wtorek, 31 maja 2022 09:14

Musiałem wstać o godzinie 5:00, żeby to zrobić. "Znosiłem to w przeokropny sposób"

Autor Mirosław Haładyj
Musiałem wstać o godzinie 5:00, żeby to zrobić. "Znosiłem to w przeokropny sposób"

Dla wielu powstrzymanie się na jeden dzień od sięgnięcia po tytoń może stać się punktem zwrotnym w życiu, od którego rozpoczną oni walkę z nałogiem. Uzależnienie od tytoniu ma różne oblicza, co dobitnie potwierdzają opowieści naszych rozmówców, którzy podjęli walkę z paleniem papierosów i ją wygrali.

31 maja obchodzimy Światowy Dzień bez Papierosa. To specyficzne święto zostało ustanowione przez Światową Organizację Zdrowia 7 kwietnia 1987 roku a 1988, przeniesione na ostatni dzień maja. Światowy Dzień bez Papierosa ma za zadanie zachęcić ludzi na całym świecie do dobowej abstynencji od tytoniu. Palenie tytoniu nadal jest poważnym problemem. Na całym świecie po papierosy sięga regularnie ponad miliard osób. Każdego roku umiera ponad 8 milionów osób, z czego 7 milionów to aktywni palacze, a około 1,2 miliona to osoby narażone na bierne palenie. W Polsce w 2019 roku do nałogowego (codziennego) palenia przyznawała się ponad jedna piąta Polaków – 21%. W naszym społeczeństwie widoczny jest bardzo wyraźna tendencja spadkowa jeżeli chodzi o ilości osób palących nałogowo – od 2011 roku odnotowano 10 punktowy spadek palaczy. W porównaniu do lat wcześniejszych spadek jest jeszcze większy a gdy weźmiemy pod uwagę z dane z lat 80. XX wieku, kiedy odsetek osób palących mężczyzn przewyższał 60%, to możemy mówić o trwającej pół wieku rewolucji.

Jakby ktoś umarł

Wzrost świadomości Polaków a przed wszystkim zmiana mody wpłynął w istotny sposób na nasze zachowania i przyzwyczajenia. Ta ostatnia była najgłębszym i największym czynnikiem sprawiającym, że obraz zaciągania się papierosem i puszczania kłębów dymu diametralnie zmienił się w naszej kulturze. Przez całe dekady palenie było pokazywana jako „sexi”. Kobietom dodawało uroku i czaru, mężczyznom charyzmy i po prostu męskości. Stały się nieodzownym elementem pracy, wypoczynku, czy nauki. Pali wszyscy wszędzie. Jedni dostosowując się do panującej mody, inni po prostu to lubili. W przypadku tych drugich, palaczy „z powołania” sprawa zerwania z nałogiem nie jest łatwa. Okazuje się, że mimo absencji, granica między paleniem i niepaleniem z biegiem lat wcale się nie powiększyła. Pozostaje wciąż cienką linią i przez cały czas muszą uważać, żeby jej nie przekroczyć. – Jest jedna rzecz, z której ci, którzy chcą rzucić palenie muszą zdać sobie sprawę. Od papierosów tak naprawdę nie da się uciec. Zostają w pamięci, nie wiem na jak długo, ale nie palę ponad 10 lat, a pamiętam wszystko. Jak smakują i jak wciągnąć chmurkę. I że to jest przyjemne. Wystarczy, że poczuję dym gdzieś obok, żeby zaczęła mi cieknąć ślina. Dosłownie, czuję to. Chociaż nie trzeba nawet dymu. Wystarczy tylko rozmowa o paleniu, żeby uruchomić coś w mózgu. I przypomina się wszystko. Nawet teraz, gdy rozmawiamy o tym, czuję że do ust napływa mi ślina. Jak pies Pawłowa. Palaczem zostaje się na zawsze. To jest uzależnienie i jeden fałszywy ruch – w tym przypadku jeden zapalony papieros – i postanowienia, silna wola, posypią się jak domek z kart i mogą wciągnąć cię z powrotem – mówi 56-letni Tomek z Krakowa, który szczerze przyznaje, że dla niego zerwanie z nałogiem nie było prostą sprawą: – Zacząłem regularnie palić w wieku mniej więcej 20 lat i paliłem przez ćwierć wieku. Byłem z tych, którzy mówią, że lubią fajki. I rzeczywiście je lubiłem. Kojarzyły mi się z samymi fajnymi rzeczami – spotkaniami ze znajomymi, skończoną pracą, imprezami. Super było zapalić rano, zaraz po śniadaniu. Mimo tego, że minęło 10 czy 12 lat, do tej pory pamiętam, jak smakuje pierwszy mach, którego bierzesz każdego dnia. To lekkie uderzenie w płuca, wydmuchiwanie chmury dymu, potem następny. Super. Pamiętam każdy moment. I to jest najgorsze. To, że nie można się od tego uwolnić

