środa, 2 lutego 2022 08:38

Sześć osób, sześć różnych historii, jeden wybór. Dziś ich święto

Autor Mirosław Haładyj
Sześć osób, sześć różnych historii, jeden wybór. Dziś ich święto

Sześć osób osób konsekrowanych (trzy zakonnice i trzech zakonników) z sześciu różnych zakonów w Małopolsce. I zestaw takich samych sześciu pytań, m. in. o podjęcie decyzji wstąpienia do zakonu, reakcję rodziny, wybór zgromadzenia… To wszystko z okazji Dnia Życia Konsekrowanego, które obchodzone jest w Kościele 2 lutego.

W Polsce żyje ok. 32 tys. osób konsekrowanych – wśród nich zakonnicy, siostry zakonne ze zgromadzeń czynnych i kontemplacyjnych, a także osoby skupione w instytutach, stowarzyszeniach i wspólnotach świeckich oraz dziewice i wdowy konsekrowane, a także pustelnicy. W Polsce jest około 18 tysięcy sióstr zakonnych należących do 105 zgromadzeń czynnych. Zakony męskie skupiają 11 942 zakonników, wśród których jest 9302 kapłanów i 1313 braci. Natomiast w zakonach kontemplacyjnych żyje 1281 sióstr. Około 1150 osób należy do instytutów i wspólnot życia konsekrowanego. W Polsce jest też 267 dziewic konsekrowanych, 305 wdów i 2 wdowców oraz 2 pustelnice i 1 pustelnik.

Dzień Życia Konsekrowanego Kościół powszechny obchodzi od 1997 roku. Został on ustanowiony przez św. Jana Pawła II i jest poświęcony modlitwie za osoby, które oddały swoje życie na służbę Bogu i ludziom.

Sześć osób, sześć różnych historii, jeden wybór

Z okazji Dnia Życia Konsekrowanego postanowiliśmy zaprosić do rozmowy sześć osób konsekrowanych (trzy zakonnice i trzech zakonników) z sześciu różnych zakonów w Małopolsce. Zadaliśmy im te same sześć pytań – o decyzję wstąpienia do zakonu, reakcję rodziny, wybór zgromadzenia... Jednak odpowiedzi które usłyszeliśmy były zupełnie różne, choć ich mianownik jest wspólny – Bóg. Jak wyglądała droga do niego naszych bohaterów i bohaterek? O tym opowiadają już sami.

Siostra Judyta Lisek: "Szczęście w życiu zakonnym jest jak samochód"

Siostra Judyta Lisek/Fot.: Archiwum prywatne
Siostra Judyta Lisek /Fot.: archiwum prywatne

Siostra Judyta należy do Zgromadzenia Sióstr Najświętszej Duszy Chrystusa Pana. To żeńskie zgromadzenie zakonne zostało założone w 1923 przez Zofię Tajber. Dom generalny zakonu mieści się w Krakowie na Prądniku Białym (była to zarazem pierwsza placówka zgromadzenia). Misją sióstr jest szerzenie kultu Najświętszej Duszy Jezusa oraz troska o ludzkie dusze.

Dlaczego zdecydowała się Siostra wstąpić do zakonu?
– Po czasie rozważań, rozmyślań i odczytywania znaków odkryłam, że moje miejsce jest w Zgromadzeniu. Na początku było to bardzo podobne do uczucia zakochania – wszystko mnie zachwycało na tej drodze: mieszkanie z Bogiem pod jednym dachem, klimat modlitwy, wspólnota oraz doświadczenie realnej akceptacji w środowisku tworzonym przez osoby o podobnej hierarchii wartości... No i jeszcze taki " bonus" – w końcu miałam siostry (śmiech).

Rodzina nie próbowała Siostry odwieść od tej decyzji?
– Próbowała, ale jak widać nieskutecznie (śmiech).

Dlaczego wybrała Siostra akurat takie zgromadzenie?
– Okazało się, że podjęcie decyzji o życiu zakonnym to jeszcze nic! Schody zaczęły się w momencie, w którym miał nastąpić wybór rodziny zakonnej. Na szczęście Bóg nie kazał mi długo szukać i błyskawicznie wręcz odpowiedział na moją modlitwę – prośbę o wskazanie miejsca, w którym chce mnie mieć. Następnego dnia dostałam zaproszenie na rekolekcje... Życie zakonne nigdy mnie nie przerażało, raczej ciekawiło, zachwycało swoją tajemniczością...

