niedziela, 20 września 2015 15:20

Wojciech Wysocki: "Ważne jest poczucie, że widz za nami podąża"

Autor Anna Piątkowska-Borek
Wojciech Wysocki: "Ważne jest poczucie, że widz za nami podąża"

Wojciech Wysocki – o zawodzie aktora i o tym, jak nie zrobić „gniota”.

W listopadzie zagra Pan w Krakowie w spektaklu „Kiedy kota nie ma”. W jaką rolę się Pan wciela?

– Całe życie gram dość skomplikowane charaktery. Tym razem przypadła mi rola mężczyzny o dość prostych zasadach działania. Mówiąc delikatnie – jest to facet, który bardzo lubi kobiety i robi użytek ze swojego męskiego libido. Jest to po prostu seksoholik. Ale ponieważ ta farsa, w której gram, jest napisana bardzo precyzyjnie, w związku z tym ta cecha charakteru wywołuje sporo napięć dramatyczno-komediowych.

Jak się Pan czuje w rolach komediowych?

– Tak to już bywa w zawodzie aktorskim, że raz są role komediowe, raz dramatyczne. W tej chwili akurat bardzo dużo gram w komediach, ale wcześniej całe lata grałem postacie bardzo poważne i skomplikowane charakterologicznie, zarówno w filmie jak i w teatrze.

U Marka Koterskiego grałem Miauczyńskiego w „Życiu wewnętrznym”, a to nie jest najprostsza postać w sensie psychologii. Grałem też Kapitania Wiesnicyna w „Wiernej rzecze”, czyli postać dość mroczną. W teatrze natomiast wcielałem się m.in. w Kordiana. Później przez całe życie miałem wielki kompleks, że nie potrafię grać komedii. Moi koledzy, chociażby Grzesiek Wons, wychodzili na scenę i od razu widać było, że mają zdolność, by pobudzać innych do śmiechu („vis comica”). Mnie natomiast przez długi czas nie obsadzano w komediach. Do tej swojej „komediowości” dochodziłem latami.

Teraz, muszę przyznać, że zagrałbym chętnie coś poważniejszego, a niekoniecznie komedię i farsę :) Ale tak to bywa, to jest zawód usługowy. Mam obecnie głównie propozycje grania w komediach.
„Kiedy kota nie ma...” - spektakl, z którym przyjeżdżamy do Krakowa, to jest bardzo dobrze napisana farsa. W swoim gatunku to jest rzeczywiście materiał świetny i daje aktorom bardzo duże możliwości.

Czy po setkach prób i grania na scenie ta farsa jeszcze Pana samego śmieszy?

– Najważniejsze, żeby śmieszyła publiczność. I śmieszy, sądząc po tym, że w przeciągu roku od premiery zagraliśmy ponad 150 przedstawień i jest na to ciągle zapotrzebowanie. Ludzie przychodzą i się śmieją.

A czy nas śmieszy? Jesteśmy zawodowcami i wiemy, że im bardziej poważnie się coś gra, tym to bardziej śmieszy widza. Nie możemy się śmiać na scenie. Chociaż nie ukrywam, że zdarzają się takie sytuacje, że w czasie przedstawienia czasem kolega lekko zmieni tekst, albo zajdzie coś nieprzewidzianego, np. ktoś upuści świnkę, do której bohaterowie wrzucają pieniądze za każde przekleństwo. Jest szereg sytuacji, które mogą zaskoczyć aktora na scenie i one nas wtedy śmieszą.

Ale fasa i komedia, im jest poważniej grana, tym bardziej bawi publiczność. Nas musi śmieszyć tekst czytany na pierwszych próbach. Wtedy jest tak samo jak z widzem, który jest jeden raz na przedstawieniu.

Czy o sobie może Pan powiedzieć, że woli na przykład występy w teatrze od tych przed kamerą?

– To są dwie różne rzeczywistości i nie mogę jednoznacznie powiedzieć, że wolę występy na scenie, czy występy w filmie lub serialu. Wszystko zależy od tekstu, od dobrego scenariusza do spektaklu czy do filmu, a także od aktorów, z którymi mamy przyjemność, bądź nieprzyjemność grać, oraz od reżysera. Jeżeli te trzy kwestie: scenariusz, obsada i reżyser – są na wysokim poziomie i zadowalają nasze gusta artystyczne, to wtedy bardzo dobrze nam się pracuje.

Wie Pani, „gniota” można zrobić zarówno w teatrze, jak i filmie. To nie ma znaczenia, naprawdę. Dziedzina działalności dla „gniota” jest bardzo szeroka :)

Kiedy aktor czuje, że dobrze zagrał swoją rolę? Kiedy ma satysfakcję z wykonanej pracy?

