wtorek, 3 września 2019 08:19

Reforma czy deforma?

Autor (red)
Reforma czy deforma?

W kontekście zbliżającego się roku szkolnego, zdecydowałam się poruszyć temat reformy oświaty, wciąż poddawany burzliwym dyskusjom. Główną kwestią budzącą kontrowersje, dodatkowo podsycane przez opozycyjne media, jest fakt, że w tym roku, 1. września w szkołach średnich spotkają się dwa roczniki. Powoduje to wątpliwości, czy dla młodzieży wystarczy miejsc, czy placówki nie będą przepełnione, czy nauczyciele podołają wyzwaniu. Ale ja chciałabym zadać pytanie, czy słusznie?

W swoim programie z 2014 roku, Prawo i Sprawiedliwość postulowało wycofanie skutków reformy edukacji z 1999 r. Wiązało się to z całkowitym wywróceniem działającego 15 lat systemu. Przytaczając wyniki sondażu, przeprowadzonego przez IBRiS z 2015 roku, 70% Polaków chciało likwidacji gimnazjów i powrotu do 8-letniej szkoły podstawowej. Aby zrozumieć przyczynę takiej jednomyślności, należałoby cofnąć się kilkanaście las wstecz i sięgnąć głębiej do założeń, a następnie skutków „reformy Handkego”.

Głównym zamiarem, który mieli na myśli rządzący (rząd Jerzego Buzka) wprowadzając 3 letnie gimnazja w 1999 r. było wyrównanie nierówności społecznych i podniesienie poziomu wykształcenia społeczeństwa. Ówczesnym problemem było to, że w większości tylko dzieci z dobrych domów miały szansę nauki w liceum, a następnie zdobycia wykształcenia na uczelniach wyższych. Młodzież, zamieszkująca tereny wiejskie była z reguły kierowana do zawodówek, które uniemożliwiały im kontynuację nauki na wyższym szczeblu. Wprowadzenie gimnazjów miało położyć temu kres. Planowano powołać 7093 gimnazja (ostatecznie utworzono 5358), stanowiące podstawę do ubiegania się o przyjęcie do 3 letniego liceum. Niestety, gimnazja nie spełniły roli, jaką pierwotnie zakładano. Problem ten doskonale podsumowuje dr. hab. Marta Zahorska z Uniwersytetu Warszawskiego, pisząc w swojej pracy „Sukcesy i porażki reformy edukacji’’ następująco:

Obserwując rezultaty reformy przy okazji jej dziesiątej już rocznicy widzimy, że […] społecznych nierówności edukacyjnych nie ograniczono. Przybierają one obecnie inne formy i lokują się w innych segmentach systemu szkolnego. Gimnazja nie wyrównują poziomu nauczania uczniów, ale utrwalają, a nawet powiększają różnice ze szkół podstawowych. Umasowione szkoły średnie są ogromnie zróżnicowane pod względem poziomu, podobnie jak szkoły wyższe. Nadal więc uczniowie wywodzący się z „dobrych” rodzin mają dużo większe szanse trafienia do dobrych szkół gimnazjalnych, średnich i na studia dające lepsze możliwości na rynku’’.

Przyczyną porażki reformy jest to, że chciano ją wprowadzić zbyt pośpiesznie, co doprowadziło do powstania masy błędów. Obietnice podwyżek dla nauczycieli nie zostały nigdy zrealizowane (za co stanowiskiem zapłacił minister). Złe ułożenie programu licealnego, oznaczało w rzeczywistości realizację materiału czteroletniego w 3 lata. Było to niemożliwe, przez co powołana Centralna Komisja Egzaminacyjna zawiesiła na 3 lata przeprowadzenie Nowej Matury, co tylko obnażyło nieudolność władzy w tym temacie.

Znając ogólny zarys sytuacji sprzed blisko 20 lat, można wyciągnąć wnioski i powiedzieć jak rzutuje ona na współczesny system szkolnictwa. W dążeniu do europejskich standardów największą krzywdą jaką wyrządzono szkole jest absolutne poddanie się liczbom. Sukcesem nie jest wypuszczenie po 3 latach inteligentnego, zdolnego do samodzielnego myślenia człowieka, ale uzyskanie na papierku 50% z matury. Przestano skupiać się na uczniu. Nauczyciel musi błyskawicznie realizować materiał, żeby zdążyć z wyrobieniem podstawy programowej. Szkoła straciła swoją pierwotną rolę, która polegała na pogłębianiu wiedzy i zainteresowań młodzieży, na przygotowaniu młodych do życia. Szkoła ma przygotować do testu szóstoklasisty, egzaminu gimnazjalnego, a na końcu matury. Egzamin dojrzałości - najważniejszy, podsumowujący 12 lat nauki, został sprowadzony do czystej formalności. Stopień, od którego następuje zdanie egzaminu obniżył się z 50% do 30%. Czy więc zdając maturę na 30% jest się dojrzałym też na 30%?

Ostatnią kwestią jest okrojony program który sprawia, że ludzie na studiach nie posiadają żadnej wiedzy. Każdy może dostać się na studia, każdy może zdać studia, przez co wyższe wykształcenie traci powoli jakąkolwiek wartość, kiedy na rynku brakuje fachowców. Zwiększenie biurokracji i źle rozwiązany system wynagrodzeń sprawia, że nauczyciele tracą dziesiątki godzin na szkoleniach, po to aby uzyskać papiery, umożliwiające im podwyżkę. A przecież ten czas mogliby poświęcić uczniowi…

Na zakończenie, chciałabym uspokoić niedowierzających. Jak zapewniło Ministerstwo Edukacji Narodowej, dla każdego ucznia znajdzie się miejsce w szkole. Posługując się przykładem Warszawy, przytoczę wypowiedź wicekuratora Krzysztofa Wiśniewskiego, który zaznaczył, że w przypadku stolicy, liczba absolwentów szkół podstawowych i gimnazjów wynosi 27 911 uczniów, a liczba przygotowanych dla nich miejsc to 43 024. Nie ma więc podstaw do żadnych obaw. Miejsce dla każdego się znajdzie, a to jakie długotrwałe skutki przyniesie reforma oświaty dowiemy się prawdopodobnie już za kilka miesięcy.

Maja Liszkiewicz, Forum Młodych PiS

fot: Ministerstwo Edukacji Narodowej

Niniejszy felieton prezentuje poglądy autora i może lecz nie musi być zbieżny z poglądami redakcji.

Wyborczy Tygiel - najnowsze informacje