czwartek, 11 lipiec 2019 08:48

Historia pewnego zegara. Rozdział III. Odcinek 20

Otóż pewnego razu, kiedy wypalano cegłę, kilku robotników zostało po normalnych godzinach pracy, aby tej czynności dopilnować.

Wszystko było w porządku. Miał węglowy, którym była przesypana cegła wolno się palił. Nie było silnego wiatru, który by powodował, że ogień za bardzo się rozpali i może spowodować zlepienie się cegły w jedną bryłę, co byłoby katastrofą. A więc wspomniani robotnicy trochę się nudzili, a tu przecież cała noc przed nimi. Ale młodość nie pozwoli na nudy, tak i oni znaleźli sobie zajęcie. Jeden z nich dostał, nie wiem w jakich okolicznościach od pewnego myśliwego ustrzelonego zająca. Przecież go do domu nie poniosę, pomyślał. Zresztą był kawalerem, to tyle zjeść mu było tego zająca tutaj co i w domu. Jak pomyślał, tak zrobił. Ale przecież w cegielni nie było takich sprzętów, żeby można tego zająca przyrządzić, ani też przypraw. Ale jak się chce psa uderzyć, to i kij się znajdzie. Najpierw któryś z nich ściągnął z zająca skórę, potem wypatroszył, elegancko wymył i mięsko do smażenia gotowe. Zdjętą skórę pieczołowicie nadział na sporządzone na prędko z grubszej gałęzi prawidło i powiesił w przewiewnym miejscu, aby wyschła. Nie można było jej zmarnować, bo za taką skórkę dostawało się dziesięć złotych żywej gotówki.

Na naczynie do smażenia wykorzystano wielki gar, prawie kocioł, który był używany do gotowania dla robotników kawy zbożowej. Do takiego gara wsypało się jedno opakowanie kawy, nalało się do pełna wody i gotowało. Po ugotowaniu odstawiło się z ognia  aby wystygła i piło się nie słodzoną jako napój chłodzący w upalne dni. To był dopiero napój, nie to co teraz ta woda niby mineralna. Przecież taka kawa zbożowa ma jakieś wartości i pita zimna w upalne dni z powodzeniem zaspakaja pragnienie. Przynajmniej nie osłabia.

Smalec kupiono w pobliskim sklepie, a o cebulę, czosnek, czy inne przyprawy nie było zmartwienia, wszakże cegielnia położona była wśród pól uprawnych. Nie wiem dlaczego tych pyszności nie przyrządzano na tej kuchni, co była gotowana kawa, tylko wymyślili takie miejsce, że nawet Salomon by nie wymyślił. Otóż któryś poddał projekt, aby ten gar wynieś na piec do wypalania cegły, dostać się do żarzącego ognia i tam smażyć tę potrawę. Nie było to takie proste, ani łatwe, gdyż piec miał wysokość około sześć metrów, a wyjść tam można było jedynie po drabinie, która była na wyposażeniu, jednakże była pół metra krótsza i nie sięgała na odpowiednią wysokość. Resztę trzeba było pokonać we własnym zakresie, wczołgując się na ten piec. Ale bez trudu wytransportowano ten garnek, ustawiono w odpowiednim miejscu, a po jakimś czasie czuć było roznoszące się zapachy. Mało tego wymyślili jeszcze jeden numer akrobatyczny, aby wszyscy, a było ich sześciu wyszli tam do góry, bo tam jest cieplutko, a na dole odczuwało się już przedjesienny chłód. Po chwili wdrapywali się jeden po drugim po drabinie w górę i nawet im to sprawnie szło. Tam znaleźli odpowiednie miejsce, gdzie jeszcze ogień ani dym nie dochodził, rozsiedli się, a czekanie na smaczny kąsek umilali sobie nalewką czystą jak kryształ. I tak czas płynął, zając się pięknie smażył, a oni siedzieli w cieple, aż się ściemniło. Kiedy pyszne mięso z zająca było gotowe, żadnemu już się jeść nie chciało. Trochę zaczęli próbować, ale nie dawali rady ponieważ ich żołądki były tak pełne, że o jedzeniu nie było mowy. Pozostał problem zejścia na ziemię. I to był rzeczywiście problem wydawałoby się nie do przeskoczenia. Nie dość, że drabina była za krótka, to jeszcze ten szum w łepetynach ten problem wyolbrzymiał. No ale co było robić. Trzeba było coś wymyślić. I jeden z tych, który był na dole wymyślił. Na szczęście była w cegielni lina i jeden koniec tej liny przywiązano do słupa podtrzymującego zadaszenie pieca, a drugim opasywano każdego z nich po kolei i pomału schodzili po drabinie będąc zabezpieczeni liną. A gar też zjechał bezpiecznie na linie i na drugi dzień śniadanko było wyśmienite. Garnek wyszorowali, nagotowali kawy zbożowej i cały dzień raczyli się tym czarnym trunkiem. A cegła? To był najlepiej wypalony piec w tym roku.

fot nr 1. Tyle pozostało po cegielni w Skorczowie. Z prawej strony stał piec do wypalania cegły. Foto autor.

