.

Co pani sprawia w tej służbie największą frajdę?

– Największą przyjemność sprawia mi wdzięczność ludzi, którym pomogłam, uratowałam dobytek czy życie. Natomiast są też inne miłe momenty, jak choćby właśnie w Święto Strażaka czyli św. Floriana. Wtedy dostajemy różnego rodzaju odznaczenia, medale, które w jakiś sposób też nas motywują do dalszej pracy.

Czy w związku z tym, że jest pani strażaczką, to też sprawia, że pani musi bardziej dbać o kulturę fizyczną? Czy to panią motywuje do ćwiczeń, do biegania, bo przecież to też jest ciężka, fizyczna praca?

– Ja z moimi dziewczynami, bo opiekuję się żeńską młodzieżową drużyną pożarniczą biegamy i ćwiczymy, bo w jakiś sposób trzeba dbać o kondycję. W naszej służbie czyjeś zdrowie, czy życie zależy często do tego czy ja dobiegnę, czy będę mieć tyle siły, że kogoś uratuję. To jest pewna odpowiedzialność.

Małgorzata Maj z OSP Poznachowice Dolne - fot. arch. pryw.

Jak pani ocenia z perspektywy lat wyposażenie straży pożarnej? Teraz wydaje się, że inwestuje się dużo pieniędzy w straż pożarną. Co jest teraz największą bolączką strażaków?

– Mimo, że to właśnie straż pożarna ochotnicza w małych miejscowościach jest pierwsza przy różnego rodzaju wypadkach i pożarach, jednak nadal brakuje nam ubrań i sprzętu. My, jadąc do pożaru, jedziemy, można powiedzieć, jako wolontariusze. To jest nasza misja. My za to nie bierzemy pieniędzy. I tak naprawdę jedziemy z narażeniem życia, mając na przykład na sobie niekompletny strój. No bo nie ma pieniędzy, żeby go skompletować. Nie mamy lepszego, albo czasem nawet w ogóle sprzętu ratującego życie, bo na przykład nie dostaliśmy jednak w tym roku dofinansowania. Nieraz się zdarza, że za własne prywatne pieniądze kupujemy sobie różnego rodzaju czy ubranie, czy sprzęt do wozu strażackiego, więc niestety ta ochotnicza straż pożarna ciągle jest jeszcze trochę niedofinansowana.

Wiele jednostek stara się jakoś zdobyć środki na swoją działalność: drukują kalendarze strażackie, organizują zbiórki. Piszą wnioski o dofinansowanie czy to do gminy, czy do powiatu czy z funduszy wojewódzkich, czy rządowych. A jak radzi sobie wasza jednostka?

Nie dawno kupiliśmy średni wóz strażacki. To jest koszt ok. 300 tys. zł z wyposażeniem. Oczywiście gmina i rada sołecka pomogły nam również finansowo. Na swoje cele pieniądze zbieramy na różnego rodzaju piknikach, dniach strażaka, różnego rodzaju festynach. Również nasi mieszkańcy wspierają nas finansowo, wiedząc, że potem jeśli będą potrzebować pomocy, to wiadomo, że przyjedziemy i pomożemy, prawda? Połowa tego co posiada nasza straż pożarna, to jest tak zwana inicjatywa wspólna społeczności, a czyli nie pochodzi z takich typowych dotacji.

Czego życzyć kobiecie – strażaczce z okazji dnia Świętego Floriana?

– Przede wszystkim wytrwałości i żeby się nie przejmowała docinkami, bo nieraz się jednak słyszy, może nie tyle docinki, co raczej reakcję zaskoczonych osób. Jak się jedzie na akcję i jest jedyną kobietą wśród czterdziestu strażaków, to jest zdziwienie, kiedy ja zdejmuje hełm i się okazuje, że jednak jestem kobietą, a nie mężczyzną. Więc takie te życzenia może nie do kobiet strażaków, ale do innych osób: trochę większej otwartości umysłu, żeby nie było zdziwienia, że może przyjechać kobieta - strażak.

fot. arch. pryw. Małgorzaty Maj

Małgorzata Maj z OSP Poznachowice Dolne - fot. arch. pryw.

Myślenice - najnowsze informacje