piątek, 4 września 2020 14:09

Pies, którym nikt nie chciał się zająć

Autor Głos 24
Pies, którym nikt nie chciał się zająć

Leniwe, niedzielne popołudnie. Upał nieziemski, pora na wyprawę nad wodę albo zalegnięcie z książką pod drzewem… I tak by pewnie było, gdyby nie ostatni rzut oka na fejsbuka.

Grupa „Pies w Krakowie”, a w niej świeżutki post – napawający zgrozą.  
Na zdjęciach pies, który wygląda, jakby miał zaraz umrzeć.  Albo jakby już nie żył. Psia starowinka w pełnym słońcu,  na chudej szyi gruba obroża, na niej – łańcuch. Zwierzak ma przerzedzoną sierść , miejscami jest całkiem łysy, gdzieniegdzie ma krwawiące rany. Autorka postu – zresztą wolontariuszka krakowskiego schroniska -  pisze, że na miejscu już była policja, która stwierdziła, że „warunki są spełnione” i odjechała. Pisze też, że najbliższy terytorialnie oddział OTOZu zadeklarował,
że może przyjechać na miejsce – ale dopiero w czwartek.

W takim upale, w takich „spełnionych warunkach” i w takim stanie pies  do czwartku przypuszczalnie nie dożyje.. .Rzecz dzieje się pod Jasłem, na Podkarpaciu.Pod postem pojawia się lawina pełnych oburzenia i współczucia komentarzy i dobrych (lub mniej dobrych) rad, ktoś wzywa na pomoc Krakowskie Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami.

Julek w dwie godziny schudł 6 kg
Informacje są alarmujące – pies w złym stanie, z krwawiącym guzem,na łańcuchu; właściciel nic z tym nie robi. Nie ma na co czekać, jedziemy. Docieramy na miejsce i utykamy przed bramą. Właściciel psa nie chce nas wpuścić – bo przecież „były już u niego interwencje! Niedawno były! Ktoś się wy…

Jest niedziela, KToZ nie pracuje, inspektorzy mają czas dla siebie i rodziny,
dla swoich zwierzaków i swoich przyjaciół. Ale… ten obraz psa, wydającego się być na granicy życia i śmierci, psa. którego świat zawiódł – zawalił właściciel, zawalili sąsiedzi, zawaliła policja, która ma obowiązek stać również na straży praw zwierząt… Z tym obrazem pod powiekami nie można byłoby pojechać nad wodę ani położyć się z książką pod drzewem. Decyzja o tym, że jedziemy zapada prawie natychmiast.

W godzinę skrzykujemy ochotników – troje inspektorów zbiera manatki. Ostatnie ustalenia i jedziemy.  Do Folusza docieramy już po dwudziestej; jest ciemno, ale czeka na nas pani, która wcześniej wzywała policję i szukała ratunku dla psa
w pobliskim TOZ-ie.Widzimy psa i już wiemy – zostawić go tutaj nie można. W pomoc właściciela nie wierzymy  – ktoś, kto doprowadził swojego zwierzaka do takiego stanu nie budzi nawet odrobiny zaufania.

Dzwonimy po asystę policji. W oczekiwaniu na patrol przyglądamy się „spełnionym warunkom”. Jest buda – ale to, że jeszcze jako tako stoi zakrawa na cud.  Na chybotliwych ściankach z pojedynczych desek leżą cienkie deski, a na nich kawał blachy - we wnętrzu jest więc piekarnik, w którym psiak mógłby sobie upiec szarlotkę, gdyby miał takie marzenie. I siłę, by je spełnić.  

Tej siły jednak nie ma już na nic - jest tak straszliwie wychudzony, że kości zdają się prawie przebijać skórę.   Jest też w połowie niemal łysy, na nim zaś toczy się bogate życie – tabuny pcheł migrujących po nim we wszystkie strony sprawiają, że resztki sierści żyją własnym życiem i falują mimo bezruchu psa.  Na niemal łysej, chudziutkiej szyi pies ma obrożę zapiętą tak ciasno, że z trudem da się pod nią wcisnąć najmniejszy palec – prawdopodobnie chodzi o to, żeby w niewdzięczności swojej nie uciekł z tak wyśmienitych warunków. W czasach, gdy jeszcze miał siłę uciekać.

Okazuje się, że jeden warunek Ustawy faktycznie jest spełniony – psi łańcuch mierzy sobie prawie cztery metry – to nie tylko ustawowe minimum, ale i bonus w postaci prawie metra więcej. Nie ma co - funkcjonariusze, którzy pojawili się wcześniej na miejscu znali się na rzeczy! Jest też gar z wodą, z racji upału cieplutką – wszyscy jednak doskonale wiemy, że zbyt zimne napoje mogą zaszkodzić na gardło, więc to z troski zapewne.

Kiedy tak – nadal czekając na asystę – podziwiamy „spełnione warunki” obok budy pojawia się opiekun psa, dość młody człowiek, który potwierdza, że  - owszem,  była u niego policja, powiedział im, ze następnego dnia wybierze się z psem do weterynarza,  nikt więc problemów nie robił. Okazało się że pies ma na imię Azor,  a jego faktycznym właścicielem jest brat, który gdzieś tak na początku roku wyjechał za granicę. Pies raczej źle nie ma – czasami nawet zabierany jest do domu (zapewne, kiedy brakuje mu sił, niosą go na plecach wdzięczne za wikt i opierunek pchły ;-) ). Faktycznie jest staruszkiem – ma szesnaście lat, a do weterynarza pan już od dawna się wybierał, tylko jakoś tak….nie za bardzo się składało.

Informujemy, że odbieramy psa. Pan bez problemu podpisuje dokument zrzeczenia. Bez oznak żalu za zwierzakiem, który spędził tu 16 lat… Kiedy Azor jest już formalnie nasz prosimy jeszcze o zaświadczenie o szczepieniu przeciwko wściekliźnie. Okazuje się jednak, że nie wiadomo, gdzie takowe jest – a kilkanaście godzin wcześniej była tu policja…

Ostatecznie odwołujemy prośbę o asystę – dyżurny przyjmuje to z lekką ulgą,  bo - jak twierdzi – jedyny patrol, który ma do dyspozycji jest gdzie indziej  i musielibyśmy długo czekać.  Kilka minut później dyżurny dzwoni do nas ponownie dopytując, czy będziemy w tej sprawie składali „jakieś zawiadomienie”. Tak, będziemy.

Wracamy z Azorem do Krakowa.Pomimo zmęczenia jesteśmy szczęśliwi. Choć nie jest fajnie zabierać starego zwierzaka z miejsca, gdzie spędził całe swoje życie. I gdzie powinien – otoczony troską, opieką i miłością – dożyć do końca. Kluczowe słowa – troska, opieka i miłość. W tym przypadku – szans na to nie było.

W krakowskim schronisku Azor został wykąpany, pozbawiony kolonii pcheł i pasożytów wewnętrznych, odkarmiony i podleczony.


Teraz jeszcze musimy znaleźć mu dom.

Tekst opublikowany za zgodą KTOZ

Horror w krakowskiej kamienicy [ZDJĘCIA]
Wyjeżdżając na interwencję do jednej z kamienic krakowskiego Podgórza (jakieś pół godziny spacerem od Rynku), w związku z podejrzeniem, że ktoś w nim przetrzymuje ptaki - nie spodziewaliśmy się specjalnej makabry.

Ekologia - najnowsze informacje