środa, 24 listopada 2021 10:51

Wielka strata dla nas wszystkich. Ziemia kazimierska pożegnała Zdzisława Kulisia

Autor Norbert Kwiatkowski
Wielka strata dla nas wszystkich. Ziemia kazimierska pożegnała Zdzisława Kulisia

To niezwykle duża strata dla nas wszystkich. Zdzisław Kuliś był człowiekiem niezwykłym. Szanowali go wszyscy - nie tylko dlatego, że miał talent, szanowali go wszyscy, ponieważ pasja i dobro to wartości największe. Również dla naszej redakcji to duży cios. Od wielu lat współpracowaliśmy ze Zdzisławem Kulisiem podziwiając jego pozytywne nastawienie i zaangażowanie z każdej czynności jaką tworzył.

W czwartek, 18 listopada br., w kościele p.w. Podwyższenia Krzyża Świętego w Kazimierzy Wielkiej odbyła się msza święta żałobna Zdzisława Kulisia – człowieka wielkiej pasji, miłośnika i piewcy piękna ziemi kazimierskiej, autora szeregu publikacji, laureata wielu nagród w dziedzinie kultury, wieloletniego pracownika Urzędu Miasta i Gminy w Kazimierzy Wielkiej.

W uroczystości pogrzebowej zmarłego uczestniczyła rodzina, przyjaciele, znajomi, współpracownicy, miłośnicy twórczości Zdzisława Kulisia oraz przedstawiciele samorządu kazimierskiego i proszowickiego. Mszy św.

Wartę honorową przy trumnie pełniły poczty sztandarowe Urzędu Miasta i gminy w Kazimierzy Wielkiej, Koła Stowarzyszenia Żołnierzy Armii Krajowej z Miechowa oraz Zarządu Głównego Stowarzyszenia Żołnierzy Armii Krajowej w Krakowie.

Burmistrz Miasta i Gminy Kazimierza Wielka Adam Bodzioch, który z powodów losowych nie mógł osobiście uczestniczyć w ostatnim pożegnaniu Zdzisława Kulisia, wystosował na tą okoliczność list, który został odczytany przez Sekretarza Miasta i Gminy – Rafała Stokłosę.

