niedziela, 31 lipca 2022 16:05

Ciało po wyciągnięciu z wody wszędzie wygląda tak samo. Jak wygląda praca ratownika wodnego?

Autor Mirosław Haładyj
Ciało po wyciągnięciu z wody wszędzie wygląda tak samo. Jak wygląda praca ratownika wodnego?

Na plaży we Władysławowie bywa blisko 60 tysięcy ludzi jednego dnia. W szczycie sezonu po mazurskich jeziorach pływa nawet 170 tysięcy osób. Praca na jeziorach i rzekach różni się od tej nad morzem. Tutaj nie ma tak wysokich fal, sztormów czy prądów wstecznych. Więcej jest jednak wirów czy glonów oplatających nogi i ręce. No i samobójców skaczących z mostów do rzek. Ciało po wyciągnięciu z wody wszędzie jednak wygląda tak samo.

Ratownictwo – w szczególności wodne – ma w sobie coś uzależniającego. Kiedy ratownik gotów jest walczyć o ludzkie życie, zawsze naraża też swoje. Wobec zagrożenia reaguje odruchowo. Nie kalkuluje, nie waha się. Bohaterowie na co dzień bezimienni i anonimowi, przez cały rok ratujący setki ludzkich istnień, w książce Dawida Góry otrzymują twarze i głosy. Każdy z nich doskonale zna ogłuszający dźwięk miarowego rytmu serca, kiedy mierzy się z głębią.

W książce „WOPR. Życiu na ratunek” poznajemy szczegóły pracy ratowników, ciężkiej i niebezpiecznej, a jak się okazuje, również często lekceważonej przez społeczeństwo. To wstrząsający i poruszający reportaż o najtrudniejszych akcjach i zawodowej codzienności. O zasadach, które ratują życie, i żywiole, który uczy pokory.

Pamiętam twarze niemal wszystkich zmarłych, których wyciągnąłem z wody – mówi Przemysław Regulski, ratownik wodny, jeden z bohaterów książki. Jak ratownicy radzą sobie w ekstremalnych sytuacjach? Co czują, kiedy ratunek przychodzi za późno? Jak ich pracę postrzegają najbliżsi? Reportaż „WOPR. Życiu na ratunek” wciąga od pierwszej strony i trzyma w napięciu aż do końca.

O książce rozmawiamy z jej autorem Dawidem Górą oraz ratownikiem wodnym Michałem Warchołem.

Dawid Góra/Fot.: Michał Puchała, Michał Warchoł/Fot.: Facebook, archiwum prywatne
Dawid Góra/Fot.: Michał Puchała, Michał Warchoł/Fot.: Facebook, archiwum prywatne, Michał Warchoł/Fot.: Facebook, archiwum prywatne

Sezon urlopowo-wakacyjny praktycznie się rozpoczął, co widać po tłumach nad wodnymi akwenami. Od lat wśród przyczyn zgonów nad wodą niezmiennie brawura i alkohol… Statystyki nie kłamią. Możemy mówić o pladze tego typu zachowań?

Dawid Góra, dziennikarz Wirtualnej Polski, autor reportażu „WOPR. Życiu na ratunek”: – Tak, plagą jest brawura po spożyciu alkoholu. Rzadko bowiem pojawia się samoistnie. Alkohol osłabia percepcję, po alkoholu wiele spraw wydaje się błahszych, wiele zagrożeń mniej niebezpiecznych. Dlatego wielu ludzi, będąc pod wpływem, podejmuje decyzje, które są nieracjonalne, a czasami wręcz absurdalne. Najgorsze, że często nie dotyczą tylko ich samych, ale także ich bliskich.

Pewien ojciec, który usłyszał, że znaleziono jego dziecko błądzące po plaży bez opieki, najpierw poszedł do hotelu zjeść i napić się czegoś, aby promile szybciej ulotniły się z krwi. Dopiero po godzinie przyszedł po dziecko, które w tym czasie było przerażone – wydawało mu się, że świat o nim zapomniał. Dziecko nie myśli racjonalnie, boi się, a bez rodziców czuje się porzucone i zagrożone. Szkoda, że nie wszyscy rodzice potrafią uświadomić sobie tak oczywiste prawdy.

Co, pana zdaniem, jest przyczyną takiej sytuacji?
Góra: – Radek Wiśniewski z Mazurskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego często powtarza, że turyści, pakując się na wakacje, zapominają zabrać ze sobą mózgu. Oczywiście to olbrzymie uogólnienie, bo większość turystów ma świadomość, jak powinna zachowywać się na plaży. Jednak tymi, którzy mają z tym problem, rządzi poczucie nieograniczonej wolności – są wakacje, a więc, w ich mniemaniu, nie muszą się niczym przejmować. Przyjechali odpoczywać, więc nie pozwolą, aby coś lub ktoś im przeszkodził. Tym czyść może być rozsądek. A kimś choćby ratownik.

