niedziela, 6 listopada 2022 14:13

"Wiecznie nie da się zakładać ze swoich". Małopolanie o kryzysie wywołanym inflacją

Autor Mirosław Haładyj
"Wiecznie nie da się zakładać ze swoich". Małopolanie o kryzysie wywołanym inflacją

Nie przypuszczałem, że spotka nas coś gorszego niż koronawirus – mówi pan Przemysław, 44-latek, który prowadził sklep na jednym z krakowskich osiedli. – To przykry widok, gdy przychodzi do ciebie sąsiadka, która wylicza drobne na masło. 8,69 zł za kostkę. Najpierw patrzy na mnie z niedowierzaniem, a potem z rozczarowaniem szuka ostatnich groszy po portfelu. Dwa dni później widzę, jak idzie do dyskontu, pewnie właśnie po masło, bo do mnie już po nie nie przyszła. Nie dziwię jej się, ale co ja poradzę? Obniżyć cen się nie da, rachunki wołają o opłacenie, rodzina z czegoś musi żyć – tłumaczy handlarz. Ogólna sytuacja ekonomiczna sprawiła, że zdecydował się na drastyczny krok: – To nie jest dobry czas na mały handlowy biznes rodzinny. Podjęliśmy trudną decyzję o zamknięciu.

Obecna sytuacja gospodarcza sprawia, że właściciele wielu firm coraz częściej zadają sobie pytania o przyszłość i sens prowadzenia dalszej działalności. Zgodnie z danymi GUS tylko w pierwszych sześciu miesiącach tego roku w Polsce ogłosiło upadłość 168 firm (88 w I kwartale i 80 w drugim). Już te liczby robią wrażenie, a jeśli doda się do tego statystyki, według których do września 2022 r. odnotowano 528 takich przypadków, podczas gdy w 2021 było ich 376, sytuacja staje się jeszcze poważniejsza.

Ponadto, w tym samym czasie (pierwsze półrocze na zawieszenie prowadzonej przez siebie działalności, zdecydowało się 161,1 tys. firm. To oznacza, że średnio miesięcznie taki krok wykonało 26,6 tys. przedsiębiorstw. Dla porównania w analogicznym okresie 2021 r. swoją działalność zawiesiło 115,5 tys. podmiotów gospodarczych. Wnioski i perspektywy na przyszłość wyłaniające się z danych nie wyglądają pozytywnie. Wydaje się, że dość kategorycznie można stwierdzić, iż lata prosperity mamy za sobą.

Statystyki znajdują odzwierciedlenie w prognozach, według których bankructw rodzimych przedsiębiorstw w 2023 r. może być jeszcze więcej. Eksperci przewidują dalszy wzrost niewypłacalności polskich firm, a problemem najbardziej będą zagrożone małe i średnie przedsiębiorstwa. A więc te, które generują prawie połowę krajowego PKB. Jeśli kierować się GUS-owskimi statystykami, to według nich najbardziej zagrożonymi obszarami prowadzenia działalności gospodarczej są usługi napraw samochodowych (warsztaty), handel, przemysł, budownictwo i transport wraz z gospodarką magazynową. To właśnie w tych sektorach odnotowano najwięcej zgłoszonych upadłości. Na dalszych miejscach zestawienia znalazły się sektory związane z informacją i komunikacją, a stawkę zamykają branże związane z zakwaterowaniem i gastronomią. Polscy przedsiębiorcy głównych przyczyn swoich kłopotów upatrują przede wszystkim we wprowadzanych zmianach prawno-podatkowych (Polski Ład) i inflacji, a także w spadku popytu oraz w braku płynności finansowej. Niebagatelnym czynnikiem są także podwyżki cen paliw i surowców oraz wojna na Ukrainie, która nie tylko odbija się na kosztach tych pierwszych, ale wpływa także na poczucie bezpieczeństwa, które nieodzownie związane jest z podejmowaniem decyzji o inwestowaniu.

