poniedziałek, 31 sierpnia 2020 12:54

Proroctwo roku ’39. Klęskę Polski można było przewidzieć?

Autor Mirosław Haładyj
Proroctwo roku ’39. Klęskę Polski można było przewidzieć?

1 września minie 81 lat od czasu wybuchu II wojny światowej. Wydarzeniem bezpośrednio ją poprzedzającym było zawarcie 23 sierpnia paktu Ribbentrop – Mołotow. To właśnie wtedy przypieczętowany został los Polski. Tego, co wydarzyło się w 1939 roku, nie można było przewidzieć. Czy na pewno?

W kontekście powyższych data warto przypomnieć jeszcze jedną – 21 czerwca 1939 r. Tego dnia władze II RP skonfiskowały książkę Władysława Studnickiego "Wobec nadchodzącej drugiej wojny światowej". Autor przedstawił w niej sytuację geopolityczną Polski w obliczu podjętych przez ministra Becka decyzji i opisał konsekwencje czekające nasz kraj. A opisał je bardzo dokładnie, przewidując nie tylko sam atak Niemiec na Polskę, ale także to, że po wojnie nasza ojczyzna zostanie przez Brytyjczyków oddana Stalinowi, jako zapłata za jego wejście w koalicję antyhitlerowską. Pewną ironią losu jest to, że ten sam cenzorski gest sanacyjnych władz został powtórzony w III RP przez część organizatorów konkursu na Historyczną Książkę Roku 2019.

Czystka

Sprawa książki Studnickiego, w obliczu głośnego casusu Piotra Zychowicza przeżywającego w tym samym konkursie podobne perypetie z własną publikacją dotyczącą Wołynia, mogła przejść niezważona. Dlatego warto uściślić, że w plebiscycie organizowanego przez IPN, TVP, Polskie Radio i Narodowe Centrum Kultury z listy książek startujących o tytuł na Historyczną Książkę Roku 2019 wykreślono także „Wobec nadchodzącej drugiej wojny światowej” Studnickiego. Wznowienie tej książki dokonane przez Wydawnictwo Universitas było nominowane w kategorii źródło historyczne. Dodatkowo w całej sprawie bulwersował fakt, że obie zgłoszone publikacje przeszły wcześniej preselekcję i zostały zakwalifikowane do konkursu (członkowie jury Nagrody imienia Oskara Haleckiego recenzują nadesłane pozycje). Według regulaminu wyróżnienie zostaje przyznawane przez czytelników, którzy głosują w internetowym plebiscycie. Nie bez znaczenia jest też to, że „czystka” tytułów biorących udział w konkursie została dokonana w chwili, gdy książka Zychowicza (nominowana w kategorii Książka Popularnonaukowa) prowadziła w głosowaniu.

Sytuacja w przypadku Studnickiego była nieco inna, ponieważ książka została usunięta komisyjnie decyzją części jury, co nie zmienia faktu, że dokonano tego, jak już napisałem, po zakwalifikowaniu jej do finałowej piątki. Na temat kontrowersji wokół konkursu można przeczytać w sieci szereg artykułów. O całej sprawie dość napisać, że przewodniczący jury – prof. Sławomir Cenckiewicz w akcie protestu podał się do dymisji a ostatecznie konkurs anulowano. Wydawać by się mogło, że 80 lat mijające od premiery publikacji Studnickiego, to wystarczający okres czasu , żeby przedwojenne emocje związane z jej wydaniem (i zarekwirowaniem) ostygły. Okazuje się jednak, że po latach dostarcza ona nowych kontrowersji. Pytanie tylko, czy te współczesne nie są próbą przykrycia tych z dnia premiery. Te ostatnie wydają się bowiem bardziej żywotne, niż to na pierwszy rzut oka się wydaje. Trudno nie odnieść bowiem wrażenia, że książka Studnickiego stając okoniem przeszkadza dzisiejszej historycznej narracji w której Polska jawi się jako honorowa i nieświadoma, zdradzona przez swoich sojuszników i pozostawiona na pożarcie dwóm zaborcom.

Antysemicka

Bezpośrednią przyczyną takiego, a nie innego obejścia się z książką Studnickiego w konkursie było posądzenie autora i jego dzieła o antysemickość. Studnicki jeden z rozdziałów książki poświecił analizie środowisk żydowskich i ich wpływowi na ówczesne życie społeczno-polityczne. Do tego wątku autor powraca także w innych miejscach swojej pracy, przy okazji omawiania innych kwestii związanych z polityką państwa polskiego i jej kierunków. Kwestia oceny dokonana przez publicystę wileńskiego „Głosu” może być co najmniej dyskusyjna. Mimo ostrego komentarza i mocnych wyrażeń, należy zauważyć, że Studnicki kwestii semickiej poświęca tylko krótki rozdział, który w obliczu innych treