niedziela, 14 kwiecień 2019 12:12

Dotąd nikt na świecie tego nie dokonał! Ekipa SLIDE Challenge będzie pierwsza

fot. Jan Wierzejski fot. Jan Wierzejski

Odważyli się na zjazd na linach z Salto Angel, najwyższego wodospadu świata. I to nie jest ich ostatnie słowo. Wyprawa do Wenezueli była pierwszą z cyklu SLIDE Challenge. Niebawem kolejne.

Pięciu śmiałków z południa Polski (Małopolska i Dolny Śląsk) odważyło się podjąć wyjątkowe wyzwanie. Darek Pachut, Dimitri Wika, Jan Wierzejski i Miłosz Forczek zjechali na linach z najwyższego wodospadu świata, Salto Angel w Wenezueli, a Paweł Jankowski skoczył z niego ze spadochronem. Wieść o wyprawie SLIDE Challenge obiegła cały świat.

 

Wchodzę w to!

Każdy z nich jest pasjonatem gór i sportów ekstremalnych. Znali się wcześniej z różnych wyjazdów i już wówczas coś między nimi „zaiskrzyło”.

– Trzon teamu to Darek i Dimitri, główni pomysłodawcy wyprawy. Znaliśmy się od lat. Któregoś dnia dostałem telefon. W słuchawce słyszę, że jest projekt, by zjechać z najwyższych wodospadów świata. „Wchodzisz to? Oczywiście, wchodzę.” Nikt się nie spodziewał innej odpowiedzi – wspomina Miłosz Forczek.

Projekt SLIDE Challenge ma na celu zdobycie dziesięciu najwyższych (nie największych) wodospadów świata oraz zjazd na linach w obrysie nurtu rzeki. Ekipa wybrała TOP 10, nazywając je „Koroną wodospadów”. Cel zamierzają zrealizować w ciągu trzech lat. Na pierwszy ogień poszedł wodospad Salto Angel w Wenezueli, z którego zjazd na linach zaliczyli w marcu tego roku.

 

Indianie – cisi bohaterowie

Przygotowania trwały około półtora roku. Logistyka, strona internetowa, projekt logo, rozmowy z National Geographic, bilety, szukanie lokalnego przewodnika – to wszystko zajęło sporo czasu.

– Przez Internet nawiązaliśmy kontakt z lokalnym przewodnikiem o przezwisku Yupi. Był niezastąpiony. Pomógł nam w organizacji awionetek, pożywienia, zatrudnienia tragarzy. Można powiedzieć, że to „człowiek gór”, który zna góry i dżunglę jak własną kieszeń. Odebrał nas z lotniska w Caracas i był z nami przez trzy tygodnie – wspomina Dimitri Wika. – Z kolei w samej dżungli potrzebowaliśmy tragarzy (hiszp. porteador), czyli ludzi, którzy pomagali nam w transporcie żywności, sprzętów. Sami nie bylibyśmy w stanie tego sprawnie przenieść.

Ostatecznie w drodze do wodospadu ekipie z Polski towarzyszyło jedenastu porterów, rodowitych Indian.

– Każdy z nich dźwigał bagaż z jedzeniem dla nas i dla siebie. Gdyby nie ich pomoc, być może nie bylibyśmy w stanie wykonać projektu. W dżungli wilgotność i temperatura działają na naszą niekorzyść. Gdyby nie Indianie, musielibyśmy robić tzw. wahadła, czyli zabierać najpierw część rzeczy, a potem wracać po kolejne – dodaje Miłosz Forczek. – Ci Indianie to tacy cisi bohaterowie.

 

SLIDE Challenge – siedmiodniowa przeprawa przez dżunglę

Droga z Polski do Wenezueli trwała około 40 godzin. Przeskok temperatur był ogromny, więc i organizmy przeżyły spory szok. Ekipa wyruszyła z Zakopanego, gdzie temperatura była w okolicy 0 stopni Celsjusza i leżał śnieg. Gdy po 40 godzinach dotarli do Parku Narodowego Canaima, temperatura w cieniu sięgała 30 stopni, a do tego dochodziła duża wilgotność powietrza, powyżej 98%.

