Śnieg sypie, potem przychodzi odwilż, a następnego dnia mróz robi z chodnika lodowisko. I w tym momencie wraca klasyk zimy: „czy to już ten moment, żeby się wkurzać na właściciela, pisać na osiedlowej grupie i dzwonić po straż?”. A zaraz potem drugie pytanie: „a może to ja mam się ruszyć – jak Zenek z piosenki Rosiewicza – i po prostu odśnieżyć?”.
No to rozkładamy temat „po ludzku”: co naprawdę wynika z przepisów, gdzie są luki, i kiedy rozsądek wygrywa z literalnym czytaniem prawa.
„Czyj to w ogóle jest chodnik?” – czyli pierwsza pułapka
Zasada, którą większość z nas kojarzy: właściciel nieruchomości ma obowiązek uprzątać śnieg, lód i błoto z chodnika „wzdłuż posesji”. Tyle że diabeł siedzi w szczegółach, bo to nie zawsze jest „ten chodnik, co go widzę z okna”.
Jeśli między ogrodzeniem a chodnikiem jest pas zieleni (często w miastach: trawnik, żywopłot, fragment pasa drogowego), to nagle okazuje się, że chodnik może formalnie nie leżeć bezpośrednio przy granicy działki. Wtedy obowiązek bywa po stronie zarządcy drogi. I to jest jedna z największych zimowych „luk” w praktyce: pieszy widzi „chodnik przy bloku”, a papier mówi „pas drogowy” i odpowiedzialność idzie gdzie indziej.
Do tego dochodzi drugi wyjątek, mniej znany, ale ważny: jeśli na danym odcinku chodnika dopuszczony jest płatny postój, obowiązek sprzątania co do zasady przechodzi na zarządcę.
W skrócie: zanim zaczniemy wieszać psy na „właścicielu”, warto chociaż przez chwilę dopuścić myśl, że to może być… nie jego chodnik. Wtedy nadal możemy dzwonić, ale do gminy, albo zarządu dróg, żeby wzięto się za odśnieżanie.
„Czy chodnik ma być czarny?” – czyli definicja odśnieżania, która... nie istnieje
Tu kolejna zagwostka: ile śniegu może zostać na chodniku? Centymetr? Dwa? A może „jak da się przejść, to wystarczy”?
Przepisy nie podają żadnej magicznej liczby. Mówią o „uprzątnięciu” śniegu i lodu, ale nie precyzują, czy chodnik ma być wyczyszczone ze śniegu "do zera". Dlatego w praktyce liczy się nie linijka, tylko efekt: czy jest bezpiecznie.
Kiedy najczęściej słyszy się „to nie jest odśnieżone”? Gdy zostaje ubity śnieg, który po dobie robi się szklistym lodem, gdy są zamarznięte grudy i koleiny, gdy chodnik jest tak zwężony, że ludzie schodzą na jezdnię, albo gdy ktoś „odśnieżył” tak, że zrobił wał na przejściu i teraz trzeba się przeciskać jak w śnieżnym labiryncie.
Jest jeszcze jeden ważny argument zdroworozsądkowy, który pojawia się też w orzecznictwie: w czasie trwających opadów, nocą, przy odwilży nie należy oczekiwać, że ktoś będzie stał z łopatą non stop. Nie chodzi o perfekcję, tylko o realne działanie i powtarzanie tych czynności wtedy, gdy jest to możliwe.

„To dzwonić po straż czy nie?” – czyli kiedy frustracja jest uzasadniona
Jeśli mówimy o typowej sytuacji: opad ustał, mija czas, ludzie już zdążyli udeptać śnieg na beton, a chodnik nadal wygląda jak biała pułapka – wtedy złość jest zrozumiała, bo robi się nie tylko ślisko, ale i niebezpiecznie.
Z drugiej strony, gdy sypie od rana, potem sypie jeszcze bardziej, a potem wiatr nawiewa od nowa – telefon „po pięciu minutach” zwykle kończy się tym, że wszyscy się tylko nakręcą, a chodnik i tak będzie biały. Tu naprawdę warto rozróżnić: „trwa opad i jest ciężko” kontra „opad minął, a nikt nawet nie próbował”.
W Krakowie i okolicach dochodzi jeszcze jeden lokalny folklor: wygradzanie taśmą fragmentu chodnika „bo spada śnieg z dachu” albo „bo ślisko”. Czasem intencja jest dobra, tylko efekt bywa taki, że ludzie nie mają gdzie przejść i idą środkiem ulicy. Taśma nie usuwa zagrożenia – czasem tylko przerzuca je w inne miejsce. A jeśli już coś grozi z góry (sople, nawisy), to samo „odcięcie” nie jest rozwiązaniem na dłuższą metę. Rozwiązaniem jest usunięcie zagrożenia.