Każdy z nas czasem żałuje podjętych decyzji, obrania tej, a nie innej ścieżki. Nie miała Siostra kryzysów?
– Czasem mam wrażenie, że KRYZYS to moje drugie imię (śmiech). A tak na poważnie tu trzeba rozróżnić, bo kryzys to jedno, a żal to coś zupełnie innego. Jeśli czegoś żałuję, to jedynie tego, że nie zawsze żyje tak, jak powinnam, że nie zawsze jestem siostrą na 100%, że nie zawsze pozwalam Jezusowi swobodnie żyć i działać w mojej duszy. A to właśnie prowadzi do kryzysu, czyli do momentu, w którym zawsze na nowo uświadamiam sobie, kim jestem i czego chcę. Najtrudniejsze jest dla mnie oczekiwanie na wewnętrzną zgodę ze sobą... Druga kwestia, która jest bardzo ściśle związana z każdym wyborem, to poczucie straty. Kiedy podejmujesz decyzję konkretnego wyboru, automatycznie rezygnujesz z czegoś innego. I to jest normalna kolej rzeczy: nie możemy mieć wszystkiego jednocześnie... Czasami tajemnica szczęścia leży w zgodzie na stratę. Osobiście wolę koncentrować się na tym, co mam, a nie na tym, czego nie mam.

Co powiedziałaby Siostra osobie, która rozważa życie konsekrowane?
– Chyba najpierw spytałabym ją, nad czym się zastanawia i moja odpowiedź zależałaby od jej odpowiedzi. Bo najczęściej spotykam się z pewnego rodzaju niepewnością ze strony ludzi młodych, z lękiem, z pytaniem: "czy sobie poradzę?". Wydaje mi się że szczęście w życiu zakonnym jest jak samochód, który jedzie, bo ma cztery koła. W zakonie są nimi: modlitwa (relacja z Bogiem), wspólnota, wierność powołaniu i motywacja. Bez tego życie zakonne nie będzie przygodą, do której Bóg Cię zaprasza, ale pełną obaw katastrofą lub nudnym postojem...

A co powiedziałaby Siostra sobie sprzed lat?
– No cóż, myślę, że przede wszystkim pogratulowałabym sobie wolności, otwartości i odwagi. Myślę, że to właśnie te trzy wartości pozwoliły mi przeżyć tak wiele pięknych lat, dojrzeć i dojść do tego miejsca w życiu duchowym, w którym jestem teraz. To dobry kierunek i cieszę się, że kiedyś postawiłam pierwszy, drugi i każdy kolejny krok...

Ojciec Andrzej Zając: "Byłem wściekły, kiedy nie zostałem przyjęty do szkoły teatralnej, że mi nie pomógł"

O. Andrzej Zając/ Fot. archiwum prywatne

O. Andrzej Zając należy do zgromadzenia franciszkanów konwentualnych. Urodził się w Konstancinie-Jeziornie, wychowywał w Górze Kalwarii i w Jaśle, gdzie ukończył liceum i szkołę muzyczną I stopnia w klasie skrzypiec. Studiował w Krakowie i w Rzymie. Doktor nauk teologicznych ze specjalizacją z duchowości franciszkańskiej, autor wielu artykułów naukowych z pogranicza franciszkanizmu i lingwistyki. Rekolekcjonista, nauczyciel akademicki w Krakowie i w Rzymie, tłumacz, poeta, fotografik. Jest dyrektorem Wydawnictwa Franciszkanów Bratni Zew i dyrektorem Instytutu Studiów Franciszkańskich.

Dlaczego zdecydował się Ojciec wstąpić do zakonu?
– Przyszło jakieś światło z góry i wszystko stało się jasne. Miałem doświadczenie obecności Boga w moim życiu, rozmawiałem z Nim, kłóciłem się. Byłem wściekły, kiedy nie zostałem przyjęty do szkoły teatralnej, że mi nie pomógł. Pamiętam dobrze, jak poszedłem do katedry warszawskiej i tam w dość żywej modlitwie wyrzuciłem z siebie cały mój żal do Niego. Jednak ciąg różnych zdarzeń przekonał mnie, że to nie koniec świata. Doświadczenie słowa Bożego na Eucharystii ukazało mi nagle zupełnie nową perspektywę. Znałem dobrze niektórych franciszkanów z Jasła, których podziwiałem, bo dla nas młodych mieli czas, byli otwarci, radośni, zadowoleni, przyjaźni. To tworzyło jakieś tło, ale tak naprawdę to był moment. Zrozumiałem, że Bóg mnie zaprasza do czegoś zupełnie nieoczekiwanego. Zaproszenie po prostu przyjąłem.

Rodzina nie próbowała Ojca odwieść od tej decyzji?
– Nie. Raczej patrzyli ze zdziwieniem, a może i jakąś obawą, bo przecież znali mnie dobrze. Jednak sami naprawdę wierzący i ufający Bogu chyba uwierzyli, że to jakiś nowy cud w ich domu.

Dlaczego wybrał Ojciec akurat to zgromadzenie?
– Zakon franciszkanów był mi bliski. W Jaśle byłem w parafii franciszkańskiej, tam byli naprawdę cudowni bracia, ich postawa zachęcała. Inny wątek to fascynacja św. Maksymilianem. Po jego kanonizacji w 1982 roku zacząłem szukać informacji o nim, czytałem, co się dało. Wrażenie robiło na mnie nie tyle jego męczeństwo w obozie Auschwitz, ile jego życie, szerokie horyzonty, rozległa wiedza i zainteresowania, no i ten jego entuzjazm w działaniu.

