czwartek, 25 lipiec 2019 09:51

Historia pewnego zegara. Rozdział V. Odcinek 22

  Pogrzeb odbył się w strugach deszczu.

Tłumy ludzi nie tylko z Donos, ale również z okolicznych wiosek z terenu całej Gromadzkiej Rady i innych przybyły pożegnać młodą kobietę, przed którą dopiero miało rozwijać się życie. Deszcz padał cały czas, a oni szli. Młodzi mężczyźni przez całą drogę około dwóch kilometrów od domu do kościoła nieśli trumnę na ramionach. Białą trumnę. Deszcz padał, a oni nieśli ją na zmianę chociaż strugi deszczu spływające po trumnie wlewały im się za kołnierz. Nie wszyscy mieli płaszcze przeciwdeszczowe, bo przed pogrzebem deszczu nie było. Zaczął padać dopiero po wyjściu konduktu na drogę asfaltową i padał o różnym natężeniu przez cały czas uroczystości. Więc przemakały ubrania do przysłowiowej suchej nitki, ale nie rezygnowali, tylko nieśli tę młodą kobietę, nie bacząc na zdrowie, bo rozumieli, że tak trzeba, nieśli do kościoła i z kościoła na cmentarz około kilometra też. Wszyscy szli obficie polewani łzami niebios, tylko ksiądz nie szedł. Ksiądz jechał w cieplutkim i suchym samochodzie na czele konduktu, korzystając z przysługi któregoś z żałobników.

fot : nr 1. Moja żona Janina z roku 1961

Kiedy już upłynęło dość sporo czasu i zacząłem dochodzić do siebie, przyszedł do mnie znajomy, który będąc też samotnym, od czasu do czasu do mnie przychodził, aby porozmawiać. Tutaj przytoczę taką krótką rozmowę z nim, którego akurat w tym czasie zostawiła żona i odeszła. On mówił tak: Zdzisiu, tobie zmarła żona, ból niesamowity, ale na to nikt nie miał wpływu jedynie tylko sam Pan Bóg. Nikt nie mógł zadecydować, odejdź, albo nie, bo nie mamy na to wpływu. Natomiast moja żona odeszła z własnej woli zostawiając też dwoje dzieci. Nie musiała odejść, decyzja należała do niej, odejść albo nie. Ona wybrała to pierwsze, gorsze rozwiązanie. Gdyby zmarła, nie miałbym takiego żalu, powiedział, ale ona z własnej woli odeszła. Początkowo byłem na niego obrażony, co to za porównanie pomyślałem. Przecież tu jest jeszcze nadzieja, że może powróci, a ja już nie mam żadnej nadziei. Jednak jego małżonka nie powróciła. Po latach, zastanawiając się nad tym jego porównaniem doszedłem do wniosku, że jednak jego myślenie było logiczne, miało jakiś sens. On to rozważał ze swojej strony, że mogła, ale nie musiała odejść.

W sierpniu 1968 roku, dokładnie dwudziestego czwartego tuż przed odpustem w parafii w Skorczowie, wiosce sąsiadującej z Donosami, przeprowadziłem się z dziećmi do nowego budynku. Była to niewątpliwie radość, ale nie taka jakiej się spodziewaliśmy jeszcze kilka miesięcy temu. Albowiem w tym nowym gniazdku zabrakło jednej osoby: żony, matki, a co najważniejsze gospodyni. Dla niej dom został wybudowany w innym miejscu.

Foto: nr 2. Nasz dom współcześnie

 W roku 1968 wyszła ustawa o likwidacji części Gromadzkich Rad Narodowych, czyli znaczna ich redukcja. Od pierwszego stycznia 1969 roku Gromadzka Rada Narodowa w Donosach została zlikwidowana. Zostały również zlikwidowane Gromadzkie Rady w Gabułtowie i Stradlicach, a na ich miejsce została utworzona  jedna Gromadzka Rada w Kazimierzy Wielkiej, w której skład wchodziły wioski ze zlikwidowanych Gromadzkich Rad, a były to: Donosy, Odonów, Słonowice, Paśmiechy i Skorczów oraz Wojciechów, Stradlice, Podolany, Cło, Wymysłów, Kazimierza Mała, Jakuszowice, Gabułtów, Zięblice, Zagorzyce, Broniszów, Hołdowiec, Cudzynowice i Kamyszów. Natomiast miasto wchodziło w skład odrębnej jednostki administracyjnej i nazywało się Miejska Rada Narodowa Kazimierza Wielka. Jak sobie pomyślę z perspektywy czasu o tych mikroskopijnych Gromadzkich Radach, to sam sobie nie bardzo wierzę, że kiedyś takie coś było.                    W porównaniu z dzisiejszą gminą Kazimierza Wielka w skład której wchodzą 42 wioski i miasto, to tak to wygląda jak żaba przy słoniu, ale niestety tak było. Przy braku dróg utwardzonych, nie mówiąc już o asfaltowych i samochodów, to taka bliskość władzy była pożądana, a śmieszne powiedzenie, że władza musi nawet wiedzieć co u sąsiada gotują na obiad, sprawdzało się. 