Pana zdaniem sprzedaż i konsumpcja alkoholu na plaży powinny być zabronione?
Góra: – Nie powinno się ograniczać wolności, dlatego że część osób nie potrafi z niej korzystać. To miecz obosieczny, niesprawiedliwość. Jednak przeciętni użytkownicy plaż również powinni reagować, kiedy widzą, że krzywda dzieje się choćby dzieciom – one same nie są w stanie przeciwstawić się głupocie rodziców. A jeśli plażowicze boją się zainterweniować, zawsze mogą poprosić o pomoc ratowników.

Inna sprawa, że wypadki o fatalnych skutkach na ogół mają miejsce poza strzeżonymi plażami. Ratownicy i tak reagują, ale niekoniecznie dostrzegą, co dzieje się kilkaset metrów od plaży, której pilnują.

W książce już na wstępie dostajemy opis dramatycznej akcji ratunkowej, ale z happy endem. Jednak nie każda akcja kończy się szczęśliwie. W jaki sposób ratownicy odreagowywania stres? Zdążają się przypadki rezygnacji z dalszej służby z powodu traumy albo poczucia winy?
Góra: – Zdarzają się, najczęściej u młodych niedoświadczonych ratowników. Czasem wystarczy jedna nieudana akcja, aby nawet silny młody mężczyzna stwierdził, że ta służba nie jest dla niego. We Wrocławiu usłyszałem, że jeden z ratowników zrezygnował już po pierwszej akcji. Co ciekawe była udana, ale nie poradził sobie z poczuciem odpowiedzialności, kiedy kierował działaniami grupy innych ratowników. Późniejsze natrętne myśli i analizy sprawiły, że nie podołał obciążeniu psychicznemu.

Każdy ratownik, właściwie bez wyjątku, powtarza, że do widoku zwłok i niepowodzeń można się przyzwyczaić. Ale to, jaki wpływ mają takie zdarzenia na jego dalsze życie, nikt nie wie. Michał Warchoł, ratownik z Mazur, porównał to do kamyczków wrzucanych gdzieś do głowy. Każda następna akcja jest kolejnym. Nigdy nie wiadomo, kiedy koszyczek, którym w tym przypadku jest nasz umysł, się napełni i wreszcie nie będzie w stanie udźwignąć obciążenia.

A skąd pomysł na reportaż o ratownikach WOPR-u?
Góra: – Sam fakt, że powstały książki o lekarzach, policjantach, strażakach, ratownikach górskich, ratownikach medycznych – a do tej pory nie było o ratownikach wodnych – jest wymowny. Jestem dziennikarzem, reportażystą. Ratownicy wodni często są niezauważani, pomijani, dlatego stali się bohaterami mojej książki. Ale chęć, z jaką opowiadali o swoich przeżyciach i wszystkim, co związane z ich pracą, wskazuje na to, że czuli potrzebę, aby o tym opowiedzieć.

Panie Michale, jest pan ratownikiem, czy jakaś akcja ze względu na stopień trudności zapadła panu w pamięć?

Michał Warchoł, ratownik Mazurskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego, nurek: – Każda w pewien sposób zostaje w głowie. Nigdy jednak nie odczułem szczególnej trudności podczas akcji. Znam mazurskie jeziora i wiem, jak dopasować sprzęt do okoliczności i miejsca wypadku. Jeszcze przed rozpoczęciem interwencji, wszystko mam dokładnie ułożone w głowie.

Akcja, którą przypomniałem sobie jako pierwszą po zadaniu przez pana pytania, miała miejsce w Sylwestra 2011. Rodzina zgłosiła zaginięcie siedemdziesięcioośmioletniego mężczyzny w okolicach Jeziora Wydmińskiego. Codziennie chodził na spacer z psem. Jego celem był cmentarz, na którym odwiedzał niedawno zmarłego syna. Pierwszego dnia nie udało się odnaleźć zaginionego. Drugiego dnia przyjechałem w miejsce jeziora, które było najbliżej drogi. Miałem przeczucie, że właśnie tam znajdę tego pana. A intuicja, przynajmniej, jak dotąd, nigdy mnie nie zawodziła. Zszedłem pod wodę, przeszukałem odpływ, ale bezskutecznie. Popłynąłem w kierunku drugiego brzegu, tam widoczność w wodzie była nieco lepsza. I niemal od razu zauważyłem rękę. Była wyciągnięta w górę. Wolno kołysała się w wodzie, jakby ktoś nią machał i próbował mi powiedzieć: „Tutaj jestem”. To wyglądało, jakby ten mężczyzna sam pomógł się odnaleźć, abyśmy mogli przekazać ciało rodzinie.

