sobota, 23 kwietnia 2022 16:40

Dr Jacek Raubo: Zaskoczeniem była słabość rosyjskich sił zbrojnych

Autor Mirosław Haładyj
Dr Jacek Raubo: Zaskoczeniem była słabość rosyjskich sił zbrojnych

Wojna za wschodnią granicą Polski nie ustaje a konflikt przybiera coraz to nowe oblicza. O komentarz do wydarzeń w wojnie ukraińsko-rosyjskiej poprosiliśmy dr Jacka Raubo, specjalistę w zakresie bezpieczeństwa i obronności, analityka Defence24 oraz nauczyciela akademickiego UAM Poznań.

Analizując atak Rosji nasz ekspert zwrócił uwagę nie tylko na braki w zaopatrzeniu agresora, ale przede wszystkim na "błędne rozpoznanie wywiadowcze":

Rosjanie podeszli do pierwszych działań zbrojnych, w trakcie swojej agresji w Ukrainie, w sposób wysoce nieprzygotowany. Zauważalne były braki w zaskoczeniu, nie sparaliżowano systemów teleinformatycznych, nie zniszczono obrony przeciwlotniczej Ukrainy, a przede wszystkim nie udało się wyprowadzić efektywnych działań dywersyjno-sabotażowych. Wynikało to z różnych powodów, które wpłynęły na postawę dowódców różnego szczebla oraz kluczowych decydentów na Kremlu. Pierwszym elementem było błędne rozpoznanie wywiadowcze, odnoszące się zarówno do samego potencjału Ukrainy jak i możliwej pomocy zewnętrznej ze strony Zachodu. Obrazowo, dla rosyjskich planistów możliwe było powtórzenie manewru krymskiego z 2014 r. tylko, że teraz niejako w skali całej Ukrainy. To okazało się kluczowe szczególnie dla operacji na kierunku Kijowa

– mówił w rozmowie z Głosem24 dr Raubo.

Nasz rozmówca ocenił potencjał Rosji oraz planowane zakupy dla rodzimej armii a także polskie akcenty w wojnie na naszej wschodniej flance w postaci uzbrojenia używanego przez Ukraińców. Dr Raubo przeanalizował również konflikt na wschodzie pod kątem krajowego bezpieczeństwa.

Dr Jacek Raubo, specjalista w zakresie bezpieczeństwa i obronności, analityk Defence24 oraz nauczyciel akademicki UAM Poznań/Fot.: arch. prywatne
Dr Jacek Raubo, specjalista w zakresie bezpieczeństwa i obronności, analityk Defence24 oraz nauczyciel akademicki UAM Poznań/Fot.: arch. prywatne

Gdy porównuje pan konflikt na Ukrainie w jego początkach oraz obecnie, to co nasuwa się panu na myśl?

– Rosjanie podeszli do pierwszych działań zbrojnych, w trakcie swojej agresji w Ukrainie, w sposób wysoce nieprzygotowany. Zauważalne były braki w zaskoczeniu, nie sparaliżowano systemów teleinformatycznych, nie zniszczono obrony przeciwlotniczej Ukrainy, a przede wszystkim nie udało się wyprowadzić efektywnych działań dywersyjno-sabotażowych. Wynikało to z różnych powodów, które wpłynęły na postawę dowódców różnego szczebla oraz kluczowych decydentów na Kremlu. Pierwszym elementem było błędne rozpoznanie wywiadowcze, odnoszące się zarówno do samego potencjału Ukrainy jak i możliwej pomocy zewnętrznej ze strony Zachodu. Obrazowo, dla rosyjskich planistów możliwe było powtórzenie manewru krymskiego z 2014 r. tylko, że teraz niejako w skali całej Ukrainy. To okazało się kluczowe szczególnie dla operacji na kierunku Kijowa.

Jednakże, nawet tam, gdzie strona rosyjska powinna mieć relatywnie lepsze rozpoznanie i świadomość sytuacyjną, a więc na południu i wschodzie nie widać było gwałtownego przełamania i pełnego zaskoczenia sił ukraińskich. Wydaje się, że dla Rosjan samo wkroczenie do Ukrainy miało oznaczać załamanie woli walki większości społeczeństwa, a następnie wykorzystywanie podziałów wewnętrznych wśród Ukraińców. Nie mówiąc już o koszmarnym przygotowaniu logistycznym nacierających wojsk, słabości w ich dowodzeniu, tragicznej łączności, itd. Stąd też, gdy Ukraina rozpoczęła działania obronne zauważyliśmy nader dobrze, że byli stroną o wiele lepiej przygotowaną do wykorzystania własnych atutów wojskowych i wykorzystywania wszelkich słabości rosyjskich. To nie oznacza, że nie doszło do strat i porażek, ale Ukrainie udało się utrzymać spoistość systemu państwa, a także kontroli oraz dowodzenia siłami obronnymi. Zauważalna była lepsza mobilizacja wojska i innych sił, tj. służb mundurowych, Gwardii, rezerw. Ukraina odrobiła lekcję z wydarzeń w 2014 r. i mocno skorzystała na współpracy szkoleniowej oraz technologicznej z Zachodem. Nie mówiąc już o decydującym wsparciu zachodnich służb wywiadowczych w rozpoznaniu sił inwazyjnych i ich zamierzeń.

Rosjanie w pierwszej fazie, nie potrafiąc zrealizować swoich celów popadli niejako w coś w rodzaju marazmu operacyjnego. Nie wiedząc de facto czy iść w kierunku wojny totalnej oraz pełnej mobilizacji, czy może jednak wycofać się, widzieliśmy coś w rodzaju paraliżu decyzyjnego. Pogłębionego np. brakiem efektywnego łańcucha dowodzenia nad całością działań. Stąd też Rosjanie ponosili znaczące straty w rejonie Kijowa czy też Charkowa. Jak również nie byli w stanie pokonać obrońców Mariupola. Chaotyczne wydawały się też próby stworzenia niezbędnego zaplecza logistycznego dla walczących w awangardzie wojsk.

Głośno zapowiadana druga faza agresji to już w głównej mierze próba uratowania efektów propagandowych. Rosjanie bazując nadal na ograniczonych zasobach wojskowych, bo koncentracja sił nie jest porażająca jak na stany osobowe sił zbrojnych, chcą wywalczyć sobie plan minimum, czyli Donbas. Stąd mowa jest wprost o tzw. bitwie o Donbas. Dla Kremla niezmiernie ważne jest również finalne opanowanie oraz pacyfikacja korytarza lądowego między wcześniej już okupowanym Krymem i właśnie tzw. separatystycznymi Republikami Ludowymi. Jednakże, nawet szumne zapowiedzi drugiej fazy agresji nie są w stanie, same w sobie nagle zmienić obrazu strategicznego kampanii. Zarówno Rosjanie jak i Ukraińcy związali się w ciężkich walkach, gdzie ponoszą znaczne straty w ludziach oraz sprzęcie. Lecz na obecną chwilę Rosjanie jako uderzający nie dokonali takiego przełomu, który mógłby nam powiedzieć o jakimś większym, jakościowym przeobrażeniu agresji (od czasu pierwszych uderzeń oczywiście). Zmiany zaszły w łańcuchu dowodzenia czy sposobie nasycenia pola walki atakami z powietrza, ale pytanie czy to jest ta zapowiadana wielka zmiana. Bo małe zdobycze terytorialne i straty wojsk nacierających na pozycje ukraińskie nakazują przynajmniej ostrożność w podejściu do rosyjskiej propagandy sukcesu.

A co było i co jest dla pana największym zaskoczeniem tego konfliktu?

