Biała Gwiazda zmierzyła się na Stadionie Narodowym z mistrzem Polski Jagiellonią Białystok. Wisła, choć miała swoje okazje, ostatecznie przegrała po bramce swojego byłego piłkarza Mikiego Villara.
Superpuchar ma to do siebie, że nie jest najistotniejszym meczem w historii praktycznie żadnego klubu. Zwykle to jest miły dodatek, a nie cel sam w sobie. Jagiellonia Białystok jako mistrz Polski gra obecnie nie tylko w lidze, ale też świetnie sobie poczyna w Lidze Konferencji Europy, wygrywając kolejne spotkania, docierając na ten moment do 1/4 finału. Czas, by znaleźć termin na jeden mecz, o trofeum, które jest co najwyżej ciekawostką, był ciężki do zrealizowania.
- Zobacz też:

Przez tak naprawdę ogólnopolski bojkot kibiców, w środowy wieczór na Stadionie Narodowym pojawiło się jedynie 10,5 tysiąca kibiców. Jest to najgorszy wynik frekwencyjny, odkąd ten obiekt istnieje. Oczywiście swoje dołożył fakt, że spotkanie miało miejsce w środku tygodnia, a nie weekend. Nie mniej wynik jest absurdalnie niski.
Niezły mecz Wisły
Choć ani Jagiellonii, ani Wiśle specjalnie nie uśmiechała się organizacja tego meczu w kwietniu, gdzie obie drużyny mają swoje cele na horyzoncie, to po wielu miesiącach przekładanych terminów, w końcu doszło do starcia, którego stawką był Superpuchar Polski.
Spotkanie co by nie mówić nie rozpieszczało. Jaga od samego początku dała Wiśle przejąć kontrolę nad meczem, czekając na odpowiedni moment, by zaatakować. W efekcie podopieczni trenera Jopa oddali dwa razy więcej strzałów od mistrzów kraju. Nie mniej jedna szczęśliwie zakończona kontra w zupełności wystarczyła. Strzał Churlinova na pustą bramkę dobił były piłkarz Białej Gwiazdy Miki Villar, dla którego tym samym to drugie trofeum zdobyte w Polsce.
Brak alternatywy dla Rodado
Wisła się nie poddawała, starając się grać nadal swoje. Kilkukrotnie ciekawymi próbami wykazywali się Kacper Duda, Olivier Sukiennicki, James Igbekeme czy Łukasz Zwoliński. Ten ostatni tak po prawdzie bardziej je kreował, niż z nich korzystał, choć mógł czasem zachować się bardziej egoistycznie. To nie był mecz napastnika Białej Gwiazdy, któremu ewidentnie brakowało pewności w decyzjach.
Co by nie mówić dobry czas Zwolińskiego po objęciu drużyny przez trenera Jopa minął dokładnie w listopadzie ubiegłego roku. To wtedy na 11 spotkań miał 13 goli udziału wliczając gole i asysty. Jednak coś zacięło się w jego formie od domowego meczu z ŁKS-em Łódź wygranego wtedy po jego dwóch bramkach 2:1.
Znany obraz dla kibica
Wisła przegrała mecz, choć nie wyglądała źle. Sporo kibiców w komentarzach zwracało uwagę, że podobnie jest w rozgrywkach ligowych. Jest pewna zależność jeśli chodzi o sferę mentalną. W trwającym sezonie Biała Gwiazda do przerwy musi co najmniej remisować. W innym wypadku ciężko o pozytywne wyniki.
Podobnie jak z Jagiellonią, tak samo w 1 lidze rywale strzelili gola w pierwszej połowie i to w zupełności wystarcza. Wisła się stara, kreuje akcje, oddaje strzały, nie raz więcej niż rywale, ale na 25 kolejek ligowych tylko dwa razy gdy podopieczni Jopa przegrywali do przerwy, mecz nie skończył się porażką. Brakuje zatem reakcji po przerwie. Zdecydowanie lepiej sobie radzą w sytuacji, w której obejmują prowadzenie, albo chociaż remisują.
Dobry kalendarz w kwietniu
Jagiellonia wygrywa Superpuchar Polski drugi raz w swojej historii, a Wisła może już skupić się na lidze. Do końca zagrają z walczącymi o utrzymanie zespołami, jak Warta Poznań, Chrobry Głogów, Odra Opole i Pogoń Siedlce. To powinna być punktowa zabudowa pod wyjazdowy mecz w Niecieczy z Bruk-Betem Termalica, który zaplanowano na 25 kwietnia. Sezon jeszcze się nie skończył. Wisła ma całe mnóstwo do ugrania.
Fot: Mateusz Łysik / Głos24