Referendum odpowiedziało na pytanie, czy krakowianie chcą dalszych rządów Aleksandra Miszalskiego. Teraz pojawia się trudniejsze: co właściwie zrobić z miastem po jego odwołaniu? Kandydaci mają już całą listę recept – od audytu i zmian w SCT po tańsze bilety, mieszkania i nowe inwestycje.
W skrócie:
- Wybory prezydenta Krakowa odbędą się 27 września, a ewentualna druga tura – 11 października.
- Kampania ruszyła na dobre: trwają zbiórki podpisów, briefingi, spotkania w dzielnicach i prezentacje programów.
- Kandydaci niemal zgodnie przekonują, że Kraków trzeba zmieniać. Różnią się jednak bardzo mocno w odpowiedzi na pytanie – jak.
- Nowy prezydent będzie miał ograniczony czas i Radę Miasta, w której większość mają KO i Nowa Lewica.
Koniec prekampanijnego dreptania – teraz zaczyna się prawdziwy maraton. Jego pierwszy finał nastąpi 27 września, a jeśli żaden z kandydatów nie zdobędzie ponad połowy głosów, dwóch najlepszych pobiegnie dalej – do 11 października.
Formalna kampania rozpoczęła się 31 lipca, ale polityczny wyścig trwa od znacznie dłuższego czasu. W praktyce zaczął się niemal natychmiast po referendum z 24 maja, w którym krakowianie odwołali Aleksandra Miszalskiego.
I właśnie wynik referendum ustawił ton tej kampanii. Skoro mieszkańcy powiedzieli poprzedniemu prezydentowi „nie”, kandydaci próbują teraz odpowiedzieć na kolejne pytanie: co trzeba naprawić, żeby Kraków funkcjonował lepiej?
Ruszyła więc prawdziwa lawina pomysłów.
Rynek, dywan i 40 stron programu
Jako jeden z pierwszych wystartował Bartosz Bocheńczak. Już 29 maja, zaledwie kilka dni po referendum, Konfederacja zorganizowała mu duży wiec na Rynku Głównym. Obok kandydata pojawili się Sławomir Mentzen i Krzysztof Bosak. Kampania od początku miała więc wyraźnie partyjną oprawę.
Po oficjalnym ogłoszeniu daty wyborów tempo jeszcze wzrosło. Michał Drewnicki pojawił się przed magistratem z dywanem. Trzepiąc go, zapowiadał wyciągnięcie na światło dzienne tego, co – jego zdaniem – poprzednie władze „zamiatały pod dywan”: miejskie wydatki, wpływy grup interesów, SCT, politykę mieszkaniową czy plan ogólny. Jednocześnie zapowiedział spotkania we wszystkich dzielnicach.
Aleksandra Owca oficjalny etap kampanii rozpoczęła wspólnie z Adrianem Zandbergiem. Razem ruszyło z rejestracją komitetu, zbieraniem podpisów i mobilizacją wolontariuszy. Kandydatka mówi przede wszystkim o mieszkaniach, pracy i transporcie.
Łukasz Wantuch poszedł jeszcze inną drogą. Zamiast wielkiego otwarcia przygotował blisko 40-stronicowy „Plan dla Krakowa” pod hasłem „Mieszkania. Praca. Bezpieczeństwo” i zapowiedział kampanię bez billboardów. Są tam m.in. mieszkania za 990 zł, miejska praca dla osób, które straciły zatrudnienie, kamery z AI, sprzeciw wobec metra i pomysł ponadpartyjnego składu wiceprezydentów.
Jan Hoffman, jedna z głównych twarzy referendum, konsekwentnie kontynuuje natomiast przekaz, który budował jeszcze przed odwołaniem Miszalskiego: „NaprawiMY Kraków”. W jego przypadku kampania wyborcza jest właściwie dalszym ciągiem kampanii referendalnej – z audytem finansów miasta i zmianą SCT na pierwszym planie.
Jako ostatnich spośród głównych kandydatów oficjalny start ogłosił Łukasz Gibała. 7 sierpnia stanął na Rynku Głównym i mocno podkreślał swoje związki z miastem. „Rozpoczynam ją tutaj, na Rynku Głównym w Krakowie. W mieście, w którym się urodziłem, w którym się wychowałem i w którym spędziłem całe swoje dorosłe życie” – mówił.
Jednocześnie przeciwstawił prezydenturę obywatelską modelowi partyjnemu. Krytykował sytuację, w której włodarz miasta ma „swoich szefów w Warszawie”, a magistrat staje się – jak mówił – „agencją pośrednictwa pracy dla partyjnych działaczy, elit politycznych, ich rodzin i znajomych”. Jego przekaz był prosty: Krakowem mają rządzić mieszkańcy, a nie partyjne centrale.
Dla Gibały to już czwarte podejście do fotela prezydenta. Poprzednio zabrakło mu około 5 tys. głosów, więc zamiast mówić o kolejnej porażce, mówi o konsekwencji: „nie wolno się poddawać” i trzeba być wytrwałym w dążeniu do celu.
Nikt nie przebije jednak kampanijnego debiutu Moniki Piątkowskiej. Jej kandydaturę ogłosili Donald Tusk i Władysław Kosiniak-Kamysz – tyle że… w Warszawie. Dla kandydatki na prezydenta Krakowa był to dość niefortunny symbol i część krakowian odebrała go jako decyzję przywiezioną z zewnątrz.
Sama Piątkowska Kraków zna jednak od środka. Przez lata pracowała w magistracie za Jacka Majchrowskiego, m.in. jako dyrektorka Wydziału Strategii i Rozwoju Miasta, a w 2025 roku zdobyła mandat senatora. Dziś wspierają ją KO i PSL, czyli środowisko polityczne, z którego wywodził się odwołany Aleksander Miszalski.
I tu zaczyna się jej największy problem: musi jednocześnie sprzedawać doświadczenie i przekonywać, że nie będzie kontynuacją tego, co krakowianie właśnie odrzucili. Dlatego szybko przeniosła kampanię w dzielnice, gdzie w ramach „Piątków z Piątkowską” zaczęła budować bardziej lokalny, samodzielny wizerunek.
Kandydaci są wszędzie
Kampania szybko wyszła z konferencyjnych sal. Kandydaci stoją przy stolikach z listami poparcia, chodzą po osiedlach, organizują briefingi na tle ulic, parków i miejskich inwestycji, a nawet pukają do drzwi. Spotkania z mieszkańcami służą przede wszystkim zbieraniu problemów i pokazywaniu, że kandydat zna konkretną dzielnicę.
Jednocześnie trwa druga kampania – medialna. Kandydaci publikują rolki i filmy, prowadzą transmisje, udzielają wywiadów w radiu i telewizji, przychodzą do lokalnych redakcji i podcastów. Jedni przedstawiają program punkt po punkcie, inni reagują na bieżące wydarzenia.
I tematów nie brakuje.
SCT zlikwidować, ograniczyć czy przebudować? Metro budować, a jeśli tak – za ile i kiedy? Cofnąć podwyżki biletów? Jak zwiększyć liczbę dostępnych mieszkań? Na czym Kraków ma zarabiać? Gdzie ciąć wydatki? W kolejnych materiałach Głos24 będziemy porównywać te propozycje temat po temacie.
Najtrudniejsze zadanie ma Piątkowska
Większość kandydatów ma w tej kampanii wygodną pozycję: może powiedzieć, że Kraków trzeba „naprawić”, bo poprzednia władza popełniała błędy. Znacznie trudniejsze zadanie ma Monika Piątkowska.
Jest kandydatką środowiska politycznego, z którego wywodził się odwołany Aleksander Miszalski. To KO pozostaje też największym klubem w Radzie Miasta. Jeszcze przed referendum Piątkowska przestrzegała przed zbyt szybkim rozliczaniem prezydenta z obietnic, których – jej zdaniem – nie zdążył zrealizować.
Dziś sama musi jednak przekonywać wyborców, że kolejny prezydent wywodzący się z tego politycznego obozu będzie rządził inaczej. I robi to dość otwarcie. Po ogłoszeniu kandydatury mówiła, że wiadomo już, które decyzje władz wzburzyły mieszkańców i trzeba je zmienić. Zapowiada m.in. mocne ograniczenie SCT, obniżenie kosztów komunikacji, powrót biletu 20-minutowego i szukanie większych pieniędzy dla Krakowa w budżecie państwa.
To ciekawy paradoks tej kampanii: nawet kandydatka obozu, który rządził miastem przed referendum, startuje dziś nie z hasłem kontynuacji, ale zmiany.
Cóż szkodzi obiecać? Jest jeszcze arytmetyka
Pomysłów jest dużo. Część można wprowadzić stosunkowo szybko – rozpocząć audyt, zmienić organizację urzędu czy przygotować nową taryfę biletową. Inne wymagają miliardów złotych, wielu lat przygotowań i, co równie ważne, zgody Rady Miasta.
Referendum odwołało prezydenta, ale nie zmieniło układu sił w radzie. KO ma 19 radnych, PiS 12, Kraków dla Mieszkańców 6, Nowa Lewica 4, a dwie radne pozostają poza klubami. KO i Nowa Lewica mają więc razem 23 z 43 mandatów.
To oznacza, że prezydent spoza obecnej większości nie będzie mógł po prostu wejść do magistratu i zacząć realizować całego programu. W wielu sprawach będzie musiał znaleźć partnerów.
Łukasz Gibała mówi o tym już teraz. Przyznał, że rozmawiał z przedstawicielami innych środowisk i liczy na budowanie większości wokół konkretnych miejskich spraw. Ma własne zaplecze w postaci sześciu radnych Krakowa dla Mieszkańców, ale do samodzielnej większości jest mu daleko.
Szczególnie trudno może być kandydatom, którzy w obecnej radzie praktycznie nie mają własnego zaplecza – jak Bartosz Bocheńczak, Michał Klimek, Jan Hoffman, Łukasz Wantuch, Marian Banaś czy Sławomir Pietrzyk. Michał Drewnicki może liczyć na 12 radnych PiS, ale również będzie potrzebował głosów spoza własnego klubu.
Łukasz Wantuch próbuje rozwiązać ten problem już na etapie budowania przyszłej władzy. Chce, by jego zastępcy wywodzili się z KO, PiS, Krakowa dla Mieszkańców i środowisk aktywistycznych. Taki układ miałby zakończyć „wojnę krakowsko-krakowską” i stworzyć szersze zaplecze dla prezydenta.
Najwygodniejszą sytuację miałaby jednak Monika Piątkowska. To, co w kampanii może być dla niej obciążeniem – związki z obozem politycznym Aleksandra Miszalskiego – po wyborach mogłoby stać się atutem. KO jest największym klubem w radzie, a razem z Nową Lewicą ma większość. Nie gwarantuje to poparcia dla każdej propozycji, ale Piątkowska zaczynałaby z dużo łatwiejszej pozycji niż większość konkurentów.
To jeden z paradoksów tych wyborów: kandydaci najmocniej obiecujący zerwanie z dotychczasowym sposobem rządzenia mogą mieć największy problem z przeforsowaniem zmian. Kandydatka najbardziej kojarzona z błędami dwóch poprzedników – przeciwnie.
Po wyborach zacznie się trudniejsza część
Nowy prezydent dostanie też mniej czasu niż gospodarz miasta wybierany na początku normalnej kadencji. Będzie kończył kadencję samorządu rozpoczętą w 2024 roku.
To wystarczająco dużo, żeby zmienić sposób działania magistratu, taryfę biletową czy część politycznych priorytetów. Znacznie mniej, żeby rozpocząć budowę metra, zwiększyć dostępność mieszkań albo gruntownie przebudować krakowską komunikację miejską.
Dlatego podczas kampanii warto pytać nie tylko: „czy podoba mi się ta obietnica?”. Równie ważne są dwa inne pytania: ile będzie kosztować i kto w Radzie Miasta podniesie za nią rękę?
Bo po referendum łatwo powiedzieć, że Kraków trzeba naprawić. Prawdziwy sprawdzian zacznie się wtedy, gdy trzeba będzie uzgodnić, jak tę naprawę przeprowadzić.



















