sobota, 17 lipca 2021 13:16

Ta piosenka to hołd dla Pudla. "Andrzej był dla nas wszystkim..." Premiera "Avangardy" Püdelsów

Autor Mirosław Haładyj
Ta piosenka to hołd dla Pudla. "Andrzej był dla nas wszystkim..." Premiera "Avangardy" Püdelsów

Andrzej „Pudel” Bieniasz odszedł 20 stycznia. Uroczystości pogrzebowe odbyły się w piątek 11 czerwca na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie. Z Piotrem „Forysiem” Foremanem, wokalistą Püdelsów, porozmawialiśmy o współtwórcy tej legendarnej formacji.

W hołdzie swojemu zmarłemu koledze nagrali piosenkę zatytułowaną "Avangarda". Jej premierę zaplanowano na 16 lipca. O Andrzeju Bieniaszu porozmawialiśmy z wokalistą Püdelsów Piotrem "Forysiem" Foremanem, który jest autorem słów do utworu dedykowanego Pudlowi. Frontman krakowskiego zespołu opowiedział nam o tym, jakim człowiekiem był zmarły artysta, który za życia stał się legendą polskiej muzyki.

Lider Püdelsów zmagał się z rzadkim i podstępnym chłoniakiem z komórek płaszcza. Pochodzący z Krakowa muzyk miał 66 lat. Był gitarzystą, kompozytorem i autorem tekstów. Andrzej "Pudel" Bieniasz urodził się 7 marca 1954 w Krakowie. W 1985 roku wraz z inicjatywy jego i Franza Dreadhuntera powstał zespół Püdelsi, choć swoją genezą sięga czasów formacji Düpą, który przestał istnieć po samobójczej śmierci jej lidera Piotra Marka 5 sierpnia 1985 r.

Pudelsi debiutowali albumem "Bela Pupa". Krótko po debiutanckiej płycie Andrzej Bieniasz odszedł z zespołu i przeprowadził się do Krynicy. Püdelsi reaktywowali się w 1995 roku.

Czy oswoił się pan już z tym, że Pudla nie ma wśród nas, że od jego śmierci mija już ponad pół roku?
– Powiem tak, oswoić się ze śmiercią jest bardzo trudno. Niedawno miałem taką sytuację, że pochowałem również swoich rodziców, wprawdzie trochę wcześniej, bo mama zmarła sześć lat temu, a trzy lata temu ojciec. Generalnie rzecz biorąc, próbuję się oswoić z tym tematem. Natomiast wracając do Andrzeja – to był dla nas ogromny cios. Andrzej był dla nas wszystkim... Był przyjacielem, był świetnym człowiekiem, był naszym guru. Zawsze o nim mówiłem, że był takim oceanem wolności, który nas bardzo wspierał. Był bardzo „za nami”, zawsze chciał, żeby muzyka Püdelsów była wieczna, że tak powiem. Zresztą, tak powiedziałem na cmentarzu, cytując jego słowa, że my jako Püdelsi przetrwamy dalej, zresztą na jego życzenie, i będziemy żyć i królować razem z nim w podziemiu.