– Przez tę wilgotność odzież jest praktycznie cały czas mokra od potu i ciężka, nie ma jej też jak wysuszyć. To bardzo ciężkie warunki – mówi Dimitri Wika.

Najbardziej męczący był pierwszy dzień, zanim organizmy zdążyły się przyzwyczaić.

Marsz przez dżunglę oczywiście do łatwych nie należał. Średnie tempo w górach to około 4-5 km na godzinę. W dżungli były odcinki, gdzie robili 1-2 km na godzinę, ale były też i takie, gdy nie udawało im się przejść więcej niż pół kilometra.

W kość dawały zwłaszcza sięgające nawet 1,5 metra nad ziemię korzenie drzew.

– Korzenie w dżungli mogą się nam wydawać nienaturalne. W Polsce mamy rośliny, których korzenie schowane są w glebie, tymczasem w dżungli jest inaczej. Rozległe korzenie wyrastają wysoko nad ziemią i trzeba się przez nie przedzierać – wspomina Dimitri Wika.

Do tego dochodziły tereny bagienne, które trzeba było przebyć. Na szczęście na wyprawę wybrali się podczas pory suchej, więc i tereny bagniste były nieco lżejsze.

– Nogi nie zapadały się w bagnie do kolan, ale do kostek – śmieje się Dimitri.

Ale przejście nawet po mniejszym bagnie sprawiało ogromny wysiłek. Każdy z nich miał przecież plecak ważący ponad 20 kilogramów, a do tego jeszcze różnego rodzaju sprzęt, który też ważył łącznie około 20 kilo. To jednak było konieczne minimum. Nic ponadto, co było niezbędne do przeżycia i zrealizowania celu wyprawy, nie mieli.

– Każdy z nas poruszał się po wielu górach. Alpy, Kaukaz i inne. Doświadczenie górskie na pewno bardzo nam pomogło. Przełożyło się choćby na taką kwestię jak pakowanie. Wiedzieliśmy, co spakować do plecaka, co może się przydać. Praktyka pokazuje, że do 27-kilowego plecaka można wziąć rzeczy na dwa tygodnie z namiotem włącznie i działać na pięciotysięczniku. Wiedza, co mamy wziąć, po części przyczyniła się do naszego sukcesu. Nie mówiąc już o technice czy doświadczeniu zdobytym podczas innych wypraw – mówi Miłosz Forczek.

Przez dżunglę wędrowali siedem dni, nim dotarli do Salto Angel – wodospadu, który był celem wyprawy.

 

Co jedli w dżungli?

Próbowali manioku, codziennie gotowali na ognisku zupę, której głównym składnikiem była kasza i banany (inne od tych, które znamy z polskich sklepów), dodatkowo marchewka i inne warzywa.

Mieli też odrobinę mięsa – suszonego salami i po trzy garści suszonego kurczaka. Ważne było, by zabrać coś, co nie zepsuje się od razu pod wpływem wysokiej temperatury.

Mieli też suszone owoce (m.in. banany, rodzynki, granaty), spakowane w małych woreczkach.

– Ważyło to tyle co nic, a dawało niesamowitą energię i podnosiło morale – mówi Miłosz Forczek.

– Raz Yupi zaskoczył nas, gdy na stole położył ciasto. Była to babka upieczona przez jego żonę. Najlepsza na świecie! – wspomina Miłosz. – Pamiętam też codzienne przygotowywanie pysznego popcornu i wspaniałą herbatę, którą miał ze sobą Yupi.

Wodę pili tę, którą znaleźli w dżungli.

– Miała kolor żółto-pomarańczowy i mnóstwo różnych „dodatków”. Nabieraliśmy to dziadostwo i piliśmy, dodając czasem rozpuszczalne wapno. Ta woda uratowała nam życie – opowiada Miłosz.