Jak sam przyznaje decyzja o rzuceniu była racjonalna, ale wcale przez to nie łatwiejsza: – Dlaczego przestałem? Nic oryginalnego nie powiem. Każdy palacz wie, że tak naprawdę palenie nie ma dużego sensu. Bo choroby, nowotwory, miażdżyca, zły wpływ na zdrowie dzieci. Nawet nie trzeba o tym myśleć. To, że trzeba kiedyś rzucić, siedzi gdzieś z tyłu głowy każdemu, kto regularnie, codziennie wypala 10, 20 czy 40 papierosów. Nawet nie jest ważne ile, ale ważne, że regularnie, codziennie. Niektórzy czekają z decyzją – jak mój ojciec – do pierwszego zawału. Ja chciałem być szybszy. Nie miałem żadnych dolegliwości związanych z paleniem, byłem sprawny fizycznie, ale paliłem paczkę dziennie i pomyślałem, że to może ostatni moment na rzucenie. Jak jeszcze jestem zdrowy. A więc rzuciłem – można powiedzieć – przez rozum. Któregoś dnia, po śniadaniu, postanowiłem, że nie zapale papierosa – mówi Tomek i dodaje, że w jego przypadku wcale nie chodzi o głód nikotynowy: –Nie chcę tu pokazywać jakiejś martyrologii, ale było ciężko. Nawet nie chodzi o to, że brakowało mi nikotyny. Dwa czy trzy razy wziąłem jakieś środki na zaspokojenie głodu, ale generalnie nie były mi do niczego potrzebne. Nawet gorzej się po nich czułem. Dużo gorsze było co innego – poczułem, że moje życie nagle się zmieniło. I to na gorsze! Poczułem, że nie mam całej masy rzeczy, które lubiłem. Porannego klepnięcia w płuca, nagrody po każdej skończonej czynności – bo papieros jest taką nagrodą, rozmów z kolegami „na papierosie”, bo jak czułem dym, to chciałem palić.

Dla Tomka pożegnanie z nałogiem było niczym śmierć kogoś bliskiego. Może wydawać się to dziwne, ale nasz rozmówca nie ma wątpliwości, że okres rzucania papierosów był dla niego tak naprawdę okresem żałoby. – Jednym słowem, poczułem stratę. Taką, przez duże „S”. A co dostałem w zamian? Iluzoryczne poczucie, że będę zdrowszy. Porównanie może nie jest całkiem adekwatne, ale to taka strata, jak w sytuacji, gdy odchodzi ktoś bliski. Bo w obu przypadkach emocje są podobne - strata bardzo mocno zmienia twoje życie. Po kilku dniach zdałem sobie sprawę z tego, że jeśli będę chciał wytrwać, będę musiał się z tą stratą pogodzić. Dokładnie tak jak wtedy, gdy ktoś odchodzi. Pogodzić się, zaakceptować i nauczyć się żyć bez. Wydaje mi się, że to klucz do tego, żeby rzucić palenie – pogodzić się z tym, że tracimy coś fajnego i nigdy już tak nie będzie tak dobrze, jak wcześniej. Jeśli nie jesteśmy na to gotowi, to się nie uda. Bo tak naprawdę niewiele dostajemy w zamian. Jeśli odchodzi ktoś bliski, to trudno z tej sytuacji wyciągnąć coś pozytywnego. Tu jest podobnie. Po rzuceniu palenia nigdy nie czułem, że jestem zdrowszy, niż wcześniej. Satysfakcja też prawie żadna, bo nigdy nie wiesz, czy nie wrócisz do palenia, więc trudno odtrąbić sukces. Dlatego nigdy nie celebruję dnia, kiedy rzuciłem palenie. Nawet nie pamiętam dokładnie, kiedy to było. Pamiętam tylko, że była to niedziela. Naprawdę nie chciałbym drugi raz przez to przechodzić. Bo kto chciałby drugi raz przechodzić przez stratę?