Dobro luksusowe

Kwestia bezpieczeństwa zdeterminowała też tegoroczny sezon turystyczny w Krakowie, a co za tym idzie, sytuację ekonomiczną szeregu przedsiębiorstw związanych z tą branżą. To, że stalicę Małopolski w tym roku odwiedziła mniejsza liczba przyjezdnych, było widać gołym okiem. Tym samym lokalna turystyka, będąca bardzo ważnym źródłem przychodu dla miejscowych przedsiębiorców (a co za tym idzie, także kasy miasta), natrafiła na poważne przeszkody w wychodzeniu z pocovidowego kryzysu. Rafał Marek, prezes Krakowskiej Izby Turystyki, nie ma wątpliwości, że główną przyczyną problemów była niestabilna sytuacja za naszą wschodnią granicą. – Z pewnością turystyka jest  mocno powiązana z bezpieczeństwem, spokojem, przewidywalnością. Jeżeli faktycznie te potrzeby są zaspokojone, to możemy myśleć o warunkach do rozwoju turystyki. Aktualnie trudno mówić o spokoju i stabilności, a to na pewno nie sprzyja rozwojowi turystyki – mówi w rozmowie z Głosem24 i dodaje: – Turystyka raczej zawsze jest uważana za dobro luksusowe, które można łatwo ograniczyć. Trudno powiedzieć, jak finalnie będzie to wyglądało, bo wojna ciągle trwa i, kierując uwagę na aktualne działania polityków, nie wiemy, co będzie jutro. Na pewno COVID powodował to, że branża była zamknięta i czasowo została sparaliżowana. To było bardzo dotkliwe, biorąc też pod uwagę, że w konsekwencji lockdownów, jak wspominałem, z turystycznego segmentu gospodarki odpłynęła naprawdę duża grupa bardzo doświadczonych ludzi. Co do wojny to na pewno wpłynęła ona na spadek ilości rezerwacji turystów, którzy przyjeżdżali do Krakowa.

Nasilający się trend

Obserwacje prezesa potwierdza Zofia Weiss, była współwłaścicielka restauracji Pod Norenami przy ul. Krupniczej 6, która 18 września zakończyła swoją działalność. – Oprócz braku turystów, odczuliśmy też brak osób związanych z życiem uniwersyteckim, bo proszę pamiętać, że mamy na Krupniczej Auditorium Maximum. Wcześniej w zasadzie non stop odbywały się tam jakieś konferencje. W tej chwili prawie nic się nie dzieje. Do tego dochodzili studenci, którzy mają na Krupniczej i w jej okolicy uczelniane budynki. Mam tutaj na myśli AGH i Uniwersytet Rolniczy, no i oczywiście Paderevianum. W czasie lockdownów zajęcia odbywały się zdalnie, ale na wiosnę studenci wracali tylko częściowo. Podobnie jak pracownicy z home office’ów – tłumaczy w rozmowie z Głosem24 krakowska restauratorka i dodaje: – Zmieniła się struktura klientów, nie ma już takiego zainteresowania lunchami oraz służbowymi obiadami. O turystach nawet nie wspomnę. Po prostu w Krakowie jest mniej ludzi, nie tylko na Krupniczej, ale w całym mieście. Staliśmy się krajem, u granicy którego toczą się działania wojenne, trzeba to wziąć pod uwagę.

Działająca od marca 2013 r. przy ul. Krupniczej restauracja była ważnym punktem na wegańskiej mapie Krakowa. Jej menu przez lata było odpowiedzią na potrzeby wielu osób. Lokal w krótkim czasie zyskał sobie popularność i wierne grono klientów. Choć restauracja przetrwała pandemię, to szereg czynników, w tym rosnąca inflacja i problem z zatrudnieniem, kazały właścicielom podjąć decyzję o zakończeniu działalności. Zdaniem współwłaścicielki Pod Norenami, podobny los czeka także inne lokale. – Myślę, że możemy mówić o nasilającym się trendzie zamykania restauracji. Bardzo dużo lokali kończy działalność. Widziałam pojawiające się ogłoszenia typu: sprzedam restaurację czy odstąpię restaurację. One są częściowo anonimowe, ale razem z mężem domyślamy się, o które lokale chodzi i część z nich dotyczy ulicy Krupniczej – mówi była współwłaścicielka Pod Norenami

Odzwierciedlenie słów Zofii Weiss można znaleźć w medialnych doniesieniach. Potwierdzają one, że zamykanie się lokali gastronomicznych jest "nasilającym się trendem", z którym ciężko dyskutować. Przykładem może być choćby chrzanowska restauracja Utarte, która swoją nazwę zawdzięcza telewizyjnym "Kuchennym rewolucjom", przeprowadzanym przez Magdę Gessler. Lokal, wcześniej znany jako Stare Mury, działał na rynku w Chrzanowie 17 lat. O jego zamknięciu właściciele poinformowali 30 października. Problemy restauracji zaczęły się w czasie pandemii. Obecne koszty prowadzenia działalności (w tym podatki, ceny energii i wysokość czynszu) stały się przysłowiowym gwoździem do trumny. Aby odzyskać choć część poniesionych kosztów, właściciel zdecydował się na wyprzedaż wyposażenia lokalu – talerzy, szklanek, kieliszków i sztućców…

W związku z szalejącą inflacją w Starym Sączu z dniem 30 września swoją działalność zakończyła restauracja Nasza Chata. – Niestety, dzisiejszy czas jest bardzo ciężki dla przedsiębiorców: Polski Ład, prawie 5-krotnie zostały nam podniesione opłaty za gaz, prąd poszedł w górę o 80%. Sytuacja z 0% VAT-em na żywność też nie ułatwia sytuacji. Wprawdzie kupujemy produkty teoretycznie bez VAT-u, ale nie możemy go odliczyć od dochodów, a co za tym idzie musimy państwu płacić zwiększony podatek od dochodu, który został podniesiony – tłumaczy w rozmowie z Głosem24 powody zamknięcia lokalu jego właścicielka Iwona Plata i dodaje: – Zwiększone opłaty przekładają się na ceny finalnych produktów, czyli serwowanych dań, a tych przecież nie możemy zwiększać w nieskończoność.

W przypadku Zakręconej Kawiarenki głównym problemem okazały się ceny prądu. Ta wyjatkowa cukiernia przez sześć lat swojej działalności wrosła w krajobraz krakowskiego Kazimierza. Serwowane w niej wypieki powstają na bazie autorskich receptur, a także nie zawierają m. in. nabiału i glutenu. Jednocześnie zachwycają swoim wyglądem i smakiem, co sprawia, że nie tylko osoby z dolegliwościami na tle alergicznym chętnie odwiedzają lokal. Niestety, w ostatnim czasie właścicielka Zakręconej Kawiarenki, Zuzanna Jankiewicz, została zmuszona ograniczyć swoją działalność tylko do weekendów. Powód? Rachunki za energię elektryczną. – Z przyczyn ekonomicznych otwieramy się z kawiarnią już tylko na weekendy. Ceny prądu są zabójcze. Światło, witryny, ekspres, piece - to wszystko kosztuje, więc staramy się to skumulować, aby nie rozciągać z kosztami i minimalizować straty – mówi właścicielka i dodaje: – Tworzymy też nową wersję naszych wypieków, z którymi łatwiej będzie nam dotrzeć do smakoszy w całej Polsce. Co z nami będzie tu na krakowskim Kazimierzu? Wyklaruje się to do końca roku.