Jakie ma pan pierwsze skojarzenie, kiedy myśli pan o Pudlu?
– Pierwsza rzecz, jaka mi przychodzi na myśl, to taka, że bardzo mi brakuje telefonów od niego. Mieliśmy z Andrzejem umowę. Mówiłem mu: „ Andrzejku, nie dzwoń do mnie, jak mam 4 dwójki (czyli o 22:22), bo wtedy to ja śpię”. No i zdarzyło mu się kilka razy, że przekroczył te 4 dwójki. Zawsze śmialiśmy się z tego. Brakuje mi tych telefonów, dlatego że Andrzej zawsze miał jakiś fajny pomysł, zawsze miał jakąś ważną treść do przekazania. Uwielbiał ze mną rozmawiać. Zresztą mnóstwo czasu spędziliśmy razem i nigdy tak naprawdę nie mogliśmy się nagadać na różne tematy. Andrzej był kibicem piłkarskim, więc na temat meczy też rozmawialiśmy bardzo dużo. Jeśli chodzi o muzykę, to zdarzały się różne śmieszne historie. Na przykład o 12:00 w południe Andrzej do mnie zadzwonił, bo kupił sobie albo nowy wzmacniacz, albo gitarę. Robił to w ten sposób, że dzwonił, a gdy odbierałem, to grał i grał, a później pytał: „Słyszałeś wszystko?”. Ja odpowiadałem „Andrzej, rewelacja”, choć oczywiście nic nie słyszałem (śmiech). Brakuje mi tej takiej bezpośredniości. Jak rozmawiałem z żoną Andrzeja, Beatą, to powiedziała, że Andrzej miał „ekskluzywne życie”. Można powiedzieć, że żył jak prawdziwy artysta. Wstawał, kiedy wstawał, nie miał specjalnie dużo obowiązków. Po prostu żył sztuką, muzyką. Pisał dużo tekstów, grał na gitarze. Na szczęście zostawił po sobie sporo różnej twórczości – śladów gitarowych, parę teczek tekstów, także jako Püdelsi mamy co robić, jeśli chodzi o dalszą działalność. Wracając do pytania, tak jak mówiłem na wstępie, brakuje mi jego telefonów, zawsze na nie czekałem. Brakuje mi jego osoby. Andrzej był ojcem chrzestnym Püdelsów, więc ja w jakimś stopniu stałem się mu bardzo bliski, może dlatego, że miałem na imię Piotr. Bo chyba jego największym guru w życiu był Piotr Marek, o którym potrafił opowiadać mi w nieskończoność. O jego pracach malarskich, tekstach, o swoim spotkaniu z nim… O zarodku, który nazywał się na początku Düpą, a dopiero później z tego Düpą, powstali Püdelsi. Zresztą tak naprawdę dla nas, Püdelsów, a dla mnie szczególnie, Andrzej nie umarł. Wydaje mi się, że cały czas jest między nami.

A jak doszło do pańskiego poznania się z Andrzejem? Czy wcześniej pan słuchał Püdelsów, znał ich twórczość?
- To jest ciekawa historyjka, bo ja jestem z krwi i kości metalowiec. Nie ukrywam tego i nigdy tego nie będę ukrywał. Prawdopodobnie taki umrę i tak chciałbym, żeby zostało. Püdelsi to jest tylko i wyłącznie moja droga poszukiwania, aczkolwiek bardzo ją lubię. Lubię być artystą otwartym, a przez wiele, wiele lat byłem tzw. ortodoksem. I to do tego stopnia, że, gdy słyszałem Marka Knopflera, który gra na gitarze nieprzesterowanej, to w myślach od razu miałem: kto mu tę gitarę sprzedał? Po prostu musiało być tylko i wyłącznie „ryczenie” z gitary. Natomiast zmiana zaszła w momencie, kiedy odkryłem, że nie jada się jednej zupy całe życie, czyli np. pomidorowej, chociaż nie wiem, jakby była świetna. Że warto spróbować również innych zup, a w tym przypadku różnych gatunków muzycznych. Stwierdziłem, że to jest bardzo fajna droga rozwoju. Żeby było śmieszniej, nigdy nie było takiej sytuacji, gdy próbowałem czegoś nowego, że np. coś mi nie idzie – choć z różnymi ludźmi współpracowałem. Zawsze jakoś potrafiłem złapać bakcyla i mogłem stwierdzić, że jednak coś z tego będzie. Natomiast jeśli chodzi o Püdelsów, moje pierwsze spotkanie z Andrzejem było w studiu Czakram. Franz – ówczesny basista zespołu – mówi do mnie tak: „Piotrek, tak naprawdę wezwałem Cię, bo wiem, że jesteś metalowcem. My już nagraliśmy jasną stronę i teraz chcemy nagrać ciemną stronę z tymi wszystkimi ciężkimi tekstami Piotra Marka.” On mnie widział w takiej roli, żebym był trochę demonem, który będzie sprzedawał te bluźniercze teksty. Pamiętam, że na stoliku było takie duże pięciolitrowe wino, nie wiem ile z tego wypiliśmy, ale na pewno sporo. I w pewnym momencie w trakcie rozmowy Franz mówi do mnie tak: „ Znasz taką piosenkę Uważaj na niego”? Nigdy specjalnie nie byłem fanem Püdelsów, ale tę piosenkę chyba każdy w radiu słyszał i mówię: „Oczywiście, że znam”. Już byłem po tych paru dobrych, fajnych kieliszkach tego winka. I on do mnie mówi tak: „To weź sobie tekst, ja ci puszczę muzykę i nagrasz”. „ Teraz?” zapytałem. „ Teraz, nie mamy na co czekać” odpowiedział. To wziąłem ten tekst, oczywiście udaję, że wiem, o co chodzi, wchodzę do studia i w moich myślach pojawiło się pytanie: „Ale jak to ma być? Przecież nie bardzo wiem nawet, kiedy mam wejść”. Ale myślę sobie tak: „W całym rock and roll’u wszystko jest po dwóch frazach, więc tu nie będzie inaczej. I faktycznie pierwszy przelot, drugi przelot i wchodzę: „Uważaj na niego…”. Zaśpiewałem piosenkę do refrenu, Franz wyłączył nagrywanie. Wtedy właśnie pamiętam, że wszedł Pudel do studia. Przywitał się ze mną, a Franz powiedział tak: „Widzisz, Pudel, mamy nowego wokalistę” a ja odpowiedziałem: „Jeszcze o niczym nie wiem”. Na to on: „Ale ja już wiem, zaraz tu Pudlowi puszczę, zaraz zobaczy, o co mi chodzi”. Więc takie było moje pierwsze spotkanie.