Każdy z nas czasem żałuje podjętych decyzji, obrania tej, a nie innej ścieżki. Nie miał Ojciec kryzysów?
– Pewnie, że miałem. Miewam. Lepiej się do tego przyznać, wtedy szybciej wychodzi się na prostą. Nigdy jednak nie żałowałem podjętej decyzji, bo nigdy też nie miałem wątpliwości, że to moja droga. Kryzysy nie są problemem, bo, kiedy człowiek daje się poprowadzić Bogu, wychodzi z nich mocniejszy, no i mądrzejszy, a przy tym ma więcej empatii dla innych, bo sam wie, że nie jest łatwo.

Co jest największym wyzwaniem w byciu osobą konsekrowaną w XXI wieku?
– Wiara. Jak się wierzy, to się wie, co robić. Przy czym nie należy mylić wiary ze złożonymi rękami czy prostym akceptowaniem istnienia jakiegoś Absolutu. Wiara to przylgnięcie do Boga i robienie tego, czego On chce, choćby było to trudne, a czasem niezrozumiałe. Osoba konsekrowana ma być znakiem innego świata, innych wartości i po prostu duchowości, której i tak każdy człowiek, bardziej czy mniej świadomie, poszukuje. Przez nas Bóg chce ukazywać, że On przemienia słabego człowieka i wydobywa z niego piękno, które mówi o Nim. Bo On jest piękny!... Ponadto jednym z poważniejszych wyzwań osób konsekrowanych, ale i całego Kościoła, jest dzisiaj język. Co my mówimy o Bogu? Jak mówimy o Nim? Tu na pewno jest wiele do zrobienia.

Co powiedziałby Ojciec osobie, która rozważa życie konsekrowane?
– Nie bój się! Jeśli Bóg cię zaprasza, podtrzyma cię i poprowadzi. Żyje się tylko raz. Wydaje ci się to szalone? Zdobądź się na szaleństwo!

A co powiedziałby Ojciec samemu sobie sprzed lat?
– To już ponad 33 lata. Byłem młody i głupi? No chyba nie aż taki głupi, skoro podjąłem mądrą decyzję. Co bym powiedział? Przypomina się Jeremiasz: "Uwiodłeś mnie, Panie, a ja pozwoliłem się uwieść" (Jr 20,7). Dobrze zrobiłeś! Uśmiechnąłbym się i niczym ojciec do syna powiedziałbym: Jestem z ciebie dumny.

Ojciec Leszek Stańczewski: "Prywatnie miałem zupełnie inny pomysł na życie"

W Czernej znajduje się konwent pw. św. Eliasza proroka, gdzie opiekę nad tamtejszym Sanktuarium Matki Bożej Szkaplerznej i św. Rafała Kalinowskiego sprawują ojcowie i bracia karmelici bosi. Gdy w 2020 r. redakcja Głosu24 nagrywała reportaż w Czernej, przeorem klasztoru był pochodzący z Bochni o. Leszek Stańczewski OCD. Obecnie pełni on tę funkcję w Sanktuarium św. Józefa w Wadowicach.