Detoks

W przypadku Michała historia z papierosami rozpaczała się już w dzieciństwie. – Pierwszą paczkę fajek ukradłem razem z kumplami, jak miałem 6 lat. Mój ojciec kład wtedy dach z eternitu. Zwędziłem fajki mówiąc mamie, że niosę je tacie. Za progiem zrobiliśmy długą w las i tam paliliśmy z kolegami. Po skończonej pracy ojciec zszedł z rusztowania, podszedł do mamy z pytaniem,  gdzie papierosy i sprawa się rypła. W toku „dochodzenia” przyznałem się do wypalenia jednego i jako wspólnika wskazałem, co do którego wdawało mi się, że można na niego liczyć. Ojciec powiedział wtedy: „Idziemy do niego, dostaniesz tyle razy, ile fajek wypaliłeś”. Poszliśmy do kumpla, pytają się go ile żeście wypaliliśmy, a on: „No, Michał osiem”. Myślałem, że go zabiję – śmieje się i dodaje: – Jednak wniosków nie wyciągnąłem. Paliłem dużo i długo a tak na serio zacząłem w wieku 21-22 lat. Nie wspominając o szczeniackich epizodach, gdy na przykład kumpel robił doświadczenie i na raz włożył 10 papierosów do gęby, bo chciał sprawdzić, czy się zaciągnie. Dał radę, ale go rzuciło o glebę. Więc na poważnie palić zacząłem po 20. roku życia. Wtedy faktycznie idąc do pracy, mile widziane było, że na przerwie wychodzi się zapalić. Paliłem przez 15 lat i dochodziłem już nawet i do dwóch paczek dziennie w zależności od poziomu stresu – wspomina.

Walka z nałogiem zakończyła się przy drugiej próbie, ale to nie znaczy że było łatwo. – Rzucić udało mi się za drugim razem. Za pierwszym razem wspierałem się plastrami z nikotyną i nawet całkiem dobrze mi szło, bo nie paliłem bodajże z trzy tygodnie. Byłem mega szczęśliwy, że się udaje. Powrót do nałogu zaczął się od jednego papierosa. Wydawało mi się, że jak zapale po dłuższej przerwie, to krzywdy sobie nie zrobię. Ale wróciłam tak na dobrą sprawę do jeszcze mocniejszego palenia. Natomiast przy moim drugim podejściu byłem już bardzo zdeterminowany żeby rzucić, bo złapałem się na tym, że potrafię wstać o godzinie 5:00 rano, żeby wyjść na balkon, nawet w środku zimy, bo muszę zapalić. Po prostu organizm domagał się już na potęgach. Przy drugim razie byłem też bardziej ostrożny co do rzucania i jego efektów. Przez pierwsze dwa tygodnia wydawało się, że wszystko dobrze idzie, jest fajnie. W trzecim tygodniu tak mnie walnęło, i to mówię dosłownie, że z powodu głodu nikotynowego potrafiłem chodzić po ścianach. Chyba organizm zaczął się już mocno buntować i domagać papierosa. Miałem zakłócenia błędnika i takie zatrucie organizmu, że musiałem wesprzeć się farmakologicznie. Poszedłem do lekarza, poinformowałem, że rzucą palenie, no i oczywiście mi się oberwało. To był mądry lekarz, który stwierdził, że robię to po prostu w idiotyczny sposób, poza kontrolą i opieką lekarską, i tak dalej. Ale naprawdę nie było żartów, bo po prostu byłem tak zatruty, mój organizm był tak zawalony papierosowym syfem, że etap, który przechodziłem można nazwać po prostu detoksem. Pod względem psychicznym i fizycznym, znosiłem to w przeokropny sposób.