– Zaskoczeniem, nie ma co ukrywać pozytywnym, była przede wszystkim słabość sprzętowa oraz ludzka rosyjskich sił zbrojnych. Wyrażona w brakach chociażby w zakresie łączności szyfrowanej, nie mówiąc o zapleczu logistycznym. Okazało się też, jak mocną propagandą sukcesu operowali Rosjanie mówiąc o głębokiej modernizacji własnych sił zbrojnych. Co więcej nie doszło do gruntownej zmiany w sferze jakości szkolenia oraz mentalności dowódców wojskowych. Chciałoby się stwierdzić, że umowne koncepcje gen. Gierasimowa zostały najmocniej przerobione przez zachodnich odbiorców, a najmniej przez samych rosyjskich dowódców. Planowana agresja tym samym w wielu aspektach nie przypomina fantastycznych wizji wojny nowego typu made in Russia, ale klasycznego doktrynalnego podejścia rosyjskiej kadry dowódczej. Zauważmy, że nowe technologie, którymi nas straszono jako tymi najgroźniejszymi albo nie okazały się decydujące w walkach, albo jest ich mało i są źle użytkowane w warunkach bojowych, albo nie ma ich w ogóle. Pytanie czy Rosjanie, niejako sprzedając różne wizje propagandowe na Zachód, sami sobie nie stworzyli czegoś w rodzaju bańki antydostępowej. Lecz nie chodzi o koncept A2/AD, swego czasu odmieniany przez wszystkie możliwe przypadki w kontekście wschodniej flanki NATO, ale o sposób zamknięcia się w komfortowej przestrzeni myślenia strategicznego, bazującego na wysokim ego i bucie.

Przed wojną na Ukrainie Polska zapowiedziała m. in. zakup czołgów Abrams. To, co widzimy za naszą wschodnią granicą sprawia, że można wątpić w słuszność tego ruchu. Potrzebujemy dużych liczebnie wojsk pancernych?

– Sprawne wojska pancerne i zmechanizowane to element nowoczesnych sił zbrojnych. Próby podważenia ich roli są moim zdaniem efektem poszukiwania jakiegoś jednego rozwiązania, względem wątpliwości odnoszących się do systemu obronnego. Lecz to właśnie system jest słowem kluczowym, więc wojna na Ukrainie pokazuje najlepiej, że trzeba i nowoczesnych czołgów oraz bojowych wozów piechoty, etc., ale też odpowiedniego szkolenia lekkiej piechoty czy też rezerw kadrowych. Uważam, że poszukiwanie sztucznych sporów między inwestycjami w systemy przeciwpancerne, czołgi czy przysłowiowe bezzałogowe statki powietrzne jest rzeczywiście emocjonalne, ale praktycznie kontrproduktywne. Wielodomenowe pole walki wymaga licznych narzędzi jej prowadzenia, w tym również nowoczesnych czołgów. Należy dla nich szukać przede wszystkim odpowiedniego zaplecza w sferze doktryny prowadzenia działań. Możemy zastanawiać czy powinny to być produkty amerykańskie, niemieckie czy koreańskie, ale raczej błędem jest rugowanie znaczenia broni pancernej i jednostek zmechanizowanych.

W nawiązaniu do poprzedniego pytania: czy polska armia nie kupuje od wpływem chwili? Niedawno padły informacje o zakupie dronów, właśnie w kontekście tego, co robią one z rosyjskimi czołgami. To dobra strategia? I czy możemy w ogóle mówić o jakieś strategii?