 

Na szczycie Salto Angel – widok zapierał dech

Po siedmiu dniach marszu dotarli do najwyższego wodospadu świata, Salto Angel.

– W pierwszy dzień, z uwagi na pogodę, nie byliśmy w stanie dostrzec wszystkiego. Dopiero na drugi dzień zobaczyliśmy tę otchłań, którą mieliśmy przed sobą. Widok jest rewelacyjny! Każdemu z nas aż w głowie się zakręciło – wspomina Dariusz Pachut, pomysłodawca wyprawy. – To tak, jakbyśmy postawili cztery Pałace Kultury jeden na drugim i stanęli na czubku. Z samej góry widzieliśmy zielony dywan i na nim maleńką nitkę. Tymczasem na dole okazało się, że to całkiem spora rzeka.

Wszyscy patrzyli zachwyceni. Zaniemówili.

– Na co dzień pracuję na wysokościach, więc jestem przyzwyczajony do takich widoków, ale trzeba przyznać, że w tym przypadku przez pierwsze dwie godziny patrzyłem z góry zachwycony. To jest prawie 1000 metrów w dół, w pionie. Wszystko robi wrażenie – mówi Dimitri Wika. – Do tego zmieniająca się ciągle pogoda. Trzeba bowiem pamiętać, że będąc na szczycie wodospadu Salto Angel, byliśmy jednocześnie nad poziomem chmur. Zmienność pogody była niesamowita – dodaje.

Salto Angel to spektakularny, widowiskowo piękny wodospad.

– Ta kilometrowa ściana jest fascynująca. Do tego dzikość natury, jej pierwotność, to najbardziej zapadło mi w pamięć – mówi Jan Wierzejski.

 

SLIDE Challenge – zjazd na linach z Salto Angel

Sam zjazd na linach ze szczytu wodospadu Salto Angel trwał dwa dni. Z uwagi na pogodę ekipa zdecydowała się na nocleg na półce skalnej.

– Zjazd nie sprawił nam technicznie większej trudności. Salto Angel to jedyny na naszej liście wodospad, który nie jest dziewiczy. Wiele prostych problemów, jakie prawdopodobnie będziemy mieć w przyszłości, tu było już rozwiązanych. To był idealny cel na pierwszą wyprawę, by sprawdzić się jako ekipa – mówi Jan Wierzejski, który niesamowite widoki uwieczniał na zdjęciach.

Nie oznacza to jednak, że było łatwo.

– Wodospad był obity, ale inaczej niż mówią nasze europejskie standardy. Często trzeba było coś przerobić. Miałem wiertarki, akumulatory, kotwy. Zdarzało się, że zjeżdżałem 80 metrów w dół, dojeżdżałem do półki, ale nie byłem w stanie znaleźć tam punktów. Sam musiałem je przygotować – mówi Miłosz Forczek, którego zadaniem było poręczowanie.

 

Jeszcze trzy godziny...

Jaka była pierwsza myśl, gdy po dwóch dniach znaleźli się na dole? O dziwo, trochę zaskakująca...

– Pomyślałem: „super, że nic się nikomu nie stało”. Ale zaraz po tym była kolejna myśl: „O kur… jeszcze trzy godziny przez dżunglę, żeby przejść dwa kilometry”. Byliśmy już bardzo zmęczeni – mówi Miłosz.

Musieli dotrzeć jeszcze do miejsca, gdzie czekali na nich Indianie z łodziami.

Byli zmęczeni, ale szczęśliwi. Dobry humor dopisuje im też dzisiaj.

– Przez dwa tygodnie pobytu w dżungli straciłem siedem kilo i do tej pory nie mogę ich odzyskać – mówi Miłosz. – To doskonały program dla tych, co chcą schudnąć: „jedź ze mną do dżungli, schudniesz siedem kilo w dwa tygodnie, bez efektu jo-jo” – śmieje się.