- Z głębokim żalem przyjąłem wiadomość o śmierci Zdzisława Kulisia. Trudno zebrać myśli i wypowiedzieć słowami to, co czuję, żegnając dzisiaj po raz ostatni na ziemskiej drodze człowieka wielkiej miary. Jest to dla mnie szczególnie trudne, ponieważ znałem go dobrze i bardzo szanowałem. Poznaliśmy się w pierwszych latach samorządu - w 1990 roku rozpoczęliśmy współpracę w Urzędzie Miasta i Gminy w Kazimierzy Wielkiej, gdzie przepracował 51 lat, w tym 30 jako główny księgowy. Pewien aspekt tej współpracy był znany tylko nam dwóm – teraz jest znany tylko mnie. Lata spędzone na emeryturze były dla niego niezwykle twórcze. Będąc niestrudzonym piewcą piękna ziemi kazimierskiej  napisał setki wierszy i wydał wiele publikacji. W 2010 roku ukazał się jego pierwszy tom, zatytułowany „Wiersze dla potomnych”. W roku 2012 ukazał się wiersz poświęcony martyrologii kazimierskich Żydów pt. „Niechaj słowik pieśń zaśpiewa”. Został on odczytany i ze wzruszeniem przyjęty przez uczestników Dni Kultury Żydowskiej, które obchodziliśmy w Kazimierzy Wielkiej we wrześniu bieżącego roku. W roku 2014 wydał trzy publikacje: był to tom wierszy pt.: Krętą ścieżką mijających lat, Aby czas nie zatarł śladów oraz broszurę Ocalić przed wyginięciem. Był tytanem pracy, co udowodnił wykonując fotografie kapliczek, figur i krzyży ziemi kazimierskiej, które zamieścił w albumie zatytułowanym „Mieszkać wśród świętych”. Z wielkim zapałem angażował się w społeczną i kulturalną działalność. Przy próbie wymienienia wszystkich inicjatyw, w których brał udział powstałby materiał na obszerną książkę. Nie mogę jednak pominąć jego zaangażowania, wraz ze śp. Emilią Molską, w upowszechnianie poetyckich wieczorów Maryjnych, podczas których – obok  wielkich dzieł zaczerpniętych z literatury polskiej – przedstawiał wersety religijne swojego autorstwa. W roku 2017 wydał książkę pt.: Wspomnienia – historia pewnego zegara, będącą cyklem wspomnień z życia gminnego obejmującym lata 1961 do 2012. Spod jego pióra wyszedł także pełny emocji i gwałtownych zwrotów akcji tekst pt.: „Przygody Franka Karierowicza”. W jednym z wywiadów mówił o swojej twórczości, że jest ona prosta, tak jak prosty jest jej autor, i skierowana do prostych ludzi. Myślę jednak, że siła tej twórczości nie tkwi w prostocie lecz w miłości do swojej Małej Ojczyzny. Być może swoim życiem dałeś nam Zdzisławie lekcję patriotyzmu wyrażonego w prostych – jak to określałeś – strofach uświetniających nie jedną uroczystość, w barwnych fotografiach dokumentujących obiekty sakralne znajdujące się na terenie naszej gminy, we wspomnieniach, które są dla nas i dla tych, którzy po nas przyjdą, skarbnicą wiedzy. Tak więc nie jesteśmy przygotowani na Twoje odejście. Ta śmierć przyszła nie w porę. Zdzisławie – jest jeszcze dużo pracy! Odszedłeś w 81. roku życia. 81 lat – ktoś by powiedział, że to szmat czasu. A ja przypomnę słowa poetki: „Na chwilę tu jestem i tylko na chwilę”. Chwila przeznaczona dla śp. Zdzisława minęła – ale wypełniona twórczą pracą i zaangażowaniem w życie społeczne sprawia, że nawet wieloma wypowiedzianymi słowami nie sposób objąć wszystkiego. Ty, Zdzisławie, dalej żyć będziesz, tylko trochę inaczej, bo w pamięci. A pamięć nie umiera. Pamięć jest wiecznością. Nad trumną śp. Zdzisława pochyla się dziś sztandar Miasta i Gminy Kazimierza Wielka. Niechaj ten symboliczny gest będzie naszym pożegnaniem z Tobą, i jednocześnie podziękowaniem za Twoją pracę, twórczość, za zaangażowanie w życie lokalnej społeczności i Twoją obecność wśród nas, która – w co ufam głęboko – nie kończy się tym fizycznym rozstaniem. Rodzinie Zmarłego składam serdeczne wyrazy współczucia. I chociaż przebywam teraz blisko 300 km. od Kazimierzy Wielkiej, uczestniczę w nabożeństwie dzięki transmisji internetowej, łącząc się z Wami w bólu i modlitwie. – napisał burmistrz.

Zdzisław Kuliś urodził się 13 września 1940 roku w Chruszczynie Wielkiej, był mieszkańce wsi Donosy w gminie Kazimierza Wielka. Emerytowanym pracownikiem Urzędu Miasta i Gminy w Kazimierzy Wielkiej, gdzie przepracował pięćdziesiąt jeden lat w tym trzydzieści jako główny księgowy. Posiadał wykształcenie ekonomiczne. Przez kilka lat równocześnie z pracą zawodową, prowadził filię biblioteczną w Donosach, biorąc żywy udział w życiu kulturalnym środowiska z którym łączą go więzi rodzinne i miejsce zamieszkania.

Napisał m.in. dwa tomy książki „Przygody Franka Karierowicza”. W 2012 roku poemat poświęcony martyrologii kazimierskich Żydów „Niechaj słowik zaśpiewa”. Potem były kolejne tomiki, książki i wystawy w bibliotece.

Źródło: Gmina Kazimierza Wielka Foto: Gmina Kazimierza Wielka

Zdzisław Kuliś swoje wspomnienia z pracy w Gromadzkiej Radzie Narodowej w Donosach zawarł w cyklu „Historia pewnego zegara”. Pracę rozpoczął w 1961 roku. Miał wtedy 21 lat. „Historia pewnego zegara” to niezwykle barwna opowieść, w której na tle wydarzeń poznajemy osoby, problemy i codzienne życie mieszkańców Donosów. Jest niezapomnianą kroniką tamtych czasów, sięgającą lat 90-tych. Przypominamy jej fragment.