W dniu drugiego stycznia 1969 roku rozpoczęła się wielka przeprowadzka do Kazimierzy Wielkiej. W tym celu została wynajęta furmanka konna i cały sprzęt łącznie z wszelkimi aktami i ciągle chodzącym zegarem załadowaliśmy na wyżej wspomnianą furę i pojechaliśmy do „nowej” siedziby naszego urzędowania w Kazimierzy Wielkiej. Nowa jednostka, czyli Gromadzka Rada Narodowa Kazimierza Wielka mieściła się też w budynku podworskim, tylko już nie Postawków, a Łubieńskich w Kazimierzy Wielkiej na ulicy Pierwszego Maja naprzeciw cukrowni Łubna. Budynek ten odnowiony istnieje do dziś i zwany jest Dworkiem Niedzieli. W czasach kiedy tam wprowadzono Gromadzką Radą był w bardzo złym stanie. Kiedy tam zajechaliśmy, byli już w nim pracownicy z Gabułtowa. Ciekawi do jakich to apartamentów trafiliśmy pospiesznie weszliśmy do środka i co zobaczyliśmy? Jedno duże pomieszczenie o wymiarach 6x7 metrów, maleńka sionka  2x4 metry i drugie pomieszczenie o wymiarach 3x5 metrów i to wszystko. O żadnych pomieszczeniach socjalnych nie było mowy. Powoli zaczęliśmy zdejmować dobytek z wozu                              i zaczęliśmy się urządzać. Minęło kilka dni nim jako tako się zagospodarowaliśmy. Sekretarz i przewodniczący zajęli małe pomieszczenie po lewej stronie patrząc od wejścia, a pozostali pracownicy, czyli my po prawej stronie. W tym większym pomieszczeniu my wszyscy w sumie ponad dwadzieścia osób, dwadzieścia biurek, dwadzieścia krzeseł, dwanaście szaf i inny mniejszy gabarytowo sprzęt.

A wśród nich mój pieczołowicie pielęgnowany zegar. Najpierw trzeba było wybrać dla niego miejsce, gdzie można by go zawiesić. Oczywiście dążyłem do tego, aby zawisł w tym pokoju, w którym ja będę urzędował, bym go mógł codziennie obserwować i słuchać jego miarowego cykania. Miejsce takie się znalazło, ale nie było na ścianie zawieszenia, na którym można by go powiesić. W tym celu trzeba było znaleźć gwoździa i jakieś narzędzie (nie koniecznie młotek), aby można było go wbić. Dopiero po wbiciu gwoździa zabrałem się do odkurzenia czasomierza, ponieważ muszę stwierdzić taki zabieg był mu potrzebny. Wtedy zauważyłem, że z cyferblatu odpadła jedna cyferka – szóstka, pozostał tylko po niej ślad i po kleju widocznie słabym, którym była przyklejona. Daremne były żale i szukanie przez wszystkich z głowami zwieszonymi ku podłodze, cyferka szóstka się nie znalazła. Musiało się obejść bez niej, ale ten ślad był na tyle widoczny, że bez problemu godzinę można było odczytać. Jeszcze trzeba wybrać dobre krzesło i ten cenny przedmiot powiesić tam gdzie jego miejsce, to jest nad drzwiami w moim pokoju. Teraz już odkurzony i wypolerowany mógł zawisnąć na miejscu, z którego nie wiedząc kiedy zostanie znowu zdjęty.

 Ciąg dalszy nastąpi                                                  

 

 PRÓŻNIA  ŻYCIA

 W pośpiechu zbieram myśli,

Wędrujące z prędkością światła

We wszechświecie mojego umysłu,

Aby wypełnić próżnię nicości Świata

Dzielącą nas od wieczności.

Wtopić się w sens istnienia,

Sens przemijania i niewyobrażalną

Pustkę oddzielającą od rzeczywistości,

Która nie istnieje.

Jest snem tak krótkim,

Jak błysk gromu

Uderzającego z hukiem.

A potem cisza, cisza

I tylko cisza.

 

Zdzisław Kuliś

Donosy, styczeń 2010 r.

 Zdjęcia ze zbiorów autora.

Piotr Sosin

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.