O. Leszek Stańczewski /Fot.: Głos24

Dlaczego zdecydował się Ojciec wstąpić do zakonu?
– Było to tylko i wyłącznie Boże wezwanie. W młodości co prawda chodziłem do kościoła w niedziele, zresztą jak wszyscy. Nawet modliłem się codziennie, ale prywatnie miałem zupełnie inny pomysł na życie. Od 6 klasy szkoły podstawowej już doskonale wiedziałem, kim w życiu będę. Będę… marynarzem. Mimo że mieszkałem w Bochni, 700 km od morza, niczemu to nie przeszkadzało. Konsekwentnie realizowałem swoje marzenia. Przeczytałem wszystkie książki na temat morza, bitew i wojen morskich, słynnych statków i pływania, jakie były w miejskiej bibliotece w Bochni. Prenumerowałem czasopismo „Morze”. W liceum zrobiłem kurs żeglarski na jeziorze Rożnowskim. Potem działałem, a w końcu zostałem przewodniczącym organizacji „Liga Morska”, która działała w naszej szkole. Po maturze pojechałem oczywiście do Trójmiasta, aby zdawać egzaminy do Wyższej Szkoły Morskiej w Gdyni (obecnie Akademia Morska). I… egzaminy oblałem. Była to mała katastrofa mojego życia i niezła depresja. Ale się nie poddałem. Aby nie pójść do wojska (obowiązywała wtedy jeszcze Zasadnicza Służba Wojskowa) i nie tracić czasu, rozpocząłem naukę w Policealnym Studium Zawodowym Budowy Okrętów w Gdańsku Wrzeszczu. By oczywiście za rok zdawać na nowo do WSM-ki. Chodziłem też prywatnie na lekcje matematyki i fizyki do profesora ze szkoły morskiej, ale czas oddalenia od rodzinnego domu, całkowita wolność, zupełnie inne środowisko wielkiego miasta spowodowały, że spojrzałem zupełnie inaczej na sprawy mojego życia i życiowych wyborów. Zaowocowało to wszystko w pewnym momencie olśnieniem, nazwijmy to, nawróceniem, realnym spotkaniem z Kimś, o którym tylko przeczuwałem, że Jest. I ten Wielki Ktoś zapraszał mnie do swojej służby, do pójścia za Nim. Ale co to znaczy mu służyć i pójść za Nim? Akurat wtedy kolega z Policealnego Studium zaangażowany w Oazę zaprosił mnie na oazowe spotkanie. Zobaczyłem zupełnie innych ludzi, roześmianych, dziwnie szczęśliwych, płonących jakimś wewnętrznym światłem, choć na zewnątrz panował dalej szary, smutny i upadający komunizm. Działali w Kościele i służyli innym, jak kto umiał. Też tak chciałem, być takim, jak oni, służyć i robić coś dla Boga i ludzi, tylko jeszcze bardziej radykalnie. Pojechaliśmy razem z nowo utworzoną grupą oazową na wakacyjne rekolekcje, które zupełnie zmieniły mnie wewnętrznie. Zdałem co prawda po roku egzaminy do szkoły morskiej, ale wiedziałem już, że to absolutnie nie moje powołanie. Byłem bardzo rozdarty w tamtym czasie. Potrzebowałem spokoju, by w głowie poukładać sobie to wszystko. Poszedłem na urlop dziekański. Potem, już po rezygnacji ze studiów pracowałem jeszcze to w szpitalu w Gdyni jako salowy, potem w tatrzańskim schronisku jako facet od wszystkiego, poszukując drogi, by wreszcie odnaleźć ją w Karmelu.

Rodzina nie próbowała Ojca odwieść od tej decyzji?
– Po rezygnacji ze szkoły morskiej moi kochani rodzice byli wściekli. Zresztą cała rodzina. Co ci człowieku odbiło? No przecież chciałeś być marynarzem? Tyle pieniędzy poszło, żebyś mógł zrealizować swoje marzenia? A ty co? Może skończ szkołę, a potem zdecydujesz? Trzeba było się zmierzyć z takimi pytaniami, ale, kiedy mówiłem o Bogu i nawróceniu, nie rozumieli, myśląc, że wstąpiłem do jakiejś sekty. Nie było łatwo. Miałem ogromne wyrzuty sumienia, że cierpią przeze mnie, ale też wiedziałem, że nie zrezygnuję z tej drogi. Nikomu nie życzę takiego rozdarcia. Chodziło im też o to, bym wreszcie się ustatkował i zabrał poważnie za życie, a nie miotał bez sensu z kąta w kąt od Bałtyku, aż do Tatr, bo tak to z ich perspektywy pewnie wyglądało. Kiedy wstąpiłem, nie bardzo pewnie wierzyli, że tam wytrwam dłużej niż kilka miesięcy, bo ostatni okres mego życia wcale moich kochanych rodziców nie napawał optymizmem. Ale ja wiedziałem, że zostanę.

Dlaczego wybrał Ojciec akurat to zgromadzenie?
– Po nawróceniu szukałem możliwości realizacji swego powołania. Nie wiedziałem, co to konkretnie znaczy, choć czułem, że to chyba chodzi o wstąpienie do jakiegoś zakonu. Znałem franciszkanów konwentualnych, którzy zajmowali się naszą wspólnotą oazową w Gdyni, jeździłem na Franciszkańskie Spotkania Młodych do Kalwarii Pacławskiej. Byłem kilka dni u Małych Braci Karola de Foucald w Truskawiu. Spędziłem tydzień u Kamedułów na Bielanach w Krakowie, ale to nie było to. O karmelu przesądziły dwie sprawy. Pierwsza, iż moim animatorem był człowiek, który był w postulacie u karmelitów. Opowiadał o zakonie i zachęcił mnie, bym pojechał na rekolekcje powołaniowe do Czernej. Zabrał mnie też do sióstr Karmelitanek Bosych do Gdyni. I tam, po drugie, jedna z sióstr powiedziała mi, iż mam powołanie do zakonu, a ona będzie się modlić, bym wybrał Karmel. Pojechałem też w końcu na te rekolekcje do Czernej. Zrobiły na mnie wielkie wrażenie. Była na nich ponad setka młodych ludzi poszukujących, tak jak ja, swojej życiowej drogi (tak liczne wtedy były „powołaniówki”). Mieliśmy też spotkanie z nowicjuszami. Młode, roześmiane, wesołe chłopaki, które z humorem opowiadały o życiu w nowicjacie w Czernej. To będzie to. Decyzja zapadła. I pod koniec lipca 1991 r. rozpocząłem postulat w Czernej.