Natomiast tu jest taka jeszcze jedna anegdota, bo po tym całym spotkaniu Andrzej mnie odwoził do domu. I tak jechaliśmy sobie samochodem, Andrzej długo milczał, a w pewnym momencie powiedział do mnie tak: „Jak sobie poradziłeś z Uważaj na niego, to sobie już ze wszystkim poradzisz”. Tak, żeśmy się zbratali. Później oczywiście pojechałem do Pudla na słynne warsztaty do Krynicy, na tzw. pierwsze 3 dni. Wchodzę do pokoju, patrzę się – na ścianie z 20 gitar, pełen pokój wzmacniaczy, plakatów, wspomnień, oczywiście mnóstwo opowieści. Andrzej, że tak powiem, zaaplikował ten narkotyk muzyczny, który się nazywa Püdelsi i zostało mi to do dziś. Później już przyjeżdżałem do niego bardzo często, pisaliśmy dużo tekstów, pisaliśmy też piosenki, różne, fajne. I pamiętam, że jak wracałem od niego autobusem, to napisałem o nim tekst. Napisałem tekst o Pudlu. I pokazałem mu go kilka miesięcy później, a on powiedział do mnie: „Wiesz co, bardzo fajny, ale tak naprawdę do niczego nam nie jest potrzebny, ale zostaw mi go”. Teraz uwaga, bo cała historia zatoczyła koło. Chyba jeszcze nikomu o tym nie mówiłem publicznie, więc powiem państwu. Właśnie skorzystaliśmy z tego tekstu, który napisałem wtedy, te 11 lat temu. Dokładnie w tym tygodniu będzie premiera utworu, który napisałem jako memoriał dla Andrzeja „Pudla” Bieniasza. Tytuł tej piosenki to „Awangarda”. Zapraszam Was na YouTube. Będzie screenshot zrobiony z jego zdjęć i będzie puszczana ta piosenka. Pracowaliśmy nad nią chwilę. Nic więcej nie zdradzam.

Za nowinkę dla naszych widzów dziękujemy. Wracając do Püdelsów, jak pan wspomina współpracę i początki w zespole?
– Tu nasuwa mi się kolejna anegdota. Mianowicie pierwszy koncert z zespołem zagrałem 12 czerwca 2010 roku na Dniach Sanoka. Koło 3-4 tysięcy ludzi. Pamiętam, jak tam przyjechaliśmy. Pierwsza rzecz była taka, że graliśmy w miejscu, w którym była scena, a dookoła niej wesołe miasteczko z tymi lunaparkami, z tymi wszystkimi budkami z kiełbachami. Po prostu tak dni miasta wyglądają w Polsce, nie inaczej. Podchodzę do Pudla i go pytam: „Andrzej, a ta duża karuzela, co się tak kręci i co chwile bzyczy, to oni ją wyłączą, jak będziemy grać?”. Andrzej mówi: „No właśnie o to chodzi, że nie”. „Jak nie? No chłopie, przecież ja się nie skupię”. 24 teksty, pamiętam to jak dziś, 24 teksty. Nie miałem ani jednej kartki, wszystko miałem w głowie, wyuczyłem się tego na maksa. Dochodzi do momentu, w którym mamy wyjść na scenę, jesteśmy już po próbie artystycznej, już ludzie nas wzywają, już skandują. Wchodzimy na scenę, wchodzę również ja i w tym momencie zrobiłem tzw. ściankę. Ścianka polega na tym, że w chwili występu robi się pusto w głowie. Jak pamiętałem te 24 teksty dokładnie dziesięć sekund wcześniej, tak w momencie, kiedy wszedłem na scenę nie pamiętałem nic. I tak stoję, patrzę się, wszyscy już przygotowani, Pudel mówi: „- To co, ruszamy?”. A ja tylko tak podchodzę do Andrzeja i mówię: „Andrzej, przypomnij mi tylko pierwszą linijkę pierwszego tekstu”. Na co on: „ Nie wiem nawet, co gramy jako pierwsze. Sorry, ale nie pomogę Ci”. I tak, przechodzę na środek sceny. Lecimy z pierwszym numerem i sobie myślę: „Super, wspaniały debiut, po prostu lepiej być nie może, jakbym się teraz zapadł pod ziemię to prawdopodobnie by było dużo lepiej niż to, że tu stoję”. Wtedy mija dziesięć sekund do pierwszego breaka, potem dziewięć, osiem, siedem… Graliśmy wtedy piosenkę „Emeryten party” i tam jest taki moment, że jest break - i po nim w górę wchodzę. I tak dochodzimy do mojego wejścia . Zostało pięć sekund, cztery, trzy, dwie, jedna… W tym momencie podchodzę do mikrofonu i stało się coś takiego, jakby mi ktoś jack’a (styk – dop. red.) wsadził. Cała aparatura w mózgu mi się włączyła i oczywiście przejechałem koncert do końca. Miałem może 2-3 delikatne pomyłki, ale to było nic w porównaniu z tym, co mogło mnie czekać. Jak zszedłem ze sceny, byłem mokry z wrażenia, z emocji, ze wszystkiego po kolei. Podchodzi do mnie Franz i mówi do mnie: „Foreman, dość tego profesjonalizmu, chodź do mnie do pokoju, tam taki duży Jack stoi”. Dzisiaj się z tego śmieję, nie mniej jednak prawda jest taka, że wtedy omal nie zemdlałem.