Jednak problemy związane z obecną sytuacją gospodarczą mogą być także okazją. Przykładem może być mała osiedlowa pizzeria w jednej z dzielnic Krakowa, która wygrała konkurencję z innym, podobnym lokalem, oferującym dodatkowo kebaba. – Proszę nie pisać nazwy lokalu i mojego nazwiska, chcę pozostać anonimowy – mówi jej właściciel. Zapytany o inflację przyznał, że daje się ona mocno we znaki. Jednak w jego przypadku pozwoliła na pozbycie się konkurencji. – Inflacja? Tak, jest bardzo mocno odczuwalna – mówi anonimowy rozmówca i dodaje: – Jak pan widzi, to z jej powodu zostałem właściwie sam. Konkurencyjne lokale były zmuszone zamknąć się z powodu kosztów – tłumaczy. Na pytanie o to, jak jemu udało się przetrwać, odpowiada: – Bardzo długo nie podnosiłem cen. Nawet w momencie, w którym działałem na skraju opłacalności. Przez kilka tygodni wychodziłem praktycznie na zero, ale klienci zamawiali u mnie, bo miałem stare, niższe ceny. Na podwyżkę zdecydowałem się niedawno. Ale zamawiający to zrozumieli. Poza tym, byłem już wtedy jedynym lokalem na osiedlu.

Zapytany o to, czy utrzyma się w obliczu podwyżek cen energii elektrycznej (piec jest na prąd), nic nie odpowiada. Uśmiecha się tylko niewyraźnie i odwraca w kierunku swojego stanowiska pracy.

"Wiecznie nie da się zakładać ze swoich"

Prowadziliśmy z żoną nasz osiedlowy sklepik od lat 90-tych. Wielu naszych młodych klientów pamiętało go od zawsze. Nie przypuszczałem, że spotka nas coś gorszego niż koronawirus – mówi pan Przemysław, lat 44, który prowadził własny sklep na jednym z krakowskich osiedli. Najpierw straszyli, że zarazisz się, stojąc obok chorej osoby, to zamknęliśmy sklep, ale klienci nalegali, przychodzili. Chcieli też pomóc małym firmom - ta solidarność była naprawdę budująca. Wie pan, my mieszkamy nad sklepem, więc wszystkich tu znamy. Wtedy postanowiliśmy zmienić drzwi na takie z otwieranym oknem i tak pracowaliśmy do wakacji i na jesieni, wydając klientom towar – opowiada. – W wakacje mieliśmy zamknięte - mamy troje dzieci, z oszczędności, które mieliśmy naskładane, pojechaliśmy z nimi nad morze. I tak sobie teraz myślę, że to był nasz najlepszy pomysł. Nie wiem, czy gdzieś uda nam się pojechać w te wakacje. Nawet, jeśli wrócą bony – śmieje się gorzko pan Przemysław.

Po powrocie z wakacji, przy normalnym handlu przyszły wyższe rachunki i to one zadecydowały o zamknięciu prowadzonego przez niego i jego żonę osiedlowego sklepu. – Mieliśmy wielu stałych klientów. Oczywiście, że nigdy nie byłem w stanie wygrać z cenami w podniosłych dyskontach i marketach, ale sporo ludzi przychodziło - bo nas znali, bo wybór towaru był inny, bo zawsze mieliśmy te 5 minut na rozmowę – tłumaczy i dodaje: – Ale od pewnego czasu wszystko się zmieniło. Dla wielu już nie smak, dajmy na to, takiej musztardy, jest ważny, a to, żeby po prostu ją kupić. Starsi, którzy przychodzili do nas od lat, sami zaciskają pasa. To przykry widok, gdy przychodzi do ciebie sąsiadka, która wylicza drobne na masło. 8,69 zł za kostkę. Najpierw patrzy na mnie z niedowierzaniem, a potem z rozczarowaniem szuka ostatnich groszy po portfelu. Dwa dni później widzę, jak idzie do dyskontu, pewnie właśnie po masło, bo do mnie już po nie nie przyszła. Nie dziwię jej się, ale co ja poradzę? Obniżyć cen się nie da, rachunki wołają o opłacenie, rodzina z czegoś musi żyć. To nie jest dobry czas na mały handlowy biznes rodzinny. Podjęliśmy trudną decyzję o zamknięciu.