Każdy z nas czasem żałuje podjętych decyzji, obrania tej, a nie innej ścieżki. Nie miał Ojciec kryzysów?
– Kryzysów było wiele. Pierwszy był pod koniec nowicjatu, kiedy stwierdziłem, już po napisaniu prośby o śluby, że to wszystko nie ma najmniejszego sensu, że przecież są inne możliwości służby Bożej, a nie zamykanie się w jakimś zakonie, że potrzebuję więcej czasu na rozeznanie, itp. Na szczęście rozmowa ze współbratem, który kiedyś popełnił ten sam błąd i po kilku latach wrócił do zakonu oraz ponownie zaliczał nowicjat, pozwoliła wycofać się z tego zamiaru. Podobnie było na studiach teologicznych. W trakcie trzeciego roku, który był bardzo ciężki dla mnie, stwierdziłem, że trzeba chyba odejść i przemyśleć wszystko na nowo, ale właśnie ze „świata” po kilku latach przerwy wracał kleryk, który też wystąpił na trzecim roku i właśnie „wskakiwał” na nasz kurs. Robił trzeci rok z nami i zaliczał nowicjat równocześnie, więc skoro on i tak wrócił, to stwierdziłem, że chyba nie ma sensu przerywać, by tracić czas. Pomyślałem wtedy: „jedziemy dalej”. Kolejnym źródłem kryzysu były piękne dziewczęta ze scholi i duszpasterstwa akademickiego naszego krakowskiego klasztoru. Zmuszały do przemyśleń, czy rzeczywiście celibat jest dla mnie. Pobyt w zakonie kilka lat pozwolił zobaczyć, że bracia wcale nie są tacy święci i pobożni, jak się na początku wydawało. I znowu kryzys i pytania, czy jest sens pakować się w to towarzystwo? Zaraz w pierwszych latach mojego kapłaństwa obarczono mnie, i chyba nie była to tylko moja subiektywna ocena, ogromną ilością pracy i odpowiedzialności. Np. zostałem proboszczem parafii w wieku niecałych 33 lat. Byłem najmłodszym proboszczem w całej diecezji. Przełożeni dużo wymagali, ale nie bardzo pomagali. Miałem po kilku latach pracy i sprawowania tych funkcji dość wszystkiego. Potrzebowałem potem roku szabatowego, by dojść do siebie. Nie do końca przemyślany wyjazd na misje też spowodował solidny kryzys w moim życiu.

Co jest największym wyzwaniem w byciu osobą konsekrowaną w XXI wieku?
– Uwierzyć całym sobą w prawdę ewangelii, pójść za nią do końca i jeszcze czerpać z tego radość i przekonać innych, szczególnie młodzież, że warto.

Co powiedziałby Ojciec osobie, która rozważa życie konsekrowane?
– Jedno słowo – Odwagi. Bóg będzie z tobą na wszystkich twoich drogach, we wszystkich twoich błędach, pomyłkach i kryzysach.

A co powiedziałby Ojciec samemu sobie sprzed lat?
– Powiedziałbym sobie: No widzisz! A jednak wszystko się udało! Bóg przecież nigdy cię nie opuści.

Siostra Katarzyna Szuba: "Marzył o wielkim weselu dla mnie i było wielkie wesele"

Siostra Katarzyna Szuba, prezentka (zdjęcie wykonane podczas Światowych Dni Młodzieży w Krakowie w 2016 r./Fot.: Archiwum prywatne)
Siostra Katarzyna Szuba, prezentka (zdjęcie wykonane podczas Światowych Dni Młodzieży w Krakowie w 2016 r./Fot.: archiwum prywatne)

Siostra Katarzyna Szuba pochodzi z Podkarpacia, z miejscowości Rudawiec koło Brzozowa. Prezentki to powszechnie używana nazwa, wywodząca się od łacińskiego słowa praesentatio, czyli ofiarowanie. Nazwa: Zgromadzenie Panien Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny w świątyni nawiązuje do tajemnicy z życia Maryi, zapisanej w apokryfach (Protoewangelii Jakuba) – Ofiarowania Maryi w świątyni jerozolimskiej obchodzonego w liturgii 21 listopada. Siostry zobowiązują się ślubami do zachowania trzech rad ewangelicznych: czystości, ubóstwa i posłuszeństwa. Dodatkowo też każda siostra przy profesji zakonnej składa ślub troski o dobre wychowanie dzieci i młodzieży. Jest to tzw. czwarty ślub, charakterystyczny dla prezentek i ich duchowości. Zakon powstawał w 1627 roku w Krakowie. Jego założycielką była Zofia Czeska. Nazwa pochodzi od łacińskiego terminu praesentatio – ofiarowanie. Prezentki prowadzą szereg placówek edukacyjnych w kraju i poza jego granicami.