W Gromadzkiej Radzie Narodowej w Donosach, która mieściła się w podworskiej starej oficynie pracowało nas siedem osób, a zasięgiem obejmowała pięć wiosek: Donosy, Odonów, Słonowice, Skorczów i Paśmiechy. W tym czasie sołtysami w tych wioskach byli kolejno: Władysław Burzawa, Stanisław Baran, Edward Kwaśny, Józef Karbowniczek i Stefan Wieczorek. W gromadzkiej radzie natomiast pracowali: Stanisław Gaudyn – przewodniczący, Stanisław Wójcik – sekretarz, Jan Czarnecki – ref. ds. skupu, Zdzisław Kuliś - ref. meldunkowy, Helena Pawlik - agronom, Stefan Zajma – majster drogowy i Stefania Strzelecka – sprzątaczka.

Kiedy przyszedłem do pracy 1 marca 1961 roku zarabiałem 650 złotych, przewodniczący 1000 złotych, a sekretarz 1100 złotych, pozostali pracownicy po 700 złotych. Budynek był w złym stanie. Przegniłe krokwie, podparte stemplami i popękana dachówka, a także nieestetyczne tynki zewnętrzne jak i wewnętrzne nie dodawały uroku budynkowi. Gromadzka Rada zajmowała dwa pomieszczenia na biura, w których urzędowali, w jednym: przewodniczący i sekretarz, a w drugim resztę pracowników. Był za to dość spory hol, w którym można było coś postawić na przechowanie np. rower jak który pracownik nim przyjechał. Stała tam na stałe urna wyborcza, która była tylko używana w dniu wyborów. Na zimę były w niej jabłka, które jednak w takiej dużej pace niezbyt dobrze się przechowywały, więc lepiej było je szybko zjeść. Było też malutkie pomieszczenie w którym mieściło się archiwum. W tych oto pomieszczeniach mieściło się i odbywało wszystko. Zebrania, narady, sesje Rady Gromadzkiej, zebrania wiejskie wsi Donosy, a także szkolenia rolnicze oraz różnego rodzaju prelekcje, których w tym czasie było niemało.

W tym miejscu przypomniała mi się pewna scenka, ale zanim zacznę muszę napisać kilka słów wprowadzenia. W sąsiedniej wsi Skorczów żył jeszcze i prowadził niewielkie gospodarstwo, którego część prawnie mu pozostawiono, dziedzic - Stanisław Ślaski. Zamieszkiwał w swoim dworku, a w prowadzeniu tego gospodarstwa pomagali mu dwaj robotnicy: Stefan Wendel i Jan Koziński, którzy zamieszkiwali w istniejących jeszcze czworakach. Wspomniany Stefan Wendel obsługiwał konie, które dziedzic jeszcze hodował. Otóż pewnego razu w pewien zimowy dzień Stanisław Ślaski jechał z Wendlem saniami z Kazimierzy Wielkiej. Droga prowadziła w pobliżu Gromadzkiej Rady. Przejeżdżając, dziedzic przypomniał sobie, że ma coś do załatwienia w tejże radzie. Polecił wtedy furmanowi skręcić przed budynek i zatrzymać się, kazał na niego poczekać a sam wszedł do budynku. Nie wiedział, że w tym czasie w tymże pomieszczeniu do którego wszedł, odbywała się sesja Gromadzkiej Rady. Wchodząc wparował bezpośrednio w tłum ludzi, którzy stłoczeni w ciasnym pomieszczeniu prowadzili obrady. Akurat w tym czasie referował obecny na tym zebraniu wice- przewodniczący Powiatowej Rady Narodowej w Kazimierzy Wielkiej - Henryk Bzdon, którego ojciec w niedalekiej przeszłości pracował w majątku Ślaskich w Kościelcu. Był on Ślaskiemu dobrze znany jak i cała rodzina Bzdonów jako robotnicy polowi. Speszony dziedzic Ślaski nie wiedział jak się zachować, więc usiadł na ławce w wolnym miejscu, które mu zrobili. Niektórzy myśleli, że przyszedł na Sesję i on też chyba w to uwierzył, więc siedział sobie w najlepsze przysłuchując się obradom. Czas płynął, obrady też, w pomieszczeniu było ciepło, a biedny Wendel siedział na tych saniach trzęsąc się z zimna.