 

SLIDE Challenge – skoczył z wodospadu, bo miał lęk wysokości

Z tym lękiem wysokości to oczywiście żart, jednak wiele osób w to uwierzyło…

– Gdy przed wyjazdem udzielaliśmy wywiadu, powiedzieliśmy, że jeden z nas ma lęk wysokości i żeby nie przebywać dwa dni w ekspozycji skalnej, skoczy ze spadochronem z Salto Angel, ponieważ chce być szybciej na dole – śmieje się Paweł Jankowski, skoczek spadochronowy. – Wielu ludzi w to uwierzyło. Zaczęli do nas dzwonić, martwić się, jak skoczę, skoro mam lęk wysokości. W końcu musieliśmy ten żart zdementować – dodaje.

Paweł Jankowski od wielu lat myślał o skoku BASE z Salto Angel. Gdy koledzy powiedzieli mu o projekcie, zaproponował, że na otwarcie wykona skok BASE-owy. Pomysł się spodobał.

Paweł w skokach spadochronowych nie jest „świeżakiem”. Ma za sobą już około 3 tys. skoków. W tym roku obchodzi 20-lecie swojej sportowej działalności spadochronowej.

Ten skok był jednak wyjątkowy. To przecież skok z najwyższego wodospadu świata.

Poza tym trzeba pamiętać, że tego typu skoki (BASE) są tylko dla bardzo doświadczonych skoczków. Chwila zwłoki w podjęciu decyzji mogłaby skutkować brakiem możliwości dotarcia na miejsce i bezpiecznego lądowania.

– Skok ze skały to wybicie się i około 13 sekund wolnego spadania bez otwarcia spadochronu. Po 10 sekundach ciało osiąga prędkość graniczną, około 50 m/s, czyli 200 km/h. Tym samym w ciągu 13 sekund wolnego spadania pokonałem 600 metrów. Następnie ważny moment to otwarcie spadochronu. Proces otwarcia trwał tyle, co pokonanie około 50-100 metrów. Moment wejścia spadochronu do pracy jest bardzo stresujący. W skokach BASE ze skał, mostów i budynków nie używamy spadochronów zapasowych, ani automatów w razie potrzeby otwierających spadochron, jakie mamy zawsze przy skokach z samolotów. Tu trzeba liczyć na jedyną czaszę spadochronu, którą mamy, nie ma możliwości zmiany spadochronu. Dlatego to bardzo stresujący moment, gdy ma nastąpić otwarcie – mówi Paweł Jankowski.

Na szczęście podczas jego skoku z Salto Angel czasza pojawiła się nad głową. Nie była splątana, wszystko przebiegało w jak najlepszym porządku.

– Udało się podczas spadania przyjąć pozycję trakowania i odlecieć od skały. Na wysokości 400 metrów miałem już otwarty spadochron i około 3-4 minuty szybowałem na otwartej czaszy spadochronu – wspomina Paweł.

Nie obyło się jednak bez stresu.

– W takich momentach jak ten należy podejmować szybkie decyzje. Nie miałem żadnego wskaźnika wiatru, na dole nie było nikogo, kto wskazałby mi kierunek wiatru poprzez specjalny rękaw i znak dymny. Ze względu na wiatr spadochron miał sporą prędkość postępową. Do tego wszędzie były duże drzewa, dżungla, wielkie kamienie i oczywiście bardzo ostro nachylony stok. To było wyzwanie. Co więcej, okazało się, że na dole nie ma jednak miejsca do lądowania... Wszystko było zarośnięte. Przygotowując się do wyprawy, oglądaliśmy zdjęcia satelitarne, na których widać było, że jest miejsce do wylądowania. Tymczasem w rzeczywistości okazało się, że tego miejsca wcale tak wiele tam nie było. Tylko dzięki doświadczeniu i odrobinie szczęścia udało mi się bezpiecznie wylądować. Znalazłem najniższe krzaki w okolicy na lądowanie. Ja i mój spadochron nie ucierpieliśmy – relacjonuje Paweł.

Skok Pawła trwał zaledwie chwilę, podczas gdy jego koledzy schodzili ze ściany dwa dni.

