sobota, 21 sierpnia 2021 11:00

Monika i Hadi ewakuowali się z Kabulu "Mój mąż beze mnie nie miałby żadnej szansy"

Autor Marzena Gitler
Monika i Hadi ewakuowali się z Kabulu "Mój mąż beze mnie nie miałby żadnej szansy"

Monika Szczygielska jest jedną w Polek, które uciekły w ostatniej niemal chwili z Kabulu. Ewakuowała się wraz z mężem Afgańczykiem Hadim Mohammadim, którego życie było zagrożone, gdy do stolicy Afganistanu wkroczyli talibowie, bo żeniąc się z nie-muzułmanką złamał prawo szariatu. Udało im się dostać na listę i zdobyć miejsce w czeskim samolocie, dzięki pomocy polskiej ambasady w Delhii. Wczoraj dotarli do Polski. O sytuacji w Afganistanie, ich przeżyciach i graniczącej niemal z cudem ewakuacji opowiadają w rozmowie z Głos24.

Pani Moniko, jak to się stało, że znalazła się Pani w Afganistanie?

- Wszystko zaczęło się w 2019 roku. Wówczas z własnej woli wyjechałam na wolontariat. Po prostu wpadłam na taki pomysł i pojechałam. Byłam nauczycielką angielskiego w pewnej prowincji, nie w Kabulu. Początkowo chciałam spędzić tam dwa, trzy miesiące, a ostatecznie zostałam pięć. Później zdecydowałam się znowu tam wrócić. Już wtedy byłam konkretnie w Kabulu. Wszystko więc zaczęło się dwa lata temu. Od tamtego roku, mniej więcej od końca lipca, mieszkałam w Kabulu. W tamtym roku wyszłam też za mąż za Afgańczyka.

Kabul, okolice lotniska
Kabul, okolice lotniska / Fot.: Monika Szczygielska

Jaka była Wasza reakcja w momencie, kiedy szła już ofensywa talibów i wiadomo było, że sytuacja polityczna, sytuacja społeczna, może się zmienić w każdej chwili?

- Takie głosy, że na pewno będzie się coś działo, pojawiły się mniej więcej dwa miesiące temu. Gdy prezydent Stanów Zjednoczonych ogłosił, że wycofa swoje wojska, wszyscy podejrzewali, że coś będzie się działo. Nie było jednak wiadomo co dokładnie, jak i co tam się stanie. Już wtedy były głosy, że na pewno nie będzie przyjemnie, że zaczną się, jeśli nie walki, to zdobywanie przez talibów kolejnych miast. Generalnie oni dążyli do tego, żeby objąć rząd i wstawić tam swój. Jak pojechałam do Afganistanu w tamtym roku, było w zasadzie w porządku. W tym momencie, kiedy wojska zaczęły wyjeżdżać na kolejne prowincje, dzielnice zaczęły upadać. Czasem po prostu zostały przejęte przez Talibów bez walki. Oni wkraczali do jakiegoś miejsca i ludzie automatycznie się na to zgadzali. W kilku miastach, na przykład Heracie, Kandaharze, w prowincji Helmand, Nimruz - tam były faktyczne walki, wojsko afgańskie broniło się przed talibami i słychać było strzały. W innych miejscach talibowie weszli całkowicie pokojowo i już tam zostali.

Okolice lotniska w Kabulu
Okolice lotniska w Kabulu / Fot.: Monika Szczygielska

Państwo nie myśleliście jeszcze wtedy, że trzeba będzie się ewakuować? Nie czuliście się całą sytuacją zagrożeni?

- Nie, absolutnie. Kiedy początkiem tego miesiąca przyjechałam do Kabulu, to były słuchy o tym, że Kabul utrzyma się jeszcze przynajmniej trzy miesiące, może nawet więcej, bo przecież to w końcu stolica i wszystkie wojska na pewno się tutaj zgromadzą. I dosłownie w przeciągu trzech, czterech dni poszło kolejno pięć, może nawet sześć prowincji. Było to więc codziennie 15 prowincji zdobytych, potem 17, potem 20, potem 25 przez talibów. Nikt się nie spodziewał, że w takim tempie oni dostaną się do Kabulu. Dokładnie pamiętam dzień, a nawet godzinę, jak to wyglądało. Na początku, rano, jeszcze nic nie było słychać, wszystko było w porządku. W niedzielę, 15 sierpnia, około godziny 11-12 już zaczęły dochodzić plotki, że talibowie stoją na obrzeżach Kabulu. Po południu byli już w mieście. Było widać ich samochody, przejęte od policji, na których ustawili swoje flagi. Jeździli po mieście lub stali w głównych jego miejscach. Większość początkowo kierowała się w stronę lotniska, a później w stronę pałacu prezydenckiego.