Muzycy spędzają ze sobą dużo czasu, można się poznać dosłownie z każdej strony. Za co najbardziej pan cenił Pudla?
– Andrzej miał jedną fajną cechę – był niesamowicie opiekuńczy. Był takim naszym ojcem chrzestnym. Przede wszystkim bardzo nas pilnował, jeżeli chodzi o alkohol, szczególnie przed koncertem. Uważał, że nie może być tak, że wychodzi pijacka banda na scenę i po prostu się wywraca. Oczywiście wtórowaliśmy mu w tym, że jak najbardziej, ale zawsze uważaliśmy, że to jedno piwko, jak to mówił pan Grabowski, jeszcze nikomu nigdy nie zaszkodziło. Czasami musieliśmy to ukrywać przed Andrzejem. Nie mniej jednak trzymaliśmy fason, przede wszystkim, żeby jemu nie zrobić przykrości. Był dla nas taką tarczą. Andrzej do tego stopnia był opiekuńczy, że zawsze miał taką skrzyneczkę, w której miał lekarstwo na wszystko. Tutaj mówię oczywiście o normalnych lekarstwach. Jeśli kogoś bolała głowa, ktoś dostał rozwolnienia, czy jakiejkolwiek innej dolegliwości, Andrzej zawsze pomógł, zawsze go można było zawołać. Nawet potas ze sobą woził, wszystko miał w tej wypasionej skrzyneczce. To było kapitalne z jego strony. Był taki, że potrafił przyjść do pokoju, spytać jak się czujesz, jak dzisiaj, bo pogoda kiepska. Lubił mieć takie zabezpieczenie psychiczne na zasadzie, że wchodził na scenę i wiedział, że każdy jest w dobrej formie. Przynajmniej na tyle, na ile to było możliwe, bo są różne sytuacje, każdy z nas jest człowiekiem. Pamiętam, jak mama mi zmarła i dość mocno męczyłem się z moim ojcem, bo miał jeszcze takie wady, o których nie chce mówić. Andrzej mnie zawsze wspierał, mówił: „Nie krzycz na niego, to i tak niczego nie zmieni, pogłaszcz go”. Interesowało go to, w jakiej jestem kondycji psychicznej. Nie ukrywam, że mi tego brakuje, bo to było bardzo braterskie z jego strony. Jestem jedynakiem, nigdy nie miałem starszego brata i nigdy nie miałem nikogo, kto by był dla mnie taką bliską osobą, oczywiście poza żoną, z którą jestem już od 30 lat.

Muzycy mają różne wizje artystyczne. Czy w Püdelsach też dochodziło do takich dyskusji? Mam na myśli np. przy nagraniach piosenek, jak rozwiązywaliście takie konflikty?
– Nie mogę powiedzieć, że wszyscy byliśmy cudowni i wspaniali i każdy się ze wszystkim zgadzał. Oczywiście tak nie było. Mimo wszystko ten zespół składał się, w dalszym ciągu uważam, że się składa, z indywidualności. Zawsze też musi być ktoś, kto ma ostateczne zdanie. U nas taką osobą był Pudel. Czyli jak było coś za dużo z lewej strony, za dużo z prawej strony, to on wchodził w środek i mówił: „Tak zostaje i nie ma, o czym gadać”. Mogliśmy burczeć lub nie, pod nosem. Próbowaliśmy mu oczywiście tłumaczyć, że mieliśmy jakieś wspólne zdanie, ale generalnie zawsze Andrzej przybijał tę ostatnią pieczątkę. Jestem za tego typu rozwiązaniem. Podejrzewam, że w każdym zespole na świecie tak jest. Demokracja w tym przypadku to nie jest dobra rzecz, tak mówiąc szczerze. Nie mówię o faszyzmie, dyktaturze, bo takie coś też istnieje. Mimo wszystko jednak powinien być lider – kluczowa osoba, żeby powiedzieć: jedziemy w lewo a nie w prawo. Natomiast staraliśmy się unikać takich konfliktów. Byliśmy na tyle doświadczonymi muzykami, że potrafiliśmy obiektywnie stwierdzić, że np. dana gitara jest za głośno lub jest jej za mało, albo może powinna zagrać ciekawiej. Potrafiliśmy się na tym stopniu dogadać. Poza tym mamy w zespole Alana Drzewieckiego, który ma swoje studio, jest bardzo wykształconym muzykiem, świetnym klawiszowcem. Dużo wniósł różnych rzeczy, Andrzej opierał się też na jego zdaniu. Tak, jak mówiłem, miał swoje ostateczne, ale pracowaliśmy wspólnie na te wszystkie rzeczy, które osiągnęliśmy.

Czyli jak była krytyka, to konstruktywna?
– Tak, konstruktywna. Nie rzucaliśmy się sobie do gardeł. Nie było też sytuacji, w których ktoś mówił: „Jak ty nie zagrasz tak, to ja wychodzę z pokoju” – to dziecinada. Być może jest tak w jakiś innych zespołach. Ale jeśli tak jest, to znaczy, że jest źle.

Co się liczyło dla Pudla w muzyce najbardziej? Jaką miał wizję?
– Andrzej tak naprawdę najbardziej artystycznie cenił początki Püdelsów, czyli pierwszą płytę z Korą, później drugą i trzecią. Wszystkie teksty, które były Piotra Marka. On uważał, że to byli najprawdziwsi Püdelsi. Też się z tym zgodzę, z tym, że później, z Maciejem Maleńczukiem, który doszedł do zespołu, stworzyli bardzo piękną płytę, chyba najlepszą, przynajmniej w mojej ocenie, Psychopop. Dlaczego psycho? Przynajmniej z mojego punktu widzenia, tak to rozumiem, chodziło o to, żeby pokazać, że zespół potrafi zaistnieć dla szerszego grona publiczności, a mimo wszystko, nie jest prosty, podany na tacy. Że gdzieś tam w tym wszystkim jest papryczka, że nie jest to takie łatwe w odbiorze. Bardzo fajnie, że Maciej Maleńczuk walczył o to, żeby Püdelsi byli rozpoznawalną kapelą. Z tego,co pamiętam, byli bardzo wysoko w latach 2004-2005 rok. To był jeden z bardziej rozchwytywanych zespołów w Polsce i ich przeboje do dzisiaj są znane i lubiane. Muszę powiedzieć, że gdziekolwiek w Polsce gramy, ludzie znają teksty. Później odszedł Maciej Maleńczuk, wokalistą został Szymon Goldberg. Tutaj troszeczkę Andrzej walczył o taką drugą stronę zespołu, żeby jednak nie tylko zostawić po sobie to, co było, ale również iść z duchem czasu. To się również stało na płycie, którą ja zrobiłem z nimi czyli Uber alles, czy Psychosymfoniko, gdzie zagraliśmy kapitalny koncert z orkiestrą symfoniczną. Tutaj też muszę nadmienić państwu nowość, której wcześniej nie mówiłem. Te dwa koncerty będą powtórzone. Odbędą się prawdopodobnie we wrześniu, zagramy najpewniej w kinie Kijów, wraz ze znakomitymi gośćmi. Jednym z nich będzie Maciej Miecznikowski, który też współpracował z Püdelsami, jak i również brał udział w tym pierwszym koncercie. Będzie również pani Asia Kołaczkowska z kabaretu Hrabi, która bardzo lubiła Andrzeja - to po pierwsze, a po drugie, jest wokalistką wysokich lotów.