– Samotnie czekałem na nich w dżungli, mając do jedzenia tylko kawałek kiełbasy, trochę warzyw i owoców, a do rozpalenia ognia odrobinę benzyny – mówi Paweł Jankowski.

– Jedzenie poporcjowałem. Ostatecznie posiłek to były dwa kęsy, bardziej jako wsparcie psychiczne niż wsparcie żołądka. Starałem się pić dużo wody i zużywać jak najmniej energii. W razie czego mogłem upiec węża czy skorpiona, ale koledzy nadeszli, więc na szczęście nie musiałem tego robić – dodaje.

Rozpalił tylko ogień i starał się cały czas przebywać w dymie, żeby odpędzić komary i inne owady. Zrobiłem też podwyższenie.

– W dżungli powinno się spać właśnie na takim podwyższeniu, by chodzące po ziemi skorpiony, węże, mrówki nas nie porwały. Udało mi się zrobić coś w stylu hamaka i na tym spałem przykryty folią NRC. W razie ekstremalnej sytuacji wykorzystałbym też czaszę spadochronu.

 

SLIDE Challenge – najtrudniejsza była logistyka

Przeprawa przez dżunglę, zjazd na linach z kilometrowego wodospadu i skok ze spadochronem – nie to jednak było najtrudniejsze i budziło największe obawy. Do samego zjazdu czy skoku uczestnicy wyprawy SLIDE Challenge byli doskonale przygotowani.

– Zanim polecieliśmy do Wenezueli, często pytano nas, jak przejdziemy przez dżunglę, jak zjedziemy z wodospadu. Mieliśmy wówczas jedną odpowiedź. Jak nam się uda dotrzeć do Wenezueli i wejdziemy w dżunglę, to już z resztą damy sobie radę – mówi Darek Pachut, pomysłodawca projektu.

Najtrudniejsza była logistyka z uwagi na niestabilną sytuację w Wenezueli, która zmienia się praktycznie z dnia na dzień. Nie wiedzieli, co może ich spotkać na miejscu. Odradzano im ten wyjazd z uwagi na bezpieczeństwo, ale nie zrezygnowali.

Jak się jednak okazało, problemem było już samo dotarcie do Wenezueli.

– Kilka dni przed naszym startem linie lotnicze zawiesiły loty, ale ostatecznie dotarliśmy na miejsce. Były też kontrole, przez które przeprowadził nas konsul RP Paweł Szymańczak z Polskiej Ambasady w Wenezueli. Mieliśmy przecież sprzęt do filmowania, dwa drony... – wspomina Darek Pachut.

A sprzęt foto-wideo nie jest zbyt mile widziany.

– Zawsze, gdy jeżdżę ze sprzętem fotograficzno-filmowym, mam obawy. Podczas każdej kontroli służby zerkają z podejrzliwością na mikrofony, kamery, aparaty i drony. Dodatkowo Wenezuela jest w stanie wojny domowej. Dwa lata temu był prawdopodobnie zamach z użyciem drona na prezydenta Maduro, stąd problem z przewożeniem dronów. A my mieliśmy dwa... – wspomina Jan Wierzejski, który był dokumentalistą wyprawy SLIDE Challenge.

Stres był też przy wyjeździe z Wenezueli. Gdyby uznano, że jest on antyreżimowym dziennikarzem, trafiłby do więzienia, pozbawiony jakiejkolwiek opieki prawnej. Na szczęście nic takiego się nie wydarzyło, ale i tak nie obeszło się bez przykrych niespodzianek.

– Przychodzimy na lotnisko w Caracas, a tam nam mówią, że nasze miejsca zostały już sprzedane… – mówi Darek Pachut. – Na szczęście konsul Paweł Szymańczak pomógł nam to załatwić. Ostatecznie czterech z nas poleciało razem do domu, a tylko jeden musiał lecieć innym samolotem.

 

Niepewna sytuacja w Wenezueli

Gdy drużyna SLIDE Challenge była w dżungli (pierwsza połowa marca), w Wenezueli nastąpiła wielka awaria prądu.