Zdzisław Kuliś, Donosy 2016

MOJA WIOSKA I DOM RODZINNY

W Niecce Nidziańskiej, w dorzeczu rzeki Małoszówki,

Pośród zielonych łąk stał mój dom rodzinny.

Otoczony niewielkimi wzgórzami, z dachem

z czerwonej dachówki,

Którego nigdy nie zamieniłbym na inny.

Dom miał ściany bielone wewnątrz i po wierzchu.

Zbudowany w otwartym terenie, frontem do drogi,

Co sprawiało, że był widoczny w dzień oraz po zmierzchu,

Latem i zimą, kiedy panował mróz srogi.

Miał dwie izby: kuchnię oraz pokój nieduży,

Obok była komora z oknem niewielkim.

Pokój latem i zimą do nauki nam służył,

W komorze mieściła się żywność oraz sprzęt wszelki.

Prądu elektrycznego w tym czasie nie było,

Lampa naftowa służyła do oświetlenia.

O radiu czy telewizorze nikomu się nawet nie śniło,

Natomiast były żarna, które służyły do zboża mielenia.

Żarna to takie urządzenie niezbyt wielkie,

Składające się z dwóch okrągłych i ciężkich kamieni,

Pomiędzy które sypało się zboże wszelkie

I kręcąc dokoła na mąkę je przemieni.

W pokoju, zamiast pieca, stał piecyk „kozą” zwany.

Na lato był wynoszony, ponieważ w domu ciepło było,

Natomiast zimą cały dom był nim ogrzewany,

Stwarzał tak wspaniały nastrój, że aż wspomnieć miło.

Obok drogi przepływał strumyk nazwy nieznanej,

W którym latem brodziliśmy czasem na bosaka.

To są uroki Chruszczyny Wielkiej, mojej wioski ukochanej,

Która w latach czterdziestych była właśnie taka.

I te wierzby przydrożne, które się przejezdnym kłaniały,

Były częścią krajobrazu, rosnąc przy drogi brzegu.

Latem od deszczu rozmokniętą drogę osłaniały,

Zimą służyły jako zasłona od dużego śniegu.

Wokoło zielony dywan łąk ukwieconych,

Przyozdobiony kępkami kaczeńców.

Pełno tu kwiatów białych i czerwonych,

To ulubione miejsce spacerów młodzieńców.

Kiedy nadejdzie czerwiec i słowik śpiewać przestanie

I piękne słońce będzie w zenicie,

Nastąpi wtedy wielkie sianobranie,

A brzęk ostrzonych kos będzie nas budzić o świcie.

Dzieciństwo moje przypadło tuż po wojnie, jak innych tysiące,

Dlatego zabawek kupionych nie miałem wcale.

Moją i rówieśników zabawką były kwiaty kwitnące na łące,

Którymi bawiliśmy się wspaniale.

Później łąka służyła jako boisko sportowe,

Na niej rozgrywaliśmy przeróżne mecze.

Często zdarliśmy buty całkiem nowe,

Graliśmy w deszczu, a nawet na wietrze.

Zimą też łąki służyły do naszej zabawy.

Jesienią na nich zbierała się woda,

Tworząc jakby małe stawy,

Które zamarzały, gdy nadeszła mroźna pogoda.

Wtedy mocowało się do butów jakieś łyżwy stare,

Co nie stawało wcale na przeszkodzie.

I chociaż były nie na mego buta miarę,

Jeździło się na nich po lodzie.

Takież było to moje dzieciństwo

I na inne bym się nie zamienił.

Rodzice, jak mogli, dawali z siebie wszystko

I za to do końca życia będę ich cenił.

Zdzisław Kuliś

Donosy, czerwiec 2008

Polska

Polska - najnowsze informacje