Dlaczego zdecydowała się Siostra wstąpić do zakonu?
– Wstąpiłam do Zgromadzenia Sióstr Prezentek z przekonania, że na tę drogę – drogę życia zakonnego zaprosił mnie Jezus. Ja tylko odpowiedziałam.

Rodzina nie próbowała Siostry odwieść od tej decyzji?
– Bardzo trudno było mi przekonać moją mamę. Bardzo przeżywała moją decyzję. Trochę odbiło się to na jej zdrowiu, ale wszystko skończyło się dobrze. Widząc moje szczęście i ona jest szczęśliwa. Drugą osobą był mój śp. ojciec chrzestny. Chciał, abym wyszła za mąż. Marzył o wielkim weselu… I było wielkie wesele (śmiech).

Dlaczego wybrała Siostra akurat takie zgromadzenie?
– Poznałam siostry Prezentki w ósmej klasie szkoły podstawowej. Dowiedziałam się, ze w Krakowie mają liceum i ze mogę rozpocząć drogę życia zakonnego, kontynuując tam naukę. Po maturze rozpoczęłam dwuletni nowicjat, potem śluby czasowe – 5 lat junioratu i profesja wieczysta w 2005 r.

Każdy z nas czasem żałuje podjętych decyzji, obrania tej a nie innej ścieżki. Nie miała Siostra kryzysów?
– Nie miałam kryzysów związanych z tym, czy zostać w Zgromadzeniu, czy odejść. Miałam i mam kryzysy związane z tym, jak jeszcze bardziej kochać Jezusa, jak jeszcze bardziej być mu wierną… Nie żałuję podjętej decyzji.

Co powiedziałaby Siostra osobie, która rozważa życie konsekrowane?
– Odwagi!

A co powiedziałaby Siostra sobie sprzed lat?
– Bóg bardzo Cię kocha.

O. Tarsycjusz Bukowski: "Odwagi! Nie szukajmy byle czego"

O. Tarsycjusz Bukowski OFM/Fot.: Archiwum prywatne
O. Tarsycjusz Bukowski OFM /Fot.: archiwum prywatne

O. Tarsycjusz Jędrzej Bukowski jest bernardynem. Pochodzi z Podhala, z Czarnego Dunajca, a obecnie pełni posługę w klasztorze w Kalwarii Zebrzydowskiej, gdzie w tamtejszym sanktuarium pełni funkcję rzecznika prasowego. Bernardyni to zwyczajowa nazwa Prowincji Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny Zakonu Braci Mniejszych, czyli popularnych franciszkanów. Źródłem tej specyfiki jest wezwanie pierwszego polskiego klasztoru, którym był ten w Krakowie – św. Bernardyna ze Sieny.

Dlaczego zdecydował się Ojciec wstąpić do Zakonu?
– Odpowiedź na to pytanie chyba do końca pozostanie w pewien sposób tajemnicą. Można podać wiele powodów: miałem głębokie pragnienie w sercu, chciałem być zakonnikiem, pragnąłem i pragnę głębokiej relacji z Bogiem, oddania się Mu całkowicie bez stawiania warunków. Można również powiedzieć – co także będzie prawdą – chciałem służyć ludziom, prowadzić do Jezusa. Kiedyś, w czasie rozmowy z braćmi w klasztorze, jeden z nich powiedział, że każdy z nas przyszedł do Zakonu, żeby się zbawić. Myślę, że to jest sedno. Wstąpiłem do zakonu, by kiedyś osiągnąć zbawienie. Nie znaczy to, że nie można osiągnąć zbawienia w innym powołaniu. Wręcz przeciwnie, ale dla mnie drogą do nieba jest zakon. Tak to odczytałem i dlatego tu jestem.

Rodzina nie próbowała Ojca odwieść od tej decyzji?
– Nie. Znają mnie dobrze, wiedzą, że jestem uparty (śmiech). Widziałem, że byli trochę zaskoczeni – ale od samego początku byli i są dla mnie wielkim wsparciem. Wiem, że mnie kochają.

Dlaczego wybrał Ojciec akurat tą wspólnotę?
– Często mówię, że do zakonu przyprowadził mnie Ruch Światło-Życie. Byłem oazowiczem. Przyjeżdżaliśmy do Kalwarii na pielgrzymki. Tutaj widziałem zakonników, więc, kiedy zapragnąłem takiego życia, pomyślałem, że razem z braćmi z Kalwarii – okazało się, że to bernardyni, dlatego skontaktowałem się z ojcem odpowiedzialnym za powołania i umówiłem się na spotkanie i rekolekcje. Mam nadzieję, że to nie ja wybrałem sobie zakon, ale Bóg mi go wybrał.