Wracając jeszcze do muzycznej wizji Pudla i waszej współpracy, na czym mu zależało?
– Andrzej przede wszystkim próbował od samego początku wyeliminować ze mnie jakiekolwiek naleciałości metalowe. Twierdził, że mój naturalny głos jest bardzo fajny, że wcale nie muszę go nadużywać, nie muszę wrzeszczeć, nie muszę krzyczeć. Aczkolwiek, gdy nagrałem potem piosenkę „Bestie”, która opowiada o tym, że niedobrzy ludzie się znęcają nad zwierzętami, w pewnym momencie fajnie przyłożyłem w moim charakterystycznym rockowym stylu, to Andrzej powiedział: „No tutaj to tak! Tutaj to po prostu się podłoga urywa, o to mi chodziło. Ale już np. jak śpiewasz taką piosenkę, Do kochania wciąż gotowy, to niekoniecznie musisz ryczeć. Staraj się być macho, który kobiecie mówi coś zabawnego do ucha”. W ogóle Andrzej był człowiekiem, który w pisaniu tekstów zawsze próbował przemycić coś śmiesznego, figlarnego. Nie szedł w mega powagę, chociaż zrobiliśmy i takie, i takie numery. Pamiętam, zrobiliśmy piosenkę, którą dedykowaliśmy Piotrowi Markowi, „5885”. Napisaliśmy to w Krynicy, 5 sierpnia. To była rocznica śmierci Piotra i Andrzej to nazwał „Punkowa Pieśń Pożegnalna”. Pół dnia przygotowywaliśmy plan teledysku, to było wszystko u Andrzeja w pokoju. Nic więcej nie zdradzam, to trzeba po prostu zobaczyć. Wyszliśmy jak rasowi punkowcy, rżnęliśmy, był czad.

Pan pisze teksty, Pudel pisał teksty. Czy na tej płaszczyźnie wymienialiście się doświadczeniami?
– Tak, jak najbardziej. Andrzej bardzo lubił ze mną pisać, bo uważał, że nie stawiam twardo na swoim. Czyli np. jak wymyśliłem jakieś jedno zdanie i Andrzej zmienił końcówkę lub początek, to mówiłem: „Dobrze, bardzo dobrze”. I jemu się to podobało, że nie stawiałem na swoim. Mnie zawsze zależało na tym, żeby na pierwszym miejscu było dobro zespołu, a niekoniecznie to, że ja akurat to wymyśliłem. Owszem, były takie teksty, że Andrzej mi je przyjął od początku do końca. Z tym, że jednak Andrzej miał doświadczenie w pisaniu tekstów, miał błyskotliwość, był świetnym obserwatorem rzeczywistości i śmiesznych sytuacji. Po prostu w tym królował. Wszędzie zapisywał to, co usłyszał, a co mu się spodobało. Z tego, co pamiętam i co opowiadała mi jego żona, Beata, takich różnych zapisków w całym mieszkaniu było pełno. Inspiracji szukał w różnych rzeczach. Raz nawet była taka dziwna sytuacja z preludium do piosenki „Solidarność”, którą Andrzej ostatecznie zaśpiewał. Piosenka znajduje się na płycie „AkustikoAscetico”. Jest na niej tylko pięć utworów i ta płyta została wydana specjalnie, jako cegiełka na leczenie Andrzeja. Jeszcze wtedy był w sytuacji, w której potrzebował ogromnych pieniędzy – cztery tysiące złotych kosztowały leki, na to, żeby mógł przeżyć tydzień. Uzbierała się dość fajna suma, a my, żeby nie być niewdzięcznymi, wypuściliśmy płytkę w ramach podziękowania. Wyszło ich tylko 300 egzemplarzy. Tych 5 utworów, które znalazło się na tej płycie, będzie dogranych do płyty, którą kończymy. Będzie tam dodatkowe 7 utworów plus te z płyty „AkustikoAscetico” i planujemy wydać ten album późną jesienią.