– Problemem naszego państwa jest rzeczywiście utrzymanie stabilnej wizji modernizacji technicznej jako procesu osadzonego w wymiarze wieloletnim. Co więcej, problemem jest również finalizacja części programów, rozciąganie w czasie postępowań, sam proces zamówień, itd. To są główne mankamenty i to widziane z perspektywy wielu lat. Powinniśmy również mocniej akcentować rolę polskiej zbrojeniówki, szczególnie w zakresie podstawowych elementów wyposażenia i uzbrojenia sił zbrojnych. Tak, aby w dobie kryzysu nie być zależnym od zbyt mocno rozciągniętych łańcuchów dostaw. Jednakże, z drugiej strony musimy zaakceptować, że wielu elementów uzbrojenia nie wyprodukujemy i musimy je kupić od innych państw. Tutaj kluczowe jest poszukiwanie bardzo transparentnych procesów porównywania ofert z różnych państw, mając na uwadze doświadczenia własne i przede wszystkim innych krajów np. nordyckich. Jak również uczestniczenie, w sposób jak najszerszy w programach europejskich. Trzeba się lokować chociażby w pracy w ramach PESCO oraz Europejskiego Funduszu Obronnego. To jest dla nas ogromna szansa, ale jej wykorzystanie zależy tylko od nas i naszego podejścia.

Na wojnie ukraińsko-rosyjskiej nie brakuje polskich akcentów. Mam tutaj na myśli przede wszystkim "Pioruny", ale polskiego sprzętu jest więcej. Chyba możemy być dumni z naszej myśli technicznej? Mamy potencjał, którego nie wykorzystujemy?

– Polska ma potencjał do realizacji pewnych programów zbrojeniowych. Widać to w zakresie rozwoju np. systemów PPZR Piorun, wcześniej Grom z Mesko. Widać to w możliwościach optoelektroniki z PCO. Widać to w pracy nad ofertą Grupy WB chociażby w zakresie technologii bezzałogowych. Jest wiele przykładów, częstokroć niedostrzeganych odpowiednio jeśli chodzi o skalę zamówień w kraju. Lecz uważam, że mamy znaczny potencjał w zakresie zaplecza inżynierów, badaczy, itd. Jednak trzeba systemowego wsparcia dla najlepszych produktów i klarownej wizji kooperacji z polską nauką oraz zbrojeniówką. Pewność zamówień, pewność kontraktów, ale dla tych rozwiązań, które dają najwięcej. Nie można tworzyć na siłę wszystkiego w Polsce, szczególnie obecnie przy kosztach nowoczesnych technologii wojskowych. Musimy ustalić priorytety i segmenty, które staną się naszymi domenami. Jak również poszukiwać jak najlepszych form współpracy europejskiej oraz z innymi partnerami zagranicznymi. Jednak, przykłady naszych rakiet przeciwlotniczych, dronów, etc. powinny rzeczywiście napawać nas dumą, a także być pozytywnym bodźcem do działania. Co do użycia polskiego uzbrojenia i wyposażenia w wojnie w Ukrainie jeszcze będziemy mieli czas na podsumowania. Na razie nie powinniśmy mocniej skupiać się na tym w przestrzeni debaty publicznej.

Co w związku z konfliktem na wschodniej flance powinno nas niepokoić najbardziej, jeżeli chodzi o nasze bezpieczeństwo?

