piątek, 31 maj 2019 15:41

Chrzanów : Historia we wspomnieniach cz.4 - Nieznany podobóz

Od lat rozmawiam z różnymi starszymi ludźmi o zapomnianych już prawie podobozach Auschwitz-Birkenau, które znajdowały się w Gromcu i Ziajkach.

 Kilka dni temu rozmawiałem z dwiema paniami: 84-letnią Marią Niemczak i 78-letnią Walerią Rudnicką (z domu Piwowarczyk), które opowiedziały o tych obozach. To nie do uwierzenia, że te dwa podobozy nie są uwiecznione w archiwach Muzeum Auschwitz! Z relacji moich rozmówców wynika, że więźniowie w tych podobozach mieli na sobie „pasiaki” lub „chwilowo inne łachmany”. W głodzie, chłodzie i strachu ciężko pracowali przy usypywaniu ziemią wału przeciwpowodziowego. W pobliżu był zamontowany wielki bagier, którym wybierano ziemię i taśmociągiem ładowano ją do koleb stojących na szynach wąskotorówki. Więźniowie pchali te pełne koleby aż do miejsca, w którym usypywano wał. Nieraz były to dość spore odległości. Po jakimś czasie do ciągnięcia tych koleb zaczęto używać lokomotywy parowej - od iskrzącego komina lokomotywy spaliły się jednak 2 domy i 4 stodoły.

Następnie, po całodziennej harówce niemieccy strażnicy prowadzili więźniów do domu Stanisława Wilczaka - folksdojcza, gdzie przed wojną w jego piętrowym domu na wielkiej sali odbywały się zabawy i wesela. Teraz w tej sali, a także w pozostałych izbach i w przybudówce ustawiono łóżka piętrowe, na których spali więźniowie. Część świadków podaje, że było tam około 100 osób, inni twierdzą, że mogło być ich nawet ponad 150.

Miejscowi ludzie dyskretnie dokarmiali więźniów, rzucając im coś do jedzenia, gdy prowadzono ich do pracy lub z pracy. Wygłodzeni więźniowie szybko podnosili jedzenie i chowali pod swoje „pasiaki”, by nikt tego nie zauważył. Krzysztof Gworek, jeden ze świadków tamtych zdarzeń, wspomina: - Byłem wówczas 10-letnim chłopcem i dałem  kromkę chleba z masłem choremu więźniowi, siedzącemu obok stodoły Wilczaka. Ten więzień przez chwilę trzymał ją w ręce, prawdopodobnie zastanawiał się, czy ma ją od razu zjeść, czy podzielić się nią z innymi więźniami. Dzielenie się jedzeniem było przecież ich świętą zasadą. Naraz zjawił się wachman i widząc więźnia z kromką chleba, natychmiast go zastrzelił... Dobrze, że ja zdążyłem odejść i byłem już za płotem, bo mógłby mnie taki sam los spotkać… - dodaje Krzysztof Gworek.

O dokarmianiu więźniów mówi też pani Maria Niemczak. - Zza Wisły z różnych wsi, m.in. Polanki, Osieka, przychodziły rodziny więźniów i w różny sposób podrzucały im żywność – wspomina. – W wale jest wielu zasypanych więźniów, którzy w czasie ciężkiej pracy padli tam z wycieńczenia. Bagiermajstrem był folksdojcz z Szyjek, Dziwak, który cały czas donosił na więźniów... Karą dla nich była śmierć. Zabitych więźniów w kolebach przewożono następnie do stodoły i tam ich układano.

Z kolei pani Waleria Rudnicka wspomina, że jej ojciec, Józef Piwowarczyk miał konie i wóz, i zabitych więźniów woził do spalenia w obozie Auschwitz. - Tam widział jeszcze większą ludzką tragedię niż w Gromcu. A Niemcy zagrozili mu, że musi być „głuchy i niemy”, bo inaczej zginie. Zawsze jednak w obroku miał schowany chleb i tam w obozie dawał go zgłodniałym więźniom.

Pani Waleria Rudnicka pod koniec rozmowy, prawie z płaczem przekazała mi również, że obok obozu w Brzezince mieszkała jej ciotka, którą często odwiedzała. Widziała tam obóz małoletnich dzieci, które były odbierane rodzicom, gdy tych przywożono do obozu. – Orkiestra dęta, stojąc na podwyższeniu z desek, głośno grała wtedy piękne przeboje, żeby zagłuszyć płacz i krzyki niewinnych dzieci, na które puszczano wściekłe i głodne wielkie psy. Zwierzęta żywcem rozszarpywały dzieci i pożerały ich ciała…

 Wiesław Koneczny

Zrealizowano w ramach stypendium z budżetu Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

DMP/1939/AB/10   

36/literatura/2010-II

Piotr Sosin

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.