„Gdyby ludzie słuchali wtedy, co kandydaci mają do powiedzenia, to Aleksander Miszalski nigdy nie zostałby prezydentem” — ocenia Jan Hoffman, jeden z liderów inicjatywy referendalnej w Krakowie. W podcaście "Ósma za siedem" mówi o kampanii, powołaniu Stanisława Kracika na komisarza i przekonuje, że miasto nie może zmarnować najbliższych trzech lat.
Jan Hoffman był już gościem Głos24, gdy dopiero zaczynała się rozmowa o referendum. Najpierw oceniał pierwszy rok rządów Aleksandra Miszalskiego, później mówił o zbiórce podpisów i zapowiadał wręczenie prezydentowi "czerwonej kartki". Teraz z liderem Inicjatywy Referendalnej spotykamy się w zupełnie innym momencie: Miszalski został odwołany, Rada Miasta Krakowa ocalała o włos, a Kraków wchodzi w kampanię, która może być krótsza, ostrzejsza i bardziej nieprzewidywalna niż poprzednia.
Hoffman nie udaje, że po referendum wszystko jest proste. Przyznaje, że wynik okazał się zwycięstwem połowicznym: prezydent stracił urząd, ale rada została. Mówi też o mapie głosowania, mobilizacji dzielnic oddalonych od centrum, wątku bojkotu i o tym, czy kampania przeciw referendum nie obróciła się przeciwko samemu Miszalskiemu.
Jedna z najmocniejszych ocen pada jednak przy pytaniu o to, czy Kraków po latach Jacka Majchrowskiego wszedł w czas politycznej wojny. Hoffman odpowiada przewrotnie: krótka prezydentura Miszalskiego sprawiła, że wielu mieszkańców mogło spojrzeć łaskawszym okiem na poprzednika. — Prezydentura Aleksandra Miszalskiego de facto pomnik budowała poprzednikowi — mówi.
I rozwija tę myśl jeszcze dosadniej: Majchrowski, choć przez lata krytykowany, stał się wizerunkowym beneficjentem rządów swojego następcy. Nie dlatego, że nagle zniknęły wszystkie zarzuty wobec poprzedniej epoki, ale dlatego, że po zmianie część Krakowian mogła uznać: może nie było idealnie, ale przynajmniej było stabilnie.
Dużo miejsca w rozmowie zajmuje też pytanie o Stanisława Kracika. Po referendum to on, decyzją premiera, przejął obowiązki prezydenta Krakowa. — Mam bardzo duży kłopot z oceną tej nominacji — przyznaje. Jak tłumaczy, referendum odwołało nie tylko prezydenta, ale też jego zastępców. Dlatego powołanie jednego z odwołanych wiceprezydentów na komisarza uważa za politycznie i symbolicznie ryzykowne. — Sama idea powołania odwołanego wiceprezydenta uważam, że jest fatalna — ocenia.
Jednocześnie Hoffman nie skreśla Kracika personalnie. Mówi raczej o „otwartej karcie”. Komisarz może — jego zdaniem — przeprowadzić Kraków przez ten czas spokojnie, ale może też nie wykorzystać szansy. Wśród oczekiwań pojawiają się trzy konkretne punkty: ograniczenie Strefy Czystego Transportu, prawdziwy audyt miasta i uporządkowanie struktury magistratu, w tym likwidacja departamentów, które Hoffman uważa za sztuczny element wprowadzony za prezydentury Miszalskiego.
W rozmowie pada też polityczna hipoteza: być może Kracik wcale nie jest kandydatem KO na prezydenta, lecz tylko rozwiązaniem przejściowym. Hoffman zastanawia się, czy właściwy kandydat Koalicji Obywatelskiej nie chciał objąć funkcji komisarza, bo musiałby coś stracić — mandat, stanowisko albo bezpieczną pozycję poza bieżącą walką. Jego zdaniem jedno jest pewne: tym razem ryzyko porażki kandydata KO jest realne.
Osobny wątek to kampania referendalna. Hoffman krytycznie ocenia sposób, w jaki miasto i otoczenie Miszalskiego miały odpowiadać na inicjatywę referendalną. Wspomina o słabo eksponowanych informacjach o głosowaniu, materiałach promujących dorobek prezydenta i o poczuciu, że władza nie grała z mieszkańcami fair. — Ludzie nie lubią być traktowani, wyczuwają, gdy władza gra nie fair — mówi.
Nie zgadza się też z tezą, że referendum zatrzymało Kraków. Przyznaje, że przez moment — między ogłoszeniem wyniku a powołaniem komisarza — miasto znalazło się w formalnej luce. Ale po nominacji Kracika, jak podkreśla, sytuacja wróciła do normy. — Sianie strachu w tym zakresie to była strategia obronna, niestety nieoparta na wiedzy bądź prawdzie — ocenia.
Najmocniejsza lekcja z rozmowy dotyczy jednak nie Miszalskiego, Kracika ani nawet samego referendum. Dotyczy wyborców. Hoffman przekonuje, że Krakowianie nie mogą drugi raz potraktować kampanii jak tła do codziennego życia. Muszą słuchać kandydatów, sprawdzać ich obietnice i patrzeć, kto naprawdę stoi za konkretnym człowiekiem.
Co ciekawe, Hoffman nie narzeka na wysyp wyrazistych kandydatur. Przeciwnie — mówi, że cieszy się ze startu Marianny Schreiber, bo takie nazwiska mogą przyciągnąć uwagę do kampanii i sprawić, że nawet w wakacyjnym „ogórkowym” sezonie Krakowianie będą słuchać debat oraz tego, co kandydaci naprawdę mają do powiedzenia.
— Gdyby ludzie słuchali wtedy, co kandydaci mają do powiedzenia, to Aleksander Miszalski nigdy nie zostałby prezydentem — mówi.
To zdanie brzmi jak najkrótsze podsumowanie całego politycznego trzęsienia ziemi w Krakowie. Po referendum miasto nie wróci już do punktu sprzed wyborów. Nie ma też gwarancji, że wybierze lepiej. Hoffman mówi wprost: Kraków jest dziś „na rafie”, ale nie przez referendum, tylko przez to, co wydarzyło się wcześniej.
— Taki proces sanacji należy rozpocząć. Nie można tych trzech lat zmarnować — podsumowuje.
W najnowszym odcinku „Ósmej za siedem” pytamy więc nie tylko o to, dlaczego Miszalski przegrał. Pytamy też, czy Kracik będzie tylko administracyjnym bezpiecznikiem, czy początkiem nowego rozdania; czy KO popełniła błąd, oddając funkcję komisarza odwołanemu wiceprezydentowi; i jak Krakowianie mają wybrać nowego prezydenta tak, żeby po kilku miesiącach nie zatęsknić za tym, którego właśnie odwołali.



