– Niepokój jest złym określeniem obecnej sytuacji bezpieczeństwa w naszym regionie. Mamy do czynienia z wyzwaniem jakim jest pomoc napadniętej przez Rosję Ukrainie. Wyzwaniem jest również utrzymanie zdolności do przeciwdziałania wszelkim agresywnym akcjom ze strony Rosji wobec nas i wobec sojuszników z NATO i UE. Lecz raczej trzeba stwierdzić, że w obecnej sytuacji mamy o wiele bardziej komfortową sytuację jeśli chodzi o zrozumienie współpracy wojskowej i polityczno-wojskowej w Europie oraz przestrzeni transatlantyckiej. Przede wszystkim, w kontekście naszego bezpieczeństwa należy podkreślić wysoki poziom efektywności działań NATO w ramach systemu obrony kolektywnej. A przypomnijmy, że przed 2022 r. modne było wręcz w pewnych kręgach uznawanie NATO za sojusz pozbawiony realnej siły, a także nie potrafiący zadziałać w warunkach kryzysowych. Dziś, Rosja powiedziała sprawdzam wobec NATO i widzimy, że pomyliła się w swoich ocenach, analogicznie jak krytycy rozwoju Sojuszu. Zauważyć to można na kilku przykładach. Krytykowana przez wielu w Polsce, tak umownie za wszystko co złe w NATO, Francja jest zaangażowana mocno w rejonie państw nadbałtyckich, a także staje się filarem nowych działań w Rumunii. Generalnie widać znaczną mobilizację wśród naszych partnerów europejskich w tym aspekcie. Co więcej, mówiono, że nie będziemy w stanie uzyskać odpowiednich zdolności w zakresie logistyki w ramach NATO w trakcie kryzysu na wschodniej flance. I również tutaj rzeczywistość okazała się czymś innym niż emocjonalne formy krytyki Sojuszu. Użytkowane są bazy w całej niemal Europie, a także w Ameryce Północnej. Przerzucane jest wojsko w ramach ćwiczeń i jednocześnie znacznego wzmocnienia sił na flance wschodniej i jakoś wszystko działa bardzo sprawnie. Ba, nawet w Norwegii można śmiało przeprowadzić olbrzymie manewry z udziałem 30 tys. żołnierzy sojuszniczy, nie tracąc innych możliwości. Zaś za chwilę możemy widzieć Finlandię oraz Szwecję w NATO, a chyba te państwa nie dążyłyby do zmiany swojej wieloletniej polityki, gdyby nie doceniały znaczenia potęgi obrony kolektywnej.

Jeśli chodzi o nasze siły zbrojne to musimy je postrzegać w dwóch ujęciach. Pierwszym są zobowiązania natowskie do zapewniania samodzielnych zdolności obronnych i tutaj widać pracę zarówno nad sprzętem jak i zasobami ludzkimi. Analogicznie do naszych partnerów z Zachodu przeżywaliśmy okres dywidendy pokoju czy też fascynacji działaniami ekspedycyjnymi. Dziś z tego wychodzimy i mamy powody do optymizmu, chociażby w związku z postawą społeczną. Więcej problemów niesie ze sobą nadrabianie zaległości sprzętowych, zarówno jeśli chodzi o dozbrajanie jak i modernizację z perspektywy przyszłości. Rzeczywiście widać pewną wyspowość, ale przede wszystkim problemy jeśli chodzi o scalanie systemowe pewnych programów modernizacyjnych. Lecz znów optymistyczna jest kwestia pewnego konsensusu społeczno-politycznego jeśli chodzi o potrzeby wojska. Spory toczone są raczej o kwestię konkretnego śmigłowca czy systemu rakietowego, a nie o to czy potrzebujemy obrony przeciwlotniczej czy zdolności jakie dają nam śmigłowce uderzeniowe, etc. Drugim ujęciem jest ulokowanie Polski w ramach NATO i w pewnej części również w systemie zależności bezpieczeństwa w ramach UE. Jakiekolwiek hipotetyczne zagrożenie ze strony Rosji winno być wiązane właśnie z tą perspektywą analizy. Nie po to w 1999 r. wchodziliśmy do NATO, aby dziś zastanawiać się jak nie brać pod uwagę zasobów natowskich lub jak pomijać koncepcję obrony kolektywnej. W takim zaś ujęciu mamy znaczne możliwości odstraszania i obrony. Przypomnijmy, że NATO i sojusznicy są obecni w Polsce oraz ćwiczą działania wspólnie z nami. Co więcej, jesteśmy w sojuszu obronnym, który ma zdolności odstraszania atomowego. Także, nasze bezpieczeństwo to połączenie obu ujęć, tym bardziej w kontekście Rosji.

W obliczu tego, co pan powiedział zapytam: czy Rosja jest wojskowym kolosem na glinianych nogach?