Mówienie w tym przypadku o detoksie jest całkowicie uzasadnione i nie ma w nim cienia przesady. –Można powiedzieć, że całkowicie odcięło mnie na 2-3 tygodnie w sensie takim, żeby nie byłem w tanie normalnie funkcjonować. Poszedł na zwolnienie lekarskie i próbowałem się po prostu doprowadzić do ładu, bo byłem w rozsypce nie tylko fizycznej też i emocjonalnej, bo nagle z jednej strony przestaję coś przestaje ci smakować, z drugiej organizm się tego domaga a po trzecie po prostu samopoczucie fizyczne było beznadziejne – mówi i dodaje: – „Jazdy” miałem  potworne. Ale dało mi to też takiego kopa, bo stwierdziłem wtedy, że za żadne skarby do tego gówna nie wrócę. I  tego postanowienia trzymam się już z 12 lat. Z początku miałem takie momenty, że jak coś koło mnie zapalił to miałem dwie reakcje albo bardzo mnie ciągnęło, żeby zapalić, czyli miałem takie: „O kurde, ale bym sobie zajarał”, albo wręcz odwrotnie, zbierało mnie na wymioty. Teraz już w ogóle to na mnie nie działa. Jeżeli nawet czuję od kogoś fajki, to bardziej mi to śmierdzi niż ciągnie do tego.

Zapytany o przyczyny zerwania z nałogiem, stwierdza, że nie jest w tym względzie oryginalny. –  Dlaczego rzuciłem? Miałem wtedy małe dzieci, uznałem, że truję siebie, truję wszystkich dookoła. Żona jest mega przeciwniczką palenia i nigdy nie paliła, więc jej najzwyczajniej śmierdziałem, bo papierosami wszystko przejdzie, nie tylko ciuchy, ale całe twoje otoczenie. Pokój, samochód… Nawet gdybyś w samochodzie nie palił, to nie oszukujmy się, papierosowy odór z czasem spowoduje, że i tapicerka zacznie śmierdzieć. Włączył mi się też instynkt samozachowawczy się, bo człowiek miał coraz większe problemy z oddychaniem, drapało w gardle, szybciej też łapałem infekcje. Ale w moim przypadku najbardziej alarmujący był ten przymus, że o 5:00 rano musisz wyjść na balkon, żeby sobie zajarać. Stwierdziłem, że coś tu jest nie halo. Czynnika finansowego nie brałem pod uwagę, bo generalnie nigdy nie narzekałem na kwestie z tym związane, nie przeliczałem paczek na pieniądze, bo też uważałem, że to mi się należy. Facet, który ciężko pracuje, mam prawo do jakiejś odskoczni. Jak zaczynałem palić, to początku fajki kosztowały w granicach bodajże 6 zł. Dopiero, jak rzucałem a wtedy te same papierosy kosztowały około 9 zł, to gdzieś tam od czasu do czasu się to przeliczyło. Ale generalnie miałem to za przeproszeniem w dupie.

W przypadku Michała niebagatelną role odgrywał czynnik socjologiczny. – Fajnie mi się paliło z kolegiami, pośmialiśmy się przy dymku, było fajnie. Najlepiej paliło się w towarzystwie, bo to był taki fajny moment, żeby się wyłączyć z obowiązków i gdzieś tam w towarzystwie postać, popierniczyć głupoty, tym bardziej, że miałem szefa, który, jak na tamte czasy palił dużo (notabene też rzucił, bo już nie pali od jakiegoś czasu). No, ale myśmy się wzajemnie jakoś wspierali w tym nałogu, na zasadzie, jak ja szedłem do sklepu, to brałam dla niego faje, jak on, to kupował też dla mnie. I tak sobie ćmiliśmy. Raz wpadliśmy na generalny pomysł. Jego charakternej małżonki rodem ze Śląska, miało teoretycznie nie być w mieszkaniu, więc wbiliśmy do niego, zakupiwszy wcześniej karton fajek, cygara i skrzynkę piwa. Zasiedliśmy w fotelach i było prawie jak w „Ojcu Chrzestnym”. Robimy imprezę a o 22:00 do mieszkania weszła żona szefa… O mało nas nie zabiła, bo jak zapaliliśmy te wszystkie papierosy i cygara to firany w pokoju żółkły w oczach. Jak się na nie patrzyłeś, to one kolor zmieniały… Więc dostaliśmy po głowach i skończyło się nasze rumakowanie. Ale ten element zabawy, bo jeszcze w miarę młodzi byliśmy, był w paleniu istotny. To była czas relaksu, kiedy można było odstawić na bok wszystkie obowiązki… To też było po prostu modne, bardzo modne. Gdzie się nie odwróciłeś, to każdy szedł z fają w zębach a jak stałeś na przystanku to też każdy palił.