Wspominał pan o gitarach Pudla. Był ich kolekcjonerem?
– Tak, Andrzej był świetnym znawcą gitar, to był jego konik. Tak, jak się ktoś zna na samochodach, czy na sprzęcie audio, Andrzej był świetny w gitarach. On miał modele z lat 50-tych do jakiś najnowszych. Szukał też specjalnych, szczególnych gitar z lat 50-tych, 60-tych. Często sobie je zmieniał, a przede wszystkim ogromnie dbał o nie, czyścił. Do dzisiaj świetnie wyglądają. Jedna z takich przykrych sytuacji, o których opowiadała nam jego żona, Beata, była, kiedy Andrzej znajdował się już u schyłku swojej choroby. Poprosił żonę, żeby go posadziła na wózku i jeździł wokół tych gitar, patrząc się na nie. Złapał mały niedowład rąk i już nie był w stanie ich utrzymać. Bardzo je kochał, był wielkim, ogromnym znawcą. Potrafił o nich gadać godzinami, oczywiście z pozycji znawcy, wiedział, o co chodzi.

Miał egzemplarze, którymi się chwalił?
– Tak, np. jedna z gitar klasycznych. Zawsze mi to mówił: „Pamiętaj Foreman, to jest gitara, na której Jimmy Page nagrywał Stairway to Heaven”. Oczywiście nie mówimy tutaj o konkretnym egzemplarzu, chodziło o ten sam model. Wyszło ich podobno tylko kilka lub kilkaset, nie mniej jednak zawsze marzył o tym, żeby tą gitarę mieć i ją miał. Nie wiem, ile za nią zapłacił, pewnie sporo, ale faktycznie brzmiała rewelacyjnie.

Czy ma pan w pamięci jakąś szczególną anegdotę związaną z Pudlem?
– Pamiętam, jak graliśmy w Kudowie-Zdrój. Wracaliśmy po koncercie i mówię tak: „Słuchajcie, tu jest taka Kaplica Czaszek”, znajdowała się bodajże w Czernej. I pojechaliśmy tam. Kupiliśmy bileciki, wszystko elegancko, wszystko gra, wchodzimy i oglądamy. Rzeczywiście było tam mnóstwo czaszek. Andrzej był fanem czaszek. Wchodzimy i Andrzej pierwsze co zrobił, to od razu wyciągnął swojego Iphonika i zaczął strzelać zdjęcia. Na to podchodzi do niego taka pani i mówi: „Przepraszam pana, ale tutaj nie można robić zdjęć”. „Dlaczego?” zapytał Andrzej, „Ze względu na szacunek dla zmarłych, proszę nie robić tu zdjęć i tyle” odpowiedziała ta pani i odwróciła się, Andrzej oczywiście jej nie posłuchał. Zapomniał jednak wyłączyć dźwięk aparatu. W momencie, jak fotografował sobie fajną czaszkę, było słychać ten sygnał. Pani na to się wróciła i zaczęła się awantura: „ Proszę mi wyjść, w ogóle co pan sobie wyobraża? Już panu raz zwracałam uwagę!” i tak krzyczała na niego i krzyczała. Andrzej spojrzał na nią i mówi: „Wie pani co? I tak kiedyś pani czaszka tutaj zawiśnie”. Na odchodne jeszcze ostentacyjnie strzelił serię zdjęć.

Püdelsi nadal działają, czeka nas sporo niespodzianek od zespołu.
– Wszystkich koncertów, których mamy zagrać, jest już bodajże siedem. Mamy na nie podpisane umowy. Wszystkie koncerty, które realizujemy teraz, po śmierci Andrzeja, nazywamy „Pudel in memoriam”. To jest nasz pomysł. Zresztą tak chcieliśmy i chyba już do końca tak zostanie, że te wszystkie koncerty, które jeszcze zagramy będą jego memoriałem. Püdelsi to był Andrzej i jesteśmy tego w pełni świadomi, nie chcielibyśmy nic z tym robić, takie było jego życzenie, więc niech tak zostanie na wieki. Nawet gdybyśmy mieli grać przez kolejne 10 lat, to zawsze te koncerty będą memoriałem dla niego. Nasz przyjaciel, zresztą też przyjaciel Andrzeja, pan Lesiu Wabik, zrobił nam piękny plakat dużego formatu, z całym stelażem i na każdym koncercie będziemy go rozkładać, tak, aby Andrzej był z nami. Będzie patrzył czy wszystko jest w porządku.