– Rosja dysponuje znaczącą siłą militarną, ale nie jest to obraz jednorodny. Jak wykazała wojna w Ukrainie rosyjskie wojsko jest, co naturalne, odbiciem rzeczywistości społeczno-politycznej tego państwa. Nie brak tam korupcji, nepotyzmu, ale też przyzwolenia na brutalność czy kradzieże. System rosyjskich sił zbrojnych jest też jak widać obecnie zdecydowanie mało elastyczny jak na warunki działań podejmowanych na nowoczesnym polu walki. Nie oznacza to jednak, że Rosję należy bagatelizować, zwłaszcza w aspekcie militarnym. Chociażby fakt, iż mamy do czynienia z mocarstwem atomowym powinien nam dużo mówić o pewnej ostrożności. Jednak, współcześnie może dojdzie wreszcie do urealnienia naszych poglądów na rosyjską potęgę w wymiarze całościowym. Chodzi o straszenie potęgą wojskową Rosji, które było uprawianie dość szeroko w ostatnich latach. Szczególnie, gdy zestawiano potencjał rosyjski lub wizję potencjału rosyjskiego z zasobami NATO. Sam przypominam sobie wręcz apokaliptyczne wizje, jak bańki antydostępowe z wizjami gen. Giersamiowa i najnowszymi czołgami Armata już niemal z marszu gwarantują stronie rosyjskiej dominację. Widzimy, że Ukraina zderzyła się z tym mitem wielkiej potęgi militarnej, ale nie poddała się mu w toku swoich przygotowań obronnych. Więc, musimy pamiętać jak mogłoby to wyglądać w przypadku NATO, gdzie np. widzielibyśmy o wiele większy potencjał obronny w powietrzu. Konkludując, rosyjskie siły zbrojne są jak cała Rosja. Mają pewne atuty, ale nadal mówimy o państwie, które nie znalazło odpowiedniego modelu rozwoju dla swojej gospodarki, nie wspominając o siłach zbrojnych. Parady wojskowe i zapowiedzi wprowadzania nowego sprzętu wojskowego to tylko szczątkowa część całościowego obrazu, który ma w sobie również jednostki wojskowe, gdzie problemem jest odpowiednie obuwie dla mobilizowanych na wojnę żołnierzy.

A propos NATO: jak ocenia pan wizytę Joe Bidena w Polsce? Postrzegana jest jako sukces. Czy rzeczywiście może być tak odbierana?

Wizyta prezydenta Joe Bidena była ważna dla solidarności sojuszniczej oraz ukazania znaczenia kooperacji transatlantyckiej w ramach NATO. Można ją w takim ujęciu uznać za sukces, ale nie przesadzajmy z tym poszukiwaniem górnolotnych sformułowań do jej opisu. Wizyty prezydentów to istotne elementy dyplomacji, szczególnie, gdy chodzi o obecnego prezydenta Stanów Zjednoczonych. Lecz sukcesem jest realizacja długofalowej polityki, a także długofalowe utrzymywanie dobrych relacji wojskowych i gospodarczych. To nie zależy od jednej wizyty, jednej rozmowy telefonicznej, etc. Jak pokazuje wojna w Ukrainie i chociażby postawa administracji ukraińskiej zawsze trzeba być gotowym na działanie w warunkach ustawicznego procesu. Niezależnie od jednostkowych wydarzeń. Tak widzą to również w Waszyngtonie, gdzie np. wielką wagę przywiązuje się chociażby do mniej widocznych w przestrzeni medialnej w Polsce wizyt kongresmenów. W końcu to Kongres, a nie prezydent dysponują środkami finansowymi w Stanach Zjednoczonych. Mniej emocji, więcej pragmatyzmu i stabilnej dyplomacji chciałoby się stwierdzić w kontekście wizyty Joe Bidena. Stąd, tak wielką rolę wypełniają obecnie nasze polskie inicjatywy dyplomatyczne na licznych kierunkach. Prowadzone oczywiście przez MSZ i jego przedstawicieli, ale również aktywność prezydenta czy premiera i członków rządu.

Polska

Polska - najnowsze informacje