Każdy z nas czasem żałuje podjętych decyzji, obrania tej a nie innej ścieżki. Nie miał Ojciec kryzysów?
– Miałem, oczywiście. I nadal czasem przychodzą rozmaite kryzysy czy trudności. Ale one są po to, żeby zobaczyć, od Kogo wszystko zależy. Na pewno nie ode mnie… Kryzys jest wyzwaniem, żeby coś w sobie zmienić, widzieć głębiej, osiągnąć więcej. Innymi słowy, kryzys nie ma dobić, ale ocalić. Sprawić, że wyjdę z niego inny. Jasne, że są to często momenty smutne, ciężkie, ale każdy takie ma. Na pewno nigdy nie są końcem. Ostatnim słowem jest Życie.

Co jest największym wyzwaniem w byciu osobą konsekrowaną w XXI wieku?
– Według mnie – słuchanie Boga, a co za tym idzie, codzienna pamięć o tym, że do Niego należę. Mamy ogromną pokusę dzisiaj – wszyscy – być sprawcą wszystkiego. Mieć takie poczucie, że mam na wszystko wpływ, że właściwie to wszystko ode mnie zależy. W pewnym stopniu tak, ale nad wszystkim jest Bóg. O tym, że czeka nas życie w niebie, że Bóg kocha i czuwa nad nami przypominać mają zakony. Przez śluby, sposób życia, strój. Więc my pierwsi mamy pamiętać, kto jest Bogiem.

Co powiedziałby Ojciec osobie, która rozważa życie konsekrowane?
– Żeby wierzyła Bogu i zadbała o swój rozwój duchowy. Trzeba nie tylko to przemodlić, ale też skontaktować się z jakąś duchowną osobą, porozmawiać, odbyć rekolekcje. W Kalwarii działa Bernardyńskie Duszpasterstwo Powołań. Organizujemy dni skupienia, pomagamy młodym mężczyznom rozeznać. Czasem ktoś chce tylko porozmawiać, bo ma kłopot, albo chce zmienić swoje życie, czy wyspowiadać się. Nie myśli o Zakonie, ale po prostu szuka pomocy. Właśnie od tego jesteśmy. Więc zachęcam, można zadzwonić, napisać maila, przyjechać, nawet pobyć kilka dni w klasztorze z nami. Numer kontaktowy i adres email są podane na stronie powolanie.bernardyni.pl. Po drugie – wszystkim chcę powiedzieć, a właściwie zacytować: „Odwagi! Nie bójcie się!” Pan Jezus tak właśnie zwracał się do apostołów, jak mieli wątpliwości. On to mówi też dziś: Odwagi! Czeka Cię trudna i piękna droga i nie musisz się bać, bo nie jesteś sam. Nie szukajmy byle czego. Szukajmy prawdy i wyzwań, w których jest Bóg.

A co powiedziałby Ojciec samemu sobie sprzed lat?
– Żebym ufał zawsze Bogu.

Sistra Ewelina: Powiedziano mi: "Siostra nie wie, co traci"

Siostra Ewelina, bernardynka, postanowiła zamieszkać w pustelni w... centrum Krakowa. Na Starym Mieście, przy Poselskiej 21 mieści się klasztor sióstr bernardynek, obok którego położone jest Sanktuarium św. Józefa. W jego wnętrzu, w jednym z bocznych ołtarzy znajduje się łaskami słynąca rzeźba przedstawiająca Dziecię Jezus, które zwane jest Koletańskim. Mniszki III Zakonu Regularnego św. Franciszka z Asyżu – bo tak brzmi oficjalna nazwa zgromadzenia – prowadzą w centrum miasta pustelnicze życie.

Siostra Ewelina, bernardynka klauzurowa / Fot.: archiwum prywatne

Dlaczego zdecydowała się Siostra wstąpić do zakonu?
– Pod wpływem natchnienia i łaski Bożej. Jestem tylko stworzeniem i moje życie należy do Boga. Jestem stworzona z miłości i moim przeznaczeniem jest wieczność przeżywana w bliskości Pana i jedności z Nim. Inicjatywa i reżyseria mojego powołania i życia należy do Boga. Do zakonu wstąpiłam w wieku 19 lat. Pragnienie życia z Bogiem w takiej formie było silniejsze niż wszystkie inne moje potrzeby i relacje.

Rodzina nie próbowała Siostry odwieść od tej decyzji?
– Nie. Rodzina od samego początku wspierała mnie w podjętej decyzji. Obecnie otrzymuję od nich nie tylko dobre słowa i życzenia wytrwania do końca, ale również dar modlitwy w mojej intencji.