Brakuje wam gitary w zespole, jak wybrnęliście z tego problemu?
– Wybrnęliśmy w taki sposób, że w listopadzie 2020 roku, kiedy jeszcze Andrzej był chory, był organizowany koncert „Gramy dla Pudla”. Był on podsumowaniem całej akcji, która była dla Andrzeja zrobiona, w sensie zbierania pieniędzy itd. Zaprosiliśmy dużo gości, wśród nich był Maciej Maleńczuk, który wtedy bardzo ładnie zaśpiewał i przypomniał sobie stare lata. Był również Paweł Mąciwoda, który jak się okazało również miał z Püdelsami swój akces. Z takich bardziej znanych postaci był też Jorgos Skolias. Wtedy, na tym koncercie, na gitarze grał Lala, czyli Piotr Lewicki, który z Püdelsami miał dość długi okres współpracy. W tych najgorętszych, najlepszych latach zespołu, grał w nim jako gitarzysta. Potem jakoś drogi się rozeszły. I w momencie kiedy Andrzej oglądał ten koncert przez internet, to bardzo go chwalił, mówił: „Słuchajcie, Lala bardzo fajnie zagrał na tym koncercie”. Zresztą nawet pamiętam, jak się później z nim połączyliśmy po koncercie, to go bardzo chwalił. Jak Andrzej odszedł, to jednogłośnie stwierdziliśmy, że skoro Lala de facto jest Püdelsem, bo już kiedyś grał w zespole, to czekamy na jego zgodę, którą zresztą wyraził.

Fani mogą być na razie spokojni o losy zespołu, ale chciałem Pana jeszcze zapytać o „ Fovo”, czyli Pana autorski projekt.
– Nie do końca to jest mój autorski projekt. Już wyjaśniam, od czego się wzięło „Fovo”. „Fo” to Foreman, a „Vo” to jest Voyna przez V pisane, bo taką miał ksywę Wojtek Wojnowski. To perkusista zespołu Hellias, thrash metalowej kapeli, z którym grałem przez 6 lat i nagraliśmy 20 płyt. Nie gramy na tej płycie thrash metalu, od razu mówię. Znamy się od 30 lat, ale spotkaliśmy się muzycznie w 2016. Wojtek, który mieszka w Irlandii, w Dublinie, oprócz swojej pracy zawodowej robi dużo ilustracji muzycznych – czy to reklamowych, czy do filmów animowanych. Miałem sporo tekstów, nie chciałem wszystkich z nich pokazywać Pudlowi, bo jednak Andrzej miał swoją „uliczkę” tekstową i nie bardzo chciał mnie wpuszczać z różnymi rzeczami. Tym bardziej osobistymi. On to widział bardziej horyzontalne. Natomiast teksty mi się zbierały i pomyślałem sobie, że może kiedyś warto by było coś z tym zrobić. Wtedy właśnie zadzwoniłem do Wojtka i powiedziałem: „ Wojtuś, wiesz co, bo wiem, że Ty robisz ilustracje muzyczne, weź mi tam wyślij ze dwa takie numery, ja się im przyjrzę”, „A po co ci?”, „Zobaczysz”. I on mi wysłał właśnie taką pierwszą piosenkę, ilustrację i ja napisałem tekst, i odesłałem mu. Nosi ona tytuł „Opium”. W tekście kompletnie nie ma nic o żadnym opium. To jest tylko zaznaczenie odpowiedniego klimatu. Ale poszedłem tym tropem i kolejne piosenki mają kolejno tytuły: „Hera”, „Wódka”, „Mary Jane”, „Sake”, „Wino”, „Whisky”, ”Tequila”, „LSD”, „Koka”. Wszyscy mnie pytają: śpiewasz o tym, jak się czujesz po winie czy po herze? Ja mówię, że nie, to byłoby bez sensu. Poza tym, po co miałbym takie coś pisać. Chodzi o to, że te tytuły są takim pewnym wyznacznikiem. Na przykład taka „Wódka”, jeśli się wysłucha tekstu (akurat jestem w nim dość dużym buntownikiem), tam pada tylko jedno zdanie – „Jak wódka na stole rozlewam się”. Dokładnie w każdym z tych tekstów używam jednego zdania, które dotyczy tytułu. Jest to kwestia metafory, porównania różnych rzeczy. O tym materiale wypowiedziało się już sporo osób, jak się okazuje jednak było zainteresowanie. Muszę się przyznać, że kilkaset sztuk upłynniłem. Głównie dziewczyny to lubią, nie wiem czemu, może tak ma być. Sama muzyka to jest takie electro-industro idące w kierunku takiego Laibachu… no Ministry, to może trochę za mocno, ale gdzieś Dead Can Dance, Fields of the Nephilim… To są moje zupełnie nowe drogi, które, gdy je odkryłem, naprawdę pokochałem, bo są kapitalne.

A do tych nowych dróg bramą byli Püdelsi.
- Tak, dzięki nim jestem otwarty w poszukiwaniu różnych kierunków muzycznych.

Kultura

Kultura - najnowsze informacje