Przed referendum w Krakowie trwa wojna w mediach społecznościowych. Demagog opisał siatkę kont, które mają zniechęcać mieszkańców do udziału w głosowaniu. W tle są też zarzuty drugiej strony dotyczące finansowania kampanii referendalnej.
Kampania przed referendum w Krakowie wchodzi w ostatnią fazę i coraz wyraźniej widać, że ważnym polem walki stały się media społecznościowe, gdzie obie strony próbują mobilizować własnych zwolenników do udziału w głosowaniu — albo, przeciwnie, zniechęcać ich do tego.
Na ten wymiar kampanii zwrócił uwagę serwis Demagog, który opublikował analizę dotyczącą aktywności grupy facebookowych profili zaangażowanych w dyskusję o krakowskim referendum. Jak wskazują autorzy analizy, w mediach społecznościowych trwa skoordynowana akcja zniechęcania wyborców do udziału w referendum. Według Demagoga w kampanii tej uczestniczy nie tylko znany profil SokzBuraka, sympatyzujący z prezydentem i Koalicją Obywatelską, ale także szersza grupa kont, m.in. „Solidarni z WOŚP”, „Solidarni z Donaldem Tuskiem”, „Solidarni z TVN – fan club obywatelski”, „Nie oglądam Polsatu” oraz „Emeryci, Renciści i Pacjenci”.
Stawka jest prosta: frekwencja
W przypadku referendum odwoławczego kluczowa jest nie tylko odpowiedź na pytanie, czy wyborcy chcą odwołania władz miasta, ale także to, ilu mieszkańców weźmie udział w głosowaniu. Dlatego strategia wzywania do bojkotu ma uzasadnienie polityczne. Jeżeli frekwencja będzie zbyt niska, referendum nie przyniesie skutku, nawet jeśli większość głosujących opowie się za odwołaniem prezydenta lub/i rady.
Demagog przypomina, że inicjatorzy referendum zebrali pod wnioskiem 134 tys. podpisów, ale do ważności głosowania potrzeba udziału co najmniej 158 tys. osób w przypadku referendum dotyczącego prezydenta. W przypadku Rady Miasta Krakowa próg jest wyższy i wynosi 179 792 głosujących.
Zwolennicy odwołania prezydenta i rady mobilizują mieszkańców do udziału w głosowaniu. Z kolei Aleksander Miszalski i jego polityczni sojusznicy przyjęli strategię odwrotną — zachęcają sympatyków prezydenta, aby w dniu referendum zostali w domu. Aleksander Miszalski w jednym z wystapień wprost apelował do swoich zwolenników o niebranie udziału w głosowaniu.
Demagog: te same narracje, podobne wpisy, szybkie publikacje
Według Demagoga wokół referendum pojawiła się grupa profili, które powielają podobne narracje. Jedna z nich dotyczy rzekomego planu przejęcia Krakowa przez prawicę, Grzegorza Brauna, Konfederację lub Łukasza Gibałę, głównego kontrkandydata Aleksandra Miszalskiego w wyborach samorządowych w 2024 roku. W analizie wskazano przykłady wpisów publikowanych na kilku kontach w krótkich odstępach czasu.
Demagog zwraca też uwagę, że to nie pierwszy raz, gdy podobna grupa profili angażuje się w krakowską politykę. Dwa lata temu te same lub podobne konta miały rozpowszechniać materiał krytyczny wobec Łukasza Gibały tuż przed ciszą wyborczą.
Manipulacja wokół podpisów
Najmocniejszym elementem analizy jest wątek podpisów zebranych pod wnioskiem referendalnym. Demagog opisuje, że w mediach społecznościowych promowano narrację, jakoby jedna trzecia podpisów miała być celowo sfałszowana, a na listach miały masowo pojawiać się nazwiska osób zmarłych.
Według Demagoga takie przedstawienie sprawy było manipulacją. Wątpliwości rzeczywiście dotyczyły 28 proc. podpisów, ale przede wszystkim z powodów formalnych: braku praw wyborczych osoby podpisującej, błędów w adresie albo numerze PESEL. Nie przesądza to automatycznie o celowym fałszerstwie. Nazwiska osób zmarłych także się pojawiły, ale było ich tylko 48.
Druga strona medalu: pytania o pieniądze
Obraz kampanii nie byłby jednak pełny bez drugiej strony sporu. Przedstawiciele Koalicji Obywatelskiej od tygodni pytają o finansowanie akcji referendalnej. Jak informował Głos24 parlamentarzyści KO złożyli w tej sprawie pismo do komisarza wyborczego i sugerowali, że skala kampanii — plakaty, billboardy czy gazety — budzi pytania o źródła pieniędzy.
W wypowiedziach polityków KO pojawiały się również sugestie dotyczące możliwych powiązań ze środowiskiem kryptowalutowym. Dopytywani o dowody potwierdzające te sugestie politycy KO ich nie przedstawili. Nie złożyli też na tym etapie zawiadomienia o możliwości popełnienia przestępstwa.
Inicjatorzy referendum odpierają te zarzuty. Jan Hoffman, jeden z inicjatorów referendum, potwierdził, że komitet korzystał ze wsparcia stowarzyszenia Kraków dla Mieszkańców, założonego przez Łukasza Gibałę. Tłumaczył, że środowiska te mają wspólny cel, a po zakończeniu kampanii komitet opublikuje wymagane prawem sprawozdanie finansowe.

Kampania na ostatniej prostej
Referendum w Krakowie stało się więc nie tylko lokalnym głosowaniem nad przyszłością władz miasta, ale także przykładem tego, jak współczesne kampanie przenoszą się do internetu. W tej sytuacji najważniejsze dla mieszkańców jest oddzielenie faktów od politycznej gry. Sam udział w referendum albo jego bojkot pozostają decyzją każdego wyborcy. Problem zaczyna się wtedy, gdy kampania zamiast na argumentach opiera się na strachu, niedopowiedzeniach i przekazach, których źródła oraz skala działania nie są dla odbiorców jasne.
W ostatnich dniach przed głosowaniem można się spodziewać, że emocje jeszcze wzrosną. Ostateczna decyzja zapadnie 24 maja. Im bliżej tej daty, tym większe znaczenie będzie miała nie tylko sama treść komunikatów, ale także to, kto je rozpowszechnia, w jakim celu i czy mieszkańcy dostają pełny obraz sprawy. Referendum odbędzie się w niedzielę, w godzinach od 7.00 do 21.00.




