Na nasze pytanie, czy zamierza ponownie otworzyć sklep, odpowiada: – Czy wrócimy? Na razie nie wywiesiłem kartki, że lokal jest na sprzedaż. Stoi zamknięty. Mam nadzieję, że to przeczekamy i wrócimy, ale tego optymizmu jest już u nas coraz mniej.

Pan Marian to na oko sześćdziesięciolatek, który od lat sprzedaje z żoną warzywa i owoce na wolnostojącym stoisku na jednym z tarnowskich placów targowych. – W tym roku miałem przenieść się z żoną na nowe stoisko z zabudowanym zapleczem. Chcieliśmy wreszcie mieć trochę cieplej zimą - wie pan, zdrowie już nie to, co kiedyś. Nawet byliśmy dogadani z właścicielem, że od września to my wynajmiemy jego lokal, ale to, co się dzieje, uniemożliwiło nam ten krok – mówi w rozmowie z Głosem24 tarnowski handlarz. Jak sam przyznaje, obecnie działa na granicy opłacalności. – Żeby utrzymać klienta musimy zainwestować więcej niż do tej pory. Na warzywach i owocach zarabiamy tyle, żeby się utrzymać i przy tym nie stracić, chociaż wrzesień był naprawdę ciężki i trzeba było ruszyć oszczędności – tłumaczy. – Nigdy nie przewidzisz, pan, sytuacji losowych. A tu choroba, tu jakieś wolne, tu leki. Dobrze, że nie zwijamy interesu, bo dwóch moich kolegów po latach żegna się z placem. Jak nie ma utargu, to nie ma z czym jechać rano na giełdę. Wiecznie nie da się zakładać ze swoich, bo i tych swoich przecież w końcu zabraknie, jak się nie zarobi – konkluduje pan Marian.

"Przez myśl by nam nie przeszło, że pracy nie będzie"

Inflacja uderzyła także w transport. Branża, która do tej pory gwarantowała wysokie zarobki i pewne miejsca pracy, mocno podupadła. To z kolei znalazło odzwierciedlenie w zatrudnieniu.– Aktualnie szukam pracy. W poprzedniej [firma transportowa - dopisek redakcji] pracowałem 10 lat. Z szefem dogadywaliśmy się jak dobrzy znajomi. On wiedział, kiedy potrzebne mi wolne, zresztą wspierał nas, jak mógł – mówi w rozmowie z Głosem24 Paweł z Podhala. – Mamy czwórkę dzieci, w tym jedno niepełnosprawne. W opiece nad chłopakami pomaga nam teściowa, więc, jak pracowałem, czasami mogłem brać duże zlecenia. Finansowo to się bardzo opłacało, ale teraz pracy nie ma.

Utrata pracy przyszła w trudnym momencie i mocno skomplikowała życie 36-latka i jego rodziny. – Mamy z żoną kredyt hipoteczny, aktualnie zawieszony, ale nie wiem, co będzie w przyszłym roku. Żona jest w ciąży, po czterech chłopakach czekamy na dziewczynkę, i czasami, zamiast się cieszyć, po prostu siedzę i zamykam się w sobie. Myślę, analizuję, martwię się i rozsyłam CV. Z Magda [żoną - przypis red.] nie mogę za bardzo porozmawiać o naszych problemach, bo w ciąży boryka się z wysokim ciśnieniem i nie może się denerwować. To już 8. miesiąc. Kredyt to nie jest nasze jedyne zobowiązanie i zmartwienie. Kiedy decydowaliśmy się na kolejne dziecko, przez myśl by nam nie przeszło, że pracy nie będzie.

Na pytanie, gdzie szuka pracy, odpowiada, że poza branżą. Jest umówiony na kilka rozmów kwalifikacyjnych. – Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Niech pan trzyma kciuki – mówi na koniec, odwracając wzrok.

Małopolska - najnowsze informacje