W Wieliczce i okolicach dziki zrobiły karierę, której nikt im nie planował. Są przy domach, w ogródkach, parkach, na drogach, na rondach i w rejonie autostrady A4. Po niedawnym incydencie w Zabierzowie Bocheńskim, gdzie kobieta musiała uciekać przed dzikami na drzewo, powiat i gmina zaczęły publicznie przerzucać się odpowiedzialnością. W tle są przepisy, ASF, pieniądze, lokalna polityka i mieszkańcy, którzy coraz częściej pytają: kto ma w końcu coś z tym zrobić?
Chodzą po ogródkach, zaglądają do śmietników, pojawiają się w parkach, przy rondach i w rejonie dróg. Mieszkańcy Wieliczki i okolic coraz częściej dokumentują ich obecność zdjęciami i filmami, a po incydencie w Zabierzowie Bocheńskim emocje znów wystrzeliły. Tyle że zamiast wspólnego planu działania, jak rozwiązać nadmiar dzików w mieście, mamy spór starostwa z gminą. W tle są polityczne animozje, przepisy i bardzo konkretne pieniądze, których nikt nie chce wziąć na siebie.
Dziki weszły do miasta. A miasto nie bardzo wie, co z tym zrobić
Na zdjęciach publikowanych przez mieszkańców widać już nie pojedynczego dzika, który zabłąkał się gdzieś na obrzeżach. Jest dzik przy śmietniku obok domu. Jest dzik spacerujący po ogródku. Są dziki w parku, biegnące wzdłuż A4, pojawiające się przy rondzie i w miejscach, w których ludzie jeszcze niedawno spodziewali się raczej kuriera, sąsiada albo psa na smyczy, a nie dzikiej zwierzyny.
W mediach społecznościowych mieszkańcy ostrzegają się wzajemnie, gdzie widzieli zwierzęta. Działa nawet grupa „DZIKI — Wieliczka i okolice”, która w praktyce stała się lokalnym monitoringiem problemu. Jedni wrzucają zdjęcia z obawą, inni z ironią, jeszcze inni z pretensją do wszystkich możliwych instytucji naraz.
I trudno się dziwić. Dzik pod blokiem albo przy śmietniku nie jest już przyrodniczą ciekawostką. To pytanie o bezpieczeństwo, szkody w ogrodach, ryzyko na drogach i o to, kto właściwie ma nad tym zapanować.
Kobieta uciekła na drzewo. To dolało paliwa do sporu
Nową falę emocji wywołał incydent w Zabierzowie Bocheńskim. 10 maja 2026 roku o godz. 15:52 strażacy z OSP Zabierzów Bocheński zostali zadysponowani do kobiety, która podczas ucieczki przed dzikami schroniła się na drzewie. Na pomoc ruszyły az dwie jednostki: OSP Zabierzów Bocheński i JRG Wieliczka. Jak przekazali druhowie, po szybkim odnalezieniu osoby i przepłoszeniu zwierzyny sytuacja została opanowana. Kobieta nie wymagała pomocy medycznej.
Takie zdarzenie działa na wyobraźnię. Bo choć dziki co do zasady nie polują na ludzi i zwykle unikają bezpośredniego kontaktu, to spotkanie z lochą prowadzącą młode może skończyć się groźnie. Zwierzę broni potomstwa, człowiek wpada w panikę, a potem cała historia żyje własnym życiem w lokalnej dyskusji.
W Wieliczce ta historia szybko trafiła na podatny grunt. Bo problem dzików narasta od dawna, a konflikt między instytucjami tylko go zaostrza.

Starostwo mówi: Gmina. Gmina mówi: państwo i starosta
Starostwo Powiatowe w Wieliczce opublikowało komunikat w którym przypomniało, że Sejmik Województwa Małopolskiego wyraził zgodę na ograniczenie populacji dzików na terenie gminy Wieliczka. Chodzi o 150 zwierzat do odstrzału. Z wnioskiem o to wystąpił burmistrz Wieliczki.
Według Starostwa za wykonanie tych działań odpowiada Gmina i własnie burmistrz. To burmistrz ma wskazać podmiot, który przeprowadzi odłów wraz z uśmierceniem albo odstrzał dzików. Powiat podkreśla też, że za bezpieczeństwo mieszkańców na terenie gminy odpowiada samorząd gminny, a starosta może działać w szczególnych przypadkach.
Gmina odpowiedziała ostro. W stanowisku opublikowanym z grafiką „Dziki w gminie Wieliczka. Manipulacja czy niezrozumienie prawa?” zarzuciła Powiatowi niebezpieczne uproszczenie i przerzucanie odpowiedzialności. Magistrat podkreśla, że dziki jako zwierzyna łowna w stanie wolnym są własnością Skarbu Państwa, a gospodarka populacją dzików należy do systemu łowieckiego i administracji rządowej. W tej logice gmina może przyjmować informacje, dokumentować sprawy i współpracować, ale nie powinna finansować z lokalnego budżetu obowiązków państwa.
W skrócie: Powiat pokazuje palcem na Gminę, Gmina pokazuje palcem na starostę i państwo. A mieszkańcy pokazują zdjęcia dzików przy śmietnikach.
W tle polityka i pieniądze
Ten spór nie toczy się w próżni. Starostwo i miasto są kojarzone z różnymi obozami politycznymi, a lokalne animozje nie pomagają w spokojnym ustaleniu, kto za co odpowiada. Gdyby chodziło wyłącznie o podpisanie wspólnego komunikatu, pewnie byłoby łatwiej. Ale tu chodzi o decyzje, procedury, odpowiedzialność i koszty.
A koszty mogą być duże. W komentarzach mieszkańcy zwracają uwagę, że odłów, uśmiercenie, badania, transport i utylizacja dzików to nie są symboliczne kwoty. Padają przykłady stawek liczonych w tysiącach złotych za sztukę. Przy liczbach 150 albo 200 dzików zaczyna się więc rozmowa nie o drobnej interwencji, ale o setkach tysięcy złotych.
I tu leży sedno konfliktu. Bo dopóki można mówić o bezpieczeństwie mieszkańców, wszyscy są za. Gdy pojawia się pytanie, kto ma podpisać umowę i zapłacić fakturę, zaczyna się prawdziwa awantura kompetencyjna.
Radny Konfederacji pyta starostę o redukcję
Do sporu dołączył także radny Dominik Mikuła z Konfederacji. Radny poinformował, że wystosował do starosty wielickiego apel o pilne zintensyfikowanie działań odstraszających i redukujących pogłowie dzików. Pyta również o efekty zapowiadanej do 31 marca 2026 roku redukcji 200 sztuk oraz o planowane działania, które mają przywrócić bezpieczeństwo mieszkańców i ich zwierząt gospodarskich oraz domowych.
Jak zaznaczył, to jego kolejne działanie w tej sprawie. Pod koniec kwietnia skierował interpelację do burmistrza Wieliczki. Oczekuje odpowiedzi, ale — jak sam podkreśla — jeszcze bardziej oczekuje skutecznej współpracy samorządów i instytucji.
Mieszkańcy też nie są bez winy
W tej historii łatwo wskazać winnych „na górze”: starostwo, gminę, sejmik, państwo, koła łowieckie, przepisy. Tyle że część odpowiedzialności jest też dużo bliżej — przy śmietnikach, kompostownikach i codziennych nawykach mieszkańców.
Dziki nie przychodzą pod domy dlatego, że podoba im się architektura nowych osiedli. Przychodzą tam, gdzie znajdują jedzenie. Niezabezpieczone odpady, resztki wyrzucane obok pojemników, otwarte kompostowniki to gotowe zaproszenie. Jeśli dzik raz znajdzie łatwy posiłek, zapamięta trasę. Jeśli znajdzie go drugi raz, uzna to miejsce za stały punkt na mapie.
Do tego dochodzi zabudowa. W komentarzach mieszkańcy słusznie pytają, gdzie mają podziać się zwierzęta, jeśli dawne łąki, zagajniki i przejścia migracyjne zamieniają się w kolejne osiedla. Wieliczka i jej okolice od lat intensywnie się zabudowują. Dla ludzi to nowe mieszkania. Dla zwierząt — utrata terenu, po którym wcześniej się przemieszczały.
Dlatego prawda jest niewygodna dla wszystkich. Instytucje przerzucają się odpowiedzialnością, ale mieszkańcy też często tworzą warunki, w których dziki czują się w mieście coraz pewniej.
Dziki są sprytne. I już wiedzą, że miasto się opłaca
Dziki są inteligentne, ostrożne i szybko się uczą. Jeśli w mieście mają jedzenie, mniej naturalnych wrogów i sporo zielonych enklaw, potrafią się do tego świetnie przystosować. Dla części z nich miasto nie jest już przypadkowym przystankiem, ale środowiskiem, w którym funkcjonują na co dzień.
To dlatego sam odstrzał albo odłów może nie rozwiązać problemu, jeśli nie zmieni się to, co dziki przyciąga. W miejsce usuniętych osobników mogą przyjść kolejne, jeśli nadal będą miały dostęp do pożywienia. Bez zabezpieczenia śmietników, bez konsekwentnej edukacji i bez kontroli miejsc, w których zwierzęta regularnie żerują, problem będzie wracał.
Z drugiej strony nie można udawać, że wystarczy apelować do mieszkańców o rozsądek. Dziki przy ruchliwych drogach, przy rondach, na osiedlach i w parkach to realne ryzyko. Tu potrzebne są decyzje, a nie tylko dobre rady.
ASF dodatkowo komplikuje sprawę
W tle jest jeszcze ASF, czyli afrykański pomór świń. Choroba nie jest groźna dla ludzi, ale jest bardzo poważnym zagrożeniem dla dzików i trzody chlewnej. Z tego powodu sprawy nie da się sprowadzić do prostego pomysłu: złapać dziki i wywieźć gdzieś dalej.
Przemieszczanie zwierząt, odłów, uśmiercanie, badania i utylizacja muszą odbywać się zgodnie z procedurami. W praktycje każdy odłowiony dzik powinien byc poddany eutanazji. To zwiększa koszty i odpowiedzialność. A skoro zwiększa koszty i odpowiedzialność, to nic dziwnego, że każda ze stron bardzo uważnie czyta przepisy i próbuje wykazać, że rachunek powinien trafić gdzie indziej.
Wieliczka potrzebuje nie kolejnej odsłony wojny na komunikaty, ale uczciwego powiedzenia, ile problem będzie kosztował, kto ma za co odpowiadać i co realnie da się zrobić. Bo dziś wygląda to tak, że dziki weszły w miejską przestrzeń szybciej, niż urzędy zdążyły ustalić, kto ma za nie zapłacić.



