Chcąc wstąpić do zakonu, miała Siostra wiele możliwości. Dlaczego akurat zakon klauzurowy? Nie przerażało to Siostry?
– Tak nie było od początku. Najpierw myślałam o Zakonie Sióstr Miłosierdzia. Chciałam pracować z chorymi, opiekować się tymi, którzy najbardziej potrzebują pomocy. Jednak moje plany pokrzyżowała niespodziewana choroba. Z perspektywy czasu widzę, że było to działanie Boga. Pan przeznaczył mi inną rolę i w innym miejscu. Chociaż nie wyobrażałam sobie życia w zamknięciu, to pozwoliłam się pociągnąć wydarzeniom zewnętrznym i prowadzeniu Opatrzności Bożej, która w bardzo konkretny sposób wskazała mi siostry Bernardynki. Moje doświadczenie życia w zakonie i w tej konkretnej wspólnocie jest bardzo pozytywne. Jezus nigdy nie złamał swojej obietnicy, że: „Nikt nie opuszcza domu, braci, sióstr, matki, ojca, dzieci i pól z powodu Mnie i z powodu Ewangelii, żeby nie otrzymał stokroć więcej teraz, w tym czasie, domów, braci, sióstr, matek, dzieci i pól, wśród prześladowań, a życia wiecznego w czasie przyszłym” (Mk 10, 29-30). Już tego doświadczam, a też mam nadzieję na jeszcze większe dary w życiu wiecznym.

Czy nie czuje Siostra, że żyjąc w zamknięciu coś traci?
– Jeżeli miałabym oceniać swoje życie według kryteriów tego świata to tracę bardzo dużo. Spotkałam się nawet z takim stwierdzeniem od osoby z zewnątrz, która mi powiedziała: „Siostra nie wie, co traci”. Ja jednak oceniam swoje decyzje i wybory w świetle nadprzyrodzonym i nie tracę z oczu wieczności. Wtedy wszystko widzi się inaczej. Dla chrześcijanina najważniejszą sprawą jest odczytać i wypełnić wolę Bożą. Nie jest ważne co robimy, lecz to czy nasze decyzje są zgodne z powołaniem, które wyznaczył nam Stwórca. Wobec potęgi i piękna Boga człowiek może odpowiedzieć tylko wiernością w powołaniu do wierności. Jeżeli wypełniam wolę Pana, wtedy niczego nie tracę. Przeciwnie, moje życie staje się pełne zasług na wieczność. Dobre czyny zawsze kosztują i wymagają przekraczania siebie, swoich potrzeb na rzecz bliźniego. Jeżeli możemy mówić o stracie to tylko w świetle nauki Jezusa: „Kto straci swoje życie dla mnie i dla Ewangelii, ten je zyska” (por. Mk 8, 35).

Niektórym wydaje się, że Siostry klauzurowe nie mają kontaktu ze światem, ale to tak nie wygląda, prawda?
– Zamknięcie w klauzurze chroni nas przed wieloma przeszkodami na drodze wierności powołaniu kontemplacyjnemu. To wyjątkowa łaska ograniczenia przestrzeni, która z jednej strony stawia nam granice wyznaczone klauzurą, a z drugiej otwiera bardziej na świat ducha. Poza tym do naszej furty codziennie przychodzą ludzie powierzający nam swoje intencje. Dzielą się swoimi doświadczeniami i troskami. Równie wiele wiadomości dociera do nas drogą e-mailową, telefoniczną, a także pocztą tradycyjną. W ten sposób mamy spory kontakt ze światem zewnętrznym, wiem czym żyją ludzie. Te wszystkie sprawy powierzamy Bogu w modlitwie i trwamy w jedności z ludźmi. W czasie pandemii szczególnie stajemy wobec tajemnicy cierpienia i śmierci, która rozrywa rodziny. Wobec takiej bezradności pozostaje siła czerpana z wiary i nadzieja na spotkanie w przyszłym świecie.

Każdy z nas czasem żałuje podjętych decyzji, obrania tej, a nie innej ścieżki. Nie miała Siostra kryzysów?
– Każde powołanie niesie ze sobą kryzysy i zwątpienia. Tak jest w samotności, w małżeństwie i w życiu zakonnym. Nikt nie jest wolny od takich doświadczeń. Ja również je przeżywałam, ale one są także potrzebne. Nasze życie jest jak ogród, który do wzrostu nie potrzebuje tylko słonecznych dni, ale także gwałtownych burz i deszczu, który je umacnia. Z kryzysu może wyniknąć wielkie dobro. Może przynieść oczyszczenie naszych intencji. Kryzysy zawsze ostatecznie utwierdzały mnie w decyzji.

Co powiedziałaby Siostra osobie, która rozważa życie konsekrowane?
– Życzyłabym jej odwagi i zachęcała, by nie bała się zaufać Bożej woli, bo Pan Bóg wie, co jest dla niej najlepsze. Zachęcałabym też do rozwijania relacji z Bogiem przede wszystkim w modlitwie, bo to bardzo ważne na drodze powołania.

A co powiedziałaby Siostra sobie sprzed lat?
– Byłabym pełna podziwu dla Bożej Opatrzności, która prowadziła mnie przez całe życie zakonne. Bez wątpienia tak samo rzuciłabym się z zaufaniem w ramiona Bożej mądrości, bo to daje największe poczucie bezpieczeństwa i wolności.

Inf.: Archidiecezja krakowska, Wydawnictwo Franciszkanów Bratni Zew, wikipedia, prezentki.pl

Kraków

Kraków - najnowsze informacje