środa, 14 października 2020 12:34

Jednooki kot, pies z bezwładnymi nogami oraz dobrzy ludzie

Autor Głos 24
Jednooki kot, pies z bezwładnymi nogami oraz dobrzy ludzie

Z cyklu "Z pamiętnika inspektora", relacjonuje inspektor Adam z Krakowskiego Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami.

Dziś będzie optymistycznie.

Będzie o ostatnim piątku, który rozpoczął się i zakończył spotkaniem czujących, empatycznych, nieobojętnych ludzi. Wiecie – czasem świat wydaje się miejscem, w którym tylko "pizga złem". Ludzie wredni albo głupi, parami maszerujące nieszczęścia, przypadki wyłącznie pechowe…

A potem trafia się dzień, który przywraca wiarę – w nie najgorszym jednak porządek rzeczy i w ludzkość, której duża część jest po prostu fajna.

Wierzycie w przeczucia? Ja tak średnio.Ale – gdy wychodziłem w piątek do pracy – zgarnąłem z przedpokojowego wieszaka stacjonującą tam zwykle latarkę (i od tego momentu wszystko było już sterowane, a flinta w trzecim akcie musiała wystrzelić).Bez zastanowienia wrzuciłem latarkę do kieszeni i pojechałem zbawiać świat (a przynajmniej pomóc kilku zwierzakom).

Pierwszy telefon – znaleziony ranny kot, z wypłyniętym okiem i połamaną szczęką. Pan zabezpieczył go w aucie i zadzwonił po pomoc. Jadę – kawał drogi, niewielka przecznica z ulicy Brzeskiej.

Gdy zobaczyłem zwierzątko – struchlałem: nieszczęsne stworzenie miało całą lewą gałkę oczną na wierzchu i widać było, że uraz nie jest świeży, musiało się to stać co najmniej dzień lub dwa wcześniej. Starszy Pan mówi, że wyjeżdżał właśnie do pracy, ale zauważył przy domu to kocie nieszczęście: „przyczołgał się, ledwo żyje, przecież nie mogłem go tak zostawić”… Pakuję obolałego burasa do auta i gnam do schroniska – kot jest zadziwiająco spokojny, albo jest wycieńczony bólem albo czuje, że ktoś mu pomoże – ufam, że to drugie. Przed odjazdem starszy pan prosi o wiadomość co z kotem, chciałby wiedzieć, czy go aby nie uśpimy od razu: „mam nadzieję, że uratowałem go do życia”. Mówię, że nasi lekarze zawsze starają się uratować zwierzaka, zawsze – gdy jest szansa – walczą; że eutanazja to ostateczność, ale że – nawet, gdyby to było jedyne wyjście – to Pan kotu pomógł, bo oszczędził długiego i bolesnego konania w samotności. Obiecuję, że zadzwonię i przekażę wszystkie wieści.Kot w schronisku dostaje numer 70/10/2020 i imię – Cyklop (zgadnijcie dlaczego)

Jadę w świat dalej – cały dzień wypełniony po brzegi kolejnymi interwencjami – zwierzaki wożone do lecznic, biegające psy, ratowane ptaki… Kiedy zaczyna już zmierzchać, a do końca zmiany pozostaje mi niecała godzina – kolejny telefon: Pani znalazła w szczerym polu psa, chyba po wypadku, bo biedak wyraźnie ciągnie za sobą tył, czołga się po ziemi. Czas dojazdu (znowu kraniec miasta) to ok. 45 minut, już wiem, że ten dzień nie ma szans zakończyć się planowo, ale po psa trzeba jechać jak najszybciej.

Po drodze kontaktuję się ze zgłaszającą – zostawia czołgającą się bidę pod nadzorem koleżanki a sama biegnie szybko do domu odprowadzić swojego psa. Jadę możliwie szybko – na ile pozwalają mi przepisy i zdrowy rozsądek – ale i tak jest już ciemno. Po drodze myślę, co muszę wziąć ze sobą, kiedy pójdę po psa: smycz, grube rękawice (bo może nie będzie czuł się pewnie i będzie się bronił), koc i… latarkę!

Dojeżdżam pod wskazany adres – posesja w środku szczerego pola, egipskie ciemności a ani żywego ducha... Dzwonię do osoby zgłaszającej – mówi, że ona zostaje przy psie (zaczołgał się w pole kukurydzy), a do mnie zaraz podejdzie jej koleżanka – to „zaraz” trwa kilkanaście minut – na polnej drodze pojawia się postać z latarką. Dziewczyna mówi, że musimy się przejść kawałek w głąb pola. Wracam po auto, żeby podjechać nim jak najbliżej, ale po chwili zatrzymują mnie głębokie koleiny i dalej idziemy pieszo.

Najpierw kawał po mokrej od rosy trawie, potem zaoranym polem w stronę majaczących w oddali kukurydzianych chaszczy. Już wiadomo, że łatwo nie będzie. A miejscu czeka na nas ogromny biszkoptowy labrador – przyjazny i komunikatywny, na nasz widok podrywa się ciągnąc za sobą zadek i całym sobą zdaje się mówić: „O, gościu, przyjechałeś pomóc, ja to doskonale wiem, super, bo już tu dobrą chwilę kwitnę”. Zwierz jest wielki i ciężki, ale wyraźnie chce iść z nami. Kiedy sięgam po smycz okazuje się, że zgubiłem ją gdzieś w polu, do auta daleko, robię więc obrożę z własnej bandany (dzięki ci, losie, za obowiązek zasłaniania ust i nosa), a z paska od spodni – smycz.. Jedna z dziewczyn bierze smycz, a druga razem ze mną unosi na kocu tył psa, żeby wesprzeć go w tym dwułapym marszu. Idziemy – droga do łatwych nie należy, psisko co rusz się męczy – bardzo jasno i wyraźnie mówi wtedy, że musi się na chwilę walnąć na glebę dla złapania oddechu.

Idziemy więc tak sobie powolutku, trochę przez pole, trochę przez drogę zarośniętą trawą, na której ilość rosy wydaje się zdumiewająca. Kiedy wreszcie po jakimś półgodzinnym psio-ludzkim survivalu docieramy do samochodu – psisko odżywa i ożywia się jakby go kto na sto koni wsadził ( Zwierz wyraźnie zna i bardzo sobie ceni ten środek lokomocji – mimo łap niesprawnych i ciałka mocno tłustawego pcha się do auta żwawo, a kiedy wspólnymi siłami udaje nam się ulokować go w kennelu - widać wyraźnie, że pies nareszcie oddycha z ulgą i ma nadzieję, że teraz to już będzie dobrze).

Jedziemy do schroniska.

Dziękujemy – Panu, który nie przeszedł obojętnie obok bezpańskiego, cierpiącego kota, dziewczynom, które pół piątkowego wieczoru poświęciły na czatowanie w środku ciemnej nicości na pomoc dla znalezionego psa, a potem dzielnie pomagały dotaszczyć 60 kg labradora do samochodu, dziękujemy wszystkim, którzy przywracają wiarę w ludzi.

Jeśli zauważycie zwierzę w potrzebie – reagujcie!
Krakowskie Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami: 12 421 26 85, 12 421 77 72 lub 12 429 43 61
KTOZ Schronisko dla Bezdomnych Zwierząt w Krakowie: 12 429 92 41 lub
12 429 74 72

Ekologia - najnowsze informacje