Sople i śnieg na dachu - piękne ale zabójcze
Tu prawo jest dużo mniej romantyczne, a dużo bardziej zero-jedynkowe: jeśli z dachu albo rynny zwisają sople nad wejściem, chodnikiem czy parkingiem, to nie jest „urok zimy”, tylko realne ryzyko wypadku.
Właściciel lub zarządca budynku ma obowiązek zapewnić bezpieczne użytkowanie obiektu także w sytuacjach, gdy działają na niego czynniki pogodowe (a śnieg i lód potrafią działać bezlitośnie). Jeśli powstaje zagrożenie dla ludzi lub mienia, trzeba reagować – usuwać sople, nawisy, zabezpieczać miejsce tak, żeby nie udawać bezpieczeństwa, tylko je faktycznie zapewnić.

A co z odśnieżaniem dachu? „Zawsze trzeba?” – nie, ale czasem naprawdę tak
Nie ma zasady „każdy dach zawsze odśnieżamy”. Są za to sytuacje, w których brak reakcji jest proszeniem się o kłopoty: gdy śniegu jest dużo i konstrukcja może być przeciążona, gdy nawis może zjechać na chodnik albo auto, gdy zamarznięte rynny robią lodowe „sztylety” nad wejściem. Podkreślamy: właściciel nie musi znać norm budowlanych, żeby zrozumieć jedno: jeśli coś może spaść na człowieka – to nie jest kwestia estetyki, tylko bezpieczeństwa.
Co ważne, warto pomysleć szczególnie o "stajenkach lichych", ale nie tych z Betlejem, ale tych, w których przebywają zwierzęta gospodarskie. W poprzednich latach kilkakrotnie zawalony z powodu nadmiaru śniegu dach był pułapką dla krów czy trzody chlewnej i strażacy wyciagali spod zwałów poranione a nawet padłe zwierzęta. Pomyślmy zawczasu, aby ten dramat się nie powtórzył.

„Co mi grozi, jak nie odśnieżę?” – czyli kieszeń i stres
W najprostszym wariancie kończy się na mandacie albo grzywnie po kontroli. Bywa też tak, że urząd może wezwać do wykonania obowiązku, a w razie uporczywego ignorowania sprawa robi się poważniejsza.
Ale prawdziwy problem zaczyna się wtedy, gdy ktoś ucierpi. Jeśli pieszy poślizgnie się na lodzie, złamie rękę i zacznie zbierać dokumenty, to nagle „zimowy bałagan” zamienia się w sprawę o pieniądze: koszty leczenia, rehabilitacji, utracone zarobki, zadośćuczynienie za ból. A gdy mówimy o spadającym soplu czy lawinie śniegu z dachu – wchodzi jeszcze cięższy kaliber odpowiedzialności, bo tam ryzyko zagrożenia życia bywa naprawdę bezpośrednie.
I to jest ten moment, kiedy odśnieżanie przestaje być „wkurzającym obowiązkiem”, a staje się najzwyklejszą inwestycją w święty spokój.
„A jak ktoś nie ma siły, zdrowia i pieniędzy?” – najtrudniejsze pytanie
To jest brutalnie życiowe: prawo nie pyta, czy ktoś ma 78 lat, chore plecy, czy wraca z nocnej zmiany. Obowiązek nie znika dlatego, że jest trudno.
Natomiast życie zna rozwiązania, które nie wymagają wielkich pieniędzy. Czasem wystarczy umówić się z sąsiadem „na zmianę”, czasem poprosić rodzinę, czasem dogadać się z kimś z klatki, kto i tak wychodzi rano. Warto też pamiętać, że gminy mogą mieć rozwiązania organizacyjne (różnie to działa, ale bywa, że da się znaleźć pomoc przez lokalne instytucje wsparcia, jeśli ktoś naprawdę jest w sytuacji podbramkowej, są jeszcze wolontariusze, sąsiedzi, sołtys, który pomoże ogarnąć sprawę, a nawet strażacy ochotnicy).
I tu wracamy do pointy, którą wszyscy czujemy, kiedy przez tydzień sypie i ma sypać dalej: to się po prostu opłaca. Opłaca się odśnieżyć wąsko choćby „na przejście”, posypać śliskie miejsce, zareagować na sople. Nie dlatego, że „kodeks”, tylko dlatego, że jutro tym chodnikiem pójdzie ktoś z zakupami, ktoś z wózkiem, ktoś starszy, ktoś taki jak my – a każdy z nas wolałby wrócić cało do domu na herbatę, a nie z gipsem.
fot. Pixabay



