– Myślę, że na pewno wtedy, jeśli ma poczucie, że publiczność podąża za tym, co on ma jej do przekazania. Jeśli to będzie komedia, to mamy wówczas bardzo wymierny czynnik, czyli śmiech na widowni. Z kolei w przypadku dramatu, mamy w pauzie całkowitą ciszę. My, aktorzy, się w tę ciszę wsłuchujemy. Wiemy, że ludzie nas słuchają, a czasem nawet płaczą ze wzruszenia.

Krótko mówiąc, czujemy satysfakcję z naszej pracy, gdy panujemy nad widownią, nad jej emocjami, nie koniecznie gdy sami się wzruszamy czy płaczemy w dramacie lub śmiejemy się z komedii. Naszą rolą jest podanie emocji i myśli na drugą stronę rampy, czyli do widza i gdy czujemy odzew, wtedy mamy sukces.
Poczucie, że publiczność nas słucha, że podąża za nami ze zrozumieniem jest dla mnie najważniejsza. W tej chwili robię swój mały monodram, oparty na tekstach Zbigniewa Herberta pt. „Życiorys”. Nie są to rzeczy łatwe, ale to zaspokaja moją powagę wypowiedzi... do publiczności. Jak wypowiadam słowa, napisane przez Herberta, wiem, że są to rzeczy ważne i o najważniejszych sprawach naszego bytu. Mam z tego niesłychaną satysfakcję.

Ostatnio byłem między innymi w Opiniogórze w Muzeum Romantyzmu, czy w Gdańsku, i widzę, że ludzie zaczynają słuchać trudnych tekstów. Podchodzą po przedstawieniu, po tym monodramie, do mnie i mówią: „Myślałem, że Herbert jest kompletnie dla mnie niezrozumiały, a tu słuchałem z zainteresowaniem, wzruszyłem się, zrozumiałem wszystko”. To dowód na to, że potrafimy poszerzać horyzonty myślenia. Rozszerzać... ambicje intelektualne widowni.

// <![CDATA[      (adsbygoogle = window.adsbygoogle || []).push({}); // ]]>

A Pan za co lubi Herberta?

– Za konkret i za to, że „wybitnym poetą był”, i za to, że tak świetnie nadaje się do mówienia właśnie przez aktora. To nie jest poezja nastrojów, chmurek, pięknych zachodów słońca, ale to jest poezja myśli, niesamowicie racjonalna. Czasem ta myśl jest głęboko ukryta, trzeba się do niej dobijać, ale jak się już człowiek dogrzebie do sensu wiersza, to ma wtedy ogromną radość z mówienia.

Czy w ciągu jednego spektaklu aktor potrafi „rozpoznać” widownię i jej gust?

– Dam taki przykład. W dzisiejszych czasach mamy, można powiedzieć, nadmiar programów kabaretowych w telewizji. Gdy zatem do teatru przychodzi na komedię publiczność wychowana na tych kabaretach, bardzo łatwo ją rozpoznać. Aktor jest pewien, że właśnie taka publiczność jest na widowni wtedy, kiedy reaguje śmiechem nie na cały przebieg akcji, ale na poszczególne gagi, czy żarty słowne. Nie śledzi natomiast całej fabuły przedstawienia. Wtedy mówimy, że „przyszli ci, co pomylili kabaret z teatrem”.

Tak łatwo to dostrzec?

– Jeśli jesteśmy już parę lat na scenie, to wiemy, jaka widownia przyszła. Gdy gramy komedię, wiemy, jaka w danym momencie powinna być reakcja publiczności – oczywiście jeśli nic nie schrzanimy na scenie. Często, kiedy na widowni nie ma reakcji, mówimy: „Węgrzy przyszli, nic nie rozumieją”. Takie to są nasze powiedzonka i rozpoznawanie widowni. Dzieje się tak co wieczór, jak gramy.

Kiedyś podobno chciał być Pan albo polonistą, albo dziennikarzem sportowym. Pańskie życie zawodowe ułożyło się jednak zupełnie inaczej. Nie żałuje Pan?

– Gdybym powiedział, że podjąłem złą decyzję ponad 30 lat temu, to bym zaprzeczył całemu swojemu życiu. A to nie jest tak.

Aktorstwo to potwornie trudny zawód, bardzo niewdzięczny. Dużo zależy od talentu, dużo od wkładu pracy, ale bardzo dużo też od szczęścia i ludzi, których spotka się na swej drodze. W związku z tym nigdy nie można powiedzieć, że człowiek jest w stu procentach zadowolony.

Dziś wiem na pewno, że polonistą to raczej nie zostałbym, a co do dziennikarza sportowego – to ten swój temperament dziennikarsko-sportowy realizuję, będąc czasem zapraszany do komentowania meczów koszykówki. To jest jakaś namiastka :)

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała
Anna Piątkowska-Borek

fot. Magdalena Kot – Agencja GUDEJKO

Cała prawda o... - najnowsze informacje