– Ludzie umierali w szpitalach, nie było do czego podpiąć respiratorów. Zanotowano też wtedy około 500 napadów na jubilerów, na sklepy, policja nie dawała sobie rady. Gdy wyszliśmy z dżungli, zobaczyliśmy ten chaos – wspomina Darek Pachut. – Mieliśmy dużo szczęścia, że udało nam się wszystko dopiąć w kwestii logistyki.

A zgranie wszystkiego nie było łatwe. Po pierwsze chodziło przecież o to, by zarezerwowane awionetki dowiozły ich do Parku Narodowego Canaima. Wszystko musiało być tak przemyślane, by nie zabrakło paliwa.

– W Wenezueli nie ma paliwa lotniczego. Teoretycznie mieliśmy już wcześniej zapłacone za nie, by awionetki mogły nas dotransportować do parku Canaima, ale sytuacja w Wenezueli zmienia się bardzo dynamicznie, praktycznie z dnia na dzień – mówi Dimitri Wika.

Po drugie – potrzebny był przewodnik po dżungli, porterzy (tragarze wysokogórscy), by pomagali z przenoszeniem rzeczy. I na koniec łodzie indiańskie, które miały odebrać członków wyprawy po tym, jak zjechali z wodospadu Salto Angel.

– Indianie musieli pokonać 60 km pod prąd w trakcie pory suchej. Poziom wody był niski, więc zamiast 6 godzin płynęli 12 godzin, przedzierając się przez kamienie – wspomina Dariusz Pachut.

 

Facebookowy detoks

Dla członków wyprawy SLIDE Challenge to był – można powiedzieć – 12-dniowy detoks facebookowy i telefoniczny. Byli odcięci od świata, nie wiedzieli, co dzieje się z ich dziećmi, z rodzinami. Nie wiedzieli, jaka jest sytuacja polityczna w Wenezueli, czy nie wybuchła wojna. Nie byli pewni, czy Indianie, którzy mieli po nich przypłynąć, dotrą na miejsce na czas.

– Nie mieliśmy żadnego kontaktu ze światem. Kilka razy dziennie sprawdzaliśmy telefony, czy przypadkiem nie pojawił się zasięg. Wtedy uświadomiliśmy sobie, w jak złym kierunku idzie cywilizacja. To zaczyna się robić problemem i uzależnieniem – mówi Paweł Jankowski. – W dzisiejszych czasach dwa tygodnie bez nowoczesności, bez Facebooka, bez jakichkolwiek aplikacji to jest wyzwanie. I z tego zaczyna się robić challenge. Kolejny challenge: dwa tygodnie bez Facebooka – śmieje się Paweł.

 

Korona wodospadów – zostało jeszcze dziewięć

Do końca jeszcze nie wiadomo, które wodospady będą kolejne. Wszystko zależy w dużej mierze od pozwoleń.

– Wodospady, jakie chcemy zdobyć, z reguły mieszczą się na terenie parków narodowych i krajobrazowych, a te mają swoje reguły, do których będziemy musieli się dostosować – podkreśla Jan Wierzejski.

Logistyka za każdym razem będzie wyzwaniem. W większości będą to dziewicze i bardzo trudno dostępne miejsca. Pionowe egzotyczne lasy, mocno zarośnięte. Ekipa SLIDE Challenge chce pojawić się tam, gdzie dotąd raczej nikt się nie wybierał.

Kiedy wyruszą? Wszystko zależy od wydanych pozwoleń, jak i sponsorów. Koszty wyprawy są kolosalne. Pierwszą sfinansowali z własnych środków. Trzymamy kciuki, by udało im się zdobyć pieniądze na kolejne.

Warto dodać, że całą wyprawę SLIDE Challenge uwiecznił na zdjęciach Jan Wierzejski. Powstał też film dokumentalny, który będzie miał premierę po wakacjach, przy okazji „Spotkań z Filmem Górskim” w Zakopanem.

Anna Piątkowska-Borek

fot. Jan Wierzejski

Loteria Orlen
Anna Piątkowska-Borek

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.