Bez reguły

Marek, 59-letni nauczyciel WF-u w jednej z krakowskich szkół palenie rzucał 13 lat. – Nie palę już ponad 12 lat. Właściwie to mogę podać dokładną datę, bo przestałem 19 stycznia 2010 roku. Pamiętam, bo mam „ciąg do liczb”, takiego trochę bzika na tym punkcie – śmieje się pan Marek i dodaje: – W zawiązku z tym, pamiętam różne daty związane z nałogiem a raczej jego rzucaniem. Na przykład 8 września, bo każdego 8 września zapałem jednego papierosa. Niczym Stephen King po napisaniu powieści, z tym, że on chyba wypalał cygaro i jeszcze lampkę szampana wypijał. W każdym razie miałem też taki okres, że nie paliłem cały rok, zapalałem jednego papierosa i znowu nie paliłem cały rok. Miałem 33 lata, jak zacząłem rzucać palenie, bo to wiek chrystusowy – dodaje z uśmiechem. W jego przypadku rzucanie było długim procesem a jego początki niełatwe: – Początki były różne. Za Pierwszym razem udało się ze 3 miesiące nie palić. Potem nastąpił powrót. Mam taki troszeczkę rozrywkowy tryb życia, bo gram po weselach. Więc to była idealna okazja, bo miła atmosfera i zabawowe okoliczności, przy niewielkiej ilości alkoholu sprzyjały paleniu. Zresztą było to też potem jedną z przyczyn, że rzucałem, bo jedną paczkę wypalałem w dzień a drugą w nocy a rano po takim ciągu było tragicznie. Ale tak sukcesywnie próbowałem coraz większe okresy.

Ostatecznie udało mu się zerwać z nałogiem, podobnie jak 63-letniemu Piotrowi, byłemu wojskowemu. W jego przypadku rezygnacja z palenia nie trwała długo. – Zacząłem w szkole zawodowej. Paliłem, gdy czytałem książki, żeby nie zasnąć, bo rano na 6:00 jechałem do pracy. Gdy się ożeniłem miałem zawsze zasadę: nie palę w domu i weekendy. Później potrzebowałem papierosów, żeby się odstresować, bo denerwował mnie przełożony. Najwięcej wypaliłem podczas całodobowej służby na manewrach - trzy paczki papierosów. Wypiłem wtedy też 24 kawy. Oczywiście już więcej tego nie powtórzyłem, bo czułem się, jakby mnie coś rozjechało. W międzyczasie żona zaszła w ciążę, więc całkowicie zawiesiłem palenie. Przez te dziewięć miesięcy musiałem jakoś zająć palce, więc połamałem kilka grzebieni i kostek rubika. Przestałem palić w 2000 r. Z dnia na dzień. Stwierdziłem, że dość i już więcej nie sięgnąłem po papierosa. Na pewno decyzję ułatwił fakt, że zmienił mi się szef i praca nie była już dla mnie tak stresująca. Dodatkowo nie do przecenienia były tu względy finansowe. Dzięki temu udało mi się zadbać o zdrowie, a dodam że mój ojciec zmarł na raka krtani, więc cieszę się, że z tej decyzji popłynęły same korzyści.

Z papierosami skończył też 35-letnia Jola, choć jej historia jest trochę inna. – Tak się składa, że rzuciłam palenie zanim zaczęłam – żartuje i dodaje już całkowicie poważnie: – Jak to możliwe? Przez lata byłam biernym palaczem. W moim domu palili oboje rodzice i dziadkowie. Pamiętam, jak nie starczało im na nowe zeszyty i trzeba było pożyczać od cioci, ale na papierosy pieniądze zawsze się znajdowały. Pamiętam, jak koledzy wołali na mnie popielnica i śmiali się, że czuć ode mnie papierochy na kilometr. Pamiętam, jak koleżanki mówiły, że kaszlę, bo palę, a to była astma. Nie wspominam dobrze uzależnienia rodziców, ale dziś wiem, że to było uzależnienie. Coś, co nimi kierowało, coś co było od nich silniejsze. I niech pan nie myśli, że chodziło tu o jakieś patologiczne zdarzenia, ale różne braki i docinki sprawiły, że obiecałam sobie, że swoim dzieciom nie zafunduję takiego czegoś. Sama zresztą musiałam to przepracować na terapii, ale dziś mogę o tym rozmawiać bez żalu, a ze zrozumieniem.

Małopolska - najnowsze informacje