Wyemigrował rząd, który dotychczas zarządzał Afganistanem. Nagle pojawili się talibowie, czyli zupełnie inne ugrupowanie, które ma zupełnie inną wizję, wizję konserwatywną, zarządzania tym krajem? Co to oznacza zarówno dla Państwa, jak i waszej rodziny?

- Nikt w zasadzie nie wie jak talibowie się zachowają. Póki co twierdzą, że to nie będzie to, co było 25 lat temu, czyli reżim ekstremalny, kiedy kobiety nie mogły chodzić do szkoły, czy wychodzić na ulicę bez męskiego członka rodziny i burki. Do tego momentu twierdzą, że tego nie będzie. To są ich oficjalne oświadczenia.

Talibowie stacjonujący na ulicach Kabulu. Mają ze sobą wyrzutnię RPG
Talibowie stacjonujący na ulicach Kabulu. Mają ze sobą wyrzutnię RPG / Fot.: Monika Szczygielska

Skąd Państwo posiadają takie informacje? W jaki sposób Talibowie kontaktują się ze społeczeństwem?

- Przez media. Ewentualnie przez główne osoby, które są z nimi związane. Ja osobiście wiele informacji zdobyłam przez osoby trzecie, że na przykład wydali dekret, w którym zapowiedzieli, że kobiety nie mogą wychodzić same na ulice i tylko w burce czy hidżabie, czyli muszą mieć zakryte jak najwięcej ciała i twarzy. Wczoraj (17 sierpnia – przyp, red.) szkoły były jeszcze czynne, ale wszyscy mówią, że może być tak, że talibowie na początku tylko pokazują, że będzie w porządku, ale jak już opanują wszystko, to sytuacja wróci do tej, która miała miejsce właśnie te 25 lat temu.

Czyli do tego, że Afganistan zamieni się w taką republikę islamską, w której będzie ściśle przestrzegane prawo szariatu?

- Już w zasadzie zmienili nazwę kraju – to już nie jest Islamska Republika Afganistanu, a Islamski Emirat Afganistanu. Prawo szariatu jest już wprowadzone. Za kradzież grozi na przykład obcięcie ręki. To już działo się nawet wcześniej, ale wtedy potajemnie. Teraz oficjalnie zostało ogłoszone, że tak będzie.

To jest dla was nie do zaakceptowania i nie możecie się odnaleźć w takiej rzeczywistości - stąd decyzja o ucieczce z kraju?

- W naszym przypadku jest nieco inaczej. Po pierwsze, nie wiadomo jak talibowie ustosunkowaliby się do obcokrajowców mieszkających tam, w kraju. Jeśli chodzi o osoby pracujące dla rządu amerykańskiego, to absolutnie nie ma takiej opcji, żeby pozostać i czuć się bezpiecznie. Jeżeli są to jeszcze organizacje pozarządowe, to możliwe, że wydaliby jakieś pozwolenie, bo słyszałam, że takie sytuacje miały miejsce. Ale nasza sytuacja, kiedy mam męża Afgańczyka, to dla niego realne zagrożenie. Będzie on uznawany za zdrajcę swojej religii. Mimo tego, że braliśmy ślub przed mułłą, talibowie do końca nigdy nie uznają osoby z Zachodu czy z zagranicy, że to jest prawdziwym muzułmaninem.

Plakat z napisem Kunduz (Save it from the fire of war), umieszczony przy miejscu koczowania przesiedlonych ludzi
Plakat z napisem Kunduz (Save it from the fire of war), umieszczony przy miejscu koczowania przesiedlonych ludzi / Fot.: Monika Szczygielska

Państwo znaleźliście się więc w bardzo niepewnej sytuacji.

- W moim przypadku to było tak, że ja na samym początku nie chciałam wyjeżdżać, bo chciałam zobaczyć jak sytuacja będzie się tam rozwijać. Wydawało mi się, że może nie będzie tak źle, że talibowie zgodzą się na pewne warunki, że tylko niektóre zasady się zmienią, ale nie będzie tak bardzo źle, jak kiedyś. Później, jak zobaczyłam co się dzieje na lotnisku, kiedy wstrzymane zostały wszystkie loty, zdałam sobie sprawę, że jest naprawdę niedobrze i nie będzie się można wydostać zarówno lądowo, bo obstawili wszystkie granice, jak i wylecieć bo lotnisko zostało wyłączone. Nie ma lotów komercyjnych, więc nawet jeśli chciałabym wydostać się jako obcokrajowiec, to nie ma takiej opcji.