A pamięta pan najtragiczniejszą interwencję z jaką miał styczność?
Warchoł: – Trudno wybrać tę jedną - najtragiczniejszą. Na pewno wśród nich byłaby ta na jeziorze Tałty z 18 czerwca tego roku. Szukaliśmy ośmioletniej dziewczynki, która nie wypłynęła na powierzchnię po zatonięciu łodzi motorowej. Okazało się, że została uwięziona w kabinie pod pokładem. Pamiętam też choćby sprawę, która miała miejsce dwa lata temu – zderzenie motorówki ze skuterem wodnym. Mężczyzna, który płynął skuterem miał mocno uszkodzone ciało, szczególnie głowę. Rodzina jednak mocno naciskała, aby nadal prowadzić resuscytację. Zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że szanse na uratowanie pana są nikłe, ale oczywiście robiliśmy, co mogliśmy. Nadzieja rodziny na cud była olbrzymia.

Czy brał pan udział w jakaś nietypowej akcji, np. ratowania czworonoga?
Warchoł: – Dla mnie te akcje nie są dziwne, ale zapewne mało kto wie, że część naszych interwencji faktycznie dotyczy zwierząt. Niedawno myśliwi postrzelili jelenia. Zwierzę nie zginęło od kuli, ale ranne chciało przepłynąć z jednego na drugi brzeg Jeziora Bełdany. Ostatecznie utonęło. Nasza interwencja polegała na podjęciu ciała jelenia z dna.

Ponadto zdarzyło mi się wyciągać bobra uwięzionego w studni czy konia, który utopił się zimą pod lodem jeziora. Chłopaki z Giżycka całkiem niedawno uratowali natomiast dwa łosie, które wpadły do wody i nie potrafiły wyjść na brzeg.

Czy ratownicy czasami żartują z akcji w których brali udział?
Warchoł: – Zdarzenia w wodzie nigdy nie są zabawne. Z żywiołem nie ma żartów. Czasem między ratownikami zdarza nam się jednak żartować na temat osób, które zrobiły coś kompletnie absurdalnego, ale uniknęły tragedii. Kiedyś dostaliśmy informację o panu, który nocą przepłynął jezioro Bełdany. Za nim inny mężczyzna wypłynął go szukać. Obaj bezpiecznie dotarli do brzegu, ale musieliśmy ich pouczyć, że nocą się nie pływa. W każdym momencie mogło nastąpić zderzenie z jednostką, której sternik nie zauważyłby człowieka w wodzie. Nie mówiąc już o znaczniej utrudnionej orientacji w terenie nocą. Kiedy rozpoczęliśmy rozmowę, jeden z panów zaczął się chwalić, że też jest ratownikiem. Osłupieliśmy. To był ratownik wodny z głębi Polski, nie pamiętam już dokładnie, skąd. Okazuje się, że sama koszulka i zdane egzaminy nie wystarczą, aby mądrze zachowywać się nad wodą.

Wielu młodych myśli o pracy w WOPRze czy MOPRze. Czy każdy nadaje się na ratownika? Jak wykłada selekcja i szkolenie?
Warchoł: – Nie każdy się nadaje do służby ratowniczej, tak samo, jak nie każdy nadaje się na piekarza, muzyka, aktora czy strażaka. Potrzeba predyspozycji, jak w każdym zawodzie. U nas dużą rolę odgrywa psychika. Można być niezwykle wysportowaną osobą z dużą wiedzą, a jednak nie potrafić ratować. Można być świetnym ratownikiem basenowym, a nie radzić sobie w jeziorach, rzece czy w morzu.

Każdy ratownik musi przejść kurs pływania. Potem następuje kurs na ratownika wodnego. W Polsce, aby zostać czynnym ratownikiem wodnym należy mieć ukończone 18 lat. Do tego dochodzi kurs kwalifikowanej pierwszej pomocy i konieczność posiadania przynajmniej jednego uprawnienia dodatkowego, czyli np. stermotorzysty, płetwonurka czy operatora radia. Wszystko reguluje ustawa. Jednak poza tym, co mówi prawo, niezwykle przydatne jest doświadczenie w takiej pracy oraz znajomość topografii. Musimy dokładnie znać obszar działania, choćby po to, aby skutecznie interweniować nocą. Ratownictwo wodne skupia ludzi nie tylko wykwalifikowanych, ale także pełnych pasji. Inaczej nie da się dobrze wypełniać swoich obowiązków.

Jakich rad udzieliłby pan planującym odpoczynek nad woda?
Góra: – Nie lubię radzić, bo to wygląda, jakbym czuł się mądrzejszy od standardowego wczasowicza. Jednak jestem pewny, że na plażach powinniśmy się kierować dokładnie tymi samymi zasadami, co na co dzień – w szkole, na studiach czy w pracy. Wszystko z umiarem i nie zapominajmy o tym, że podczas urlopu nie stajemy się nagle superbohaterami o nadzwyczajnych siłach. W wodzie wystarczy jeden błąd, aby czas, który miał sprawić, że będziemy szczęśliwsi, zamienił się w prawdziwą tragedię.

I nade wszystko dbajmy o tych, z którymi wypoczywamy. Od opieki rodzicielskiej nie ma przerwy i wyjątków.

Fot.: Dawid Góra/Fot.: Michał Puchała, Michał Warchoł/Fot.: Facebook, archiwum prywatne, materiały prasowe

Polska

Polska - najnowsze informacje