 Następna przygoda też była nie mniej wariacka jak poprzednia. Pewnego dnia byłem w cegielni w jakiejś sprawie. Telefonu nie było, to w każdej pilniejszej sprawie trzeba było iść pieszo lub jechać na rowerze. Kiedy tam zaszedłem był przed cegielnią leśniczy z flintą na ramieniu. Rozmawialiśmy. Był tam jeszcze kierownik cegielni i jacyś dwaj rolnicy. Nie wiem komu przyszło do głowy, aby sobie postrzelać z tej dubeltówki leśniczego. W każdym bądź razie dubeltówka poszła w ruch. Ale do czego będziemy strzelać? Niedaleko, bo w odległości około dwudziestu pięciu metrów stał drewniany ustęp z solidnych desek w dobrym stanie. A to strzelimy do tego ustępu. Strzelił jeden, strzelił drugi i trzeci, to następny też chce i tak strzelaliśmy na okrągło około dwadzieścia minut. Jak wspomniałem wyżej cegielnia była na uboczu, wśród pól, domów blisko nie było, obok przechodziła droga, ale w tym czasie rzadko uczęszczana, to raczej te strzały nikomu nie przeszkadzały. Tak jak każda przyjemność się kończy, tak i ta się skończyła. Jeszcze jakiś czas rozmawialiśmy i już miałem wracać do Gromadzkiej Rady, ale jeszcze zaszedłem do ustępu. Otwieram drzwi i co widzę? Strzępy desek. Drzazgi zwisające z góry na dół i duże szczapy poziomo. Nie dało się tam wejść. Z zewnątrz tego nie było widać, kilkanaście dziur po kulach i tyle, natomiast wewnątrz – Sodoma i Gomora. Przyszedłem do leśniczego i kierownika cegielni i mówię idźcie zobaczyć ustęp. No przecież widzimy. Ustęp jak ustęp. Leśniczy nawet nie chciał iść, bo wiedział co tam może zobaczyć, ale poszedł kierownik z jednym robotnikiem. To co zobaczyli wprawiło ich w osłupienie. Tego się nie spodziewali, żeby od małego śrutu takie spustoszenie zrobić, a leśniczy tylko się uśmiechał spod wąsa: to były naboje na grubego dzika, powiedział. No i cóż były na grubego dzika, to były, teraz trzeba tę przyjemność naprawić. I tak też zrobili. Wiszące szczapy usunęli, a za parę dni wymienili kilka desek najbardziej pogruchotanych. I wszystko było w porządku.

 Do wypalania cegły potrzebny był miał węglowy i grubszy węgiel w mniejszej części. Aby go kupić nie było to takie proste. Trzeba było mieć zlecenie z Centrali Zbytu Węgla w Warszawie. Nie wiem czy tej nazwy trochę nie przekręciłem, ale czy tak, czy inaczej w tym przypadku do Warszawy trzeba było jechać. Wybrano odpowiedni dzień i w tym celu miał jechać przewodniczący Stefan Falęcki i kierownik cegielni Stefan Gucał. A może i ja bym z wami pojechał? – zapytałem,  słysząc o wyjeździe. Naprawdę? To jak chcesz to możesz jechać. – powiedział przewodniczący. Ja do tamtej pory jeszcze w Warszawie nie byłem, a więc chętnie się chciałem przejechać, co mi szkodzi i zobaczyć naszą stolicę. Nie wiedziałem, że przewodniczący Gromadzkiej Rady Stefan Falęcki w Warszawie służył w wojsku i dość dobrze znał ówczesną Warszawę, a wiedzą chciał podzielić się z nami. Sekretarz Oleś też wyraził zgodę, abym jechał. Jeszcze tylko potrzebne było pozwolenie mojej żony i wieczorem ruszyliśmy w drogę. Do Kazimierzy Wielkiej doszliśmy pieszo na stację kolejową. Tam wykupiliśmy bilety i około godziny dwudziestej ruszyliśmy kolejką wąskotorową przez Pińczów do Jędrzejowa.

 Ciąg dalszy nastąpi                                                          

 CZAS

 Na wielkich kołach

rzeczywistości

toczy się dzień.

Za nim biegnie czas,

jak tabun koni

wzbijających tumany kurzu.

Dla jednych kłusem,

drugich cwałem,

a często galopem

dla innych.

Smagany ostrogami życia,

aby wspiąć się na horyzont

błękitnego nieba,

płynie nie bacząc

na dziejowe przeszkody.

Nieubłaganie pędzi

do przodu, zostawiając

historię pisaną

w biegu dziejów

piórem codzienności.

 

Zdzisław Kuliś

Donosy, styczeń 2011 r.

 

 

 

Piotr Sosin

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.