Afgańczycy absolutnie nie mogą wyjechać, nawet jeśli posiadają wizy i wszelkie potrzebne dokumenty. Decyzja o wyjeździe podjęta została głównie dlatego, że tam w zasadzie wszystko się teraz może zdarzyć. Chodziły już słuchy o tym, że talibowie sprawdzają dom po domu, zapisują kto w nim mieszka, gdzie pracował, czy to jest osoba z wojska, czy na przykład z rządu. Na liście osób, które mogą być represjonowane znalazł się też mój mąż. Po pierwsze dlatego, że pracował dla rządu, był pracownikiem ministerstwa, a dodatkowo brał udział w pozarządowym projekcie z Banku Światowego. Po drugie, kwestia naszego ślubu. W tym momencie nie jest już uznawany za prawdziwego Afgańczyka czy muzułmanina, bo popełnił właśnie takie „wykroczenie”.

Podjęliście decyzję – chcemy wydostać się z Kabulu. Na jakie przeszkody natrafiliście po drodze? Jak to wszystko zorganizowaliście?

- Najpierw zgłosiłam swój pobyt w Kabulu w ambasadzie Polski w Delhi, gdyż to właśnie ona jest odpowiedzialna za Afganistan. W Afganistanie nie ma polskiej ambasady. Wszystkie sprawy związane z Afganistanem są załatwiane właśnie tam. Zadzwoniłam, powiedziałam, że jestem w Kabulu i co zapytałam co powinnam w tym momencie zrobić i jak się zachować. Potem dostałam telefon, że zorganizowano lot ewakuacyjny właśnie dla Polaków i Afgańczyków, którzy mogą dostać azyl w Czechach. Na początku powiedzieli mi, że ja mogę lecieć, ale mąż już nie, bo nie ma wizy. To było coś w stylu Catch 22 – czyli mąż może dostać wizę, ale z Indii, a do Indii nie może lecieć, bo nie ma lotów i nie wydają wiz. Było przy tym bardzo dużo stresu. Jeszcze w poniedziałek chcieliśmy iść do takiej agencji, ale to miejsce opanowali już talibowie. Powiedzieli, że będzie czynna za dwa dni, ale to mogło być za dwa dni, albo nigdy. Później doszły mnie słuchy, że ambasada Indii się wycofuje, ta, która ewentualnie wystawiłaby wizy, żeby potem dostać się do ambasady polskiej właśnie w Delhi. Ostatecznie pomogły moje maile i prośby. To była jednak sytuacja ekstremalna.

W momencie kiedy ja zostawiłabym męża tam na miejscu, to byłoby bezpośrednie zagrożenie jego życia, bo jeśli talibowie dojdą do tego, że on wziął ślub z osobą z zagranicy, to już jest skreślony.

Lotnisko wojskowe w Kabulu
Lotnisko wojskowe w Kabulu, samolot którym wracali Monika i Hadi / Fot.: Monika Szczygielska

Udało Wam się przez polską ambasadę w Delhi znaleźć się na liście, ale nadeszło oczekiwanie na lot. Byliście pewni, że polecicie?

- Na początku ambasada Polski w Delhi i ambasada Polski w Czechach współpracowały, bo ten lot był organizowany przez Czechy. Bardzo dużo pomogli nam konsulowie ze strony Delhi i później Czech, a również rząd czeski, bo zgodził się, aby mój mąż poleciał bez wizy, a wizę dostanie na miejscu (bo to notabene nie powinno się odbyć - wiza powinna być wydana wcześniej). Na początku dostałam telefon, że ja jestem na liście, ale jeszcze nie wiadomo co z mężem. Potem oddzwonili, że w zasadzie jest 99 procent pewności, że mąż też poleci. Dosłałam dokumenty (skan paszportu męża, itp, żeby mógł znaleźć się na liście), a telefon o wylocie dotarł do nas godzinę przed lądowaniem naszego samolotu. My już pakowaliśmy się, ale wciąż było w nas to napięcie. Wiedzieliśmy, że jest samolot, ale nawet sam konsul nam powiedział: „lot jest, jesteście na liście, ale teraz musicie się tam dostać, a tego niestety nikt nie gwarantuje”. Nikt nie mógł zapewnić, że nas tam wpuszczą, bo lotnisko zostało opanowane przez talibów.

Jak wam się to więc udało?

- Spakowaliśmy swoje najważniejsze rzeczy, bo nie było limitu bagażu. Zwykłą taksówką pojechaliśmy najdalej, jak się dało. W obrębie lotniska zaczął się już chaos. Wszystko było okupowane przez talibów, nie przepuszczali nikogo. Mój mąż beze mnie nie miałby żadnej szansy, talibowie nawet nie brali pod uwagę, że może lecieć, bo nie wpuszczali na lotnisko prawie żadnych Afgańczykow. Tylko dlatego, że był ze mną przeszedł. Jego też sprawdzali, paszport itp, ale ja tłumaczyłam, że leci ze mną. Kilkukrotnie pokazałam swój paszport, rozmawiałam z talibami i mówiłam, że jestem z zagranicy, jest specjalny lot i lecę razem z mężem. Na początku było dużo zamieszania, mówili, że nie ma lotu, ale ja upierałam się, że na pewno jest. Jedna osoba mówiła tak, inna inaczej. W końcu znalazł się ich „lider”, który wziął paszport, sprawdził na swoich listach, oddał i mówi: „Dobra, idziecie”. Wcześniej było jednak bardzo ciężko, na przykład przejść przez checkpointy. Tam byli ludzie koczujący pewnie od kilku dni na lotnisku, przed nim, na ulicach, żeby się przebić, żeby wyjechać. Widziałam, że mają wizy, mają dokumenty. Rodziny z dziećmi, przerażenie... Wszędzie były porozrzucane bagaże, ludzie pewnie pouciekali z lotniska. Lotnisko cywilne jest zamknięte już całkowicie, my lecieliśmy z lotniska wojskowego, bo tylko to jest jeszcze w użyciu. Inni ludzie też tam byli, tak jak wspomniałam, mieli papiery, byli przygotowani, ale z racji tego, że byli Afgańczykami z miejsca nie mieli prawa głosu, nie byli w ogóle słuchani.

Kto jeszcze ewakuował się z Wami tym samolotem?

- W samolocie była jeszcze jedna Polka i sami Afgańczycy - osoby, które pracowały w ambasadzie czeskiej, i ich rodziny. Rodziny wielodzietne, bo często dwójka, trójka dzieci plus żona i mąż. W zasadzie tylko ja i jedna Polka byłyśmy osobami z zagranicy.

Jak wyglądała Wasza podróż?

- Nie przesiadaliśmy się. Mieliśmy tylko międzylądowanie w Baku, żeby zatankować. Później bezpośrednio do Pragi. Tam wysiedliśmy, musieliśmy przejść przez testy covidowe i wróciliśmy do Polski. Mój mąż nigdy nie był w Europie. To dla niego całkiem nowa rzeczywistość. Tak jak zapewne dla tych wszystkich ludzi, którzy ewakuowali się z Kabulu. To dla nich całkiem nowe zasady, nowa kultura. Nie wiem, gdzie odesłali ludzi, którzy zostali. Czy są w obozach, czy dawali im zasiłki. Nas przepuścili dlatego, że jestem z Polski i mówili „Okey, jedźcie”. Pozostałych zatrzymali, bo te osoby nie znały języka, a też nie miały żadnych kontaktów w Czechach. Będziemy mieszkać w Radomiu. Zobaczymy co będzie później.

Kabul, Afganistan
Kabul, Afganistan / Fot.: Monika Szczygielska

Panie Hadi, jakie są Pana wrażenia z tej ucieczki, podróży i pierwszych chwili w Polsce?

- Cały czas obawiałem się o swoje życie, że talibowie mogą w każdej chwili wejść do domu i zabrać moja żonę, a mnie zabić. W takim wypadku, nie mógłbym nic zrobić, bo talibowie są dzicy i nie można z nimi negocjować. Ciągle miałem wahania nastroju. Kiedy słyszałem pozytywne newsy, miałem nadzieję, że jakoś to będzie. Kiedy były to informacje negatywne, czułem się jakbym już był martwy.

Kiedy zobaczyłem, co się działo na lotnisku, zrozumiałem, że talibowie się nie zmienią i zawsze będą dzicy i niebezpieczni. Nie ma żadnej nadziei i wiary w to, że spełnia swoje obietnice zachowania praw człowieka i w miarę normalnego funkcjonowania kraju.

Pomimo tego, że ja jestem już bezpieczny w Polsce, cały czas myślę o tych, którzy pozostali w Afganistanie i co się z nimi stanie. Ciągle martwię się o rodziców i rodzeństwo, czy uda im się wydostać z kraju, zanim talibowie pokażą swoja prawdziwą twarz. Za każdym razem, kiedy widzę w Internecie filmy z wystrzałów na ulicach, zastanawiam się ile osób tym razem zginęło, ile zostało porwanych przez talibów. Nawet jeśli wprowadziliby najlepsze prawa i rządy, nigdy więcej nie chcę widzieć talibów.

To dopiero mój drugi dzień w Polsce, więc nie mogę wiele powiedzieć jak się tu czuję, ale wiem, że tu nikt mnie nie zastrzeli, nikt nie będzie zastraszał. Kiedy zobaczyłem, jak przyjęli mnie najpierw Czesi, a potem rodzina żony, poczułem ulgę i radość. Wreszcie zobaczyłem, co znaczy prawdziwe człowieczeństwo.

Dziękuję Państwu za rozmowę.

Europa i świat

Europa i świat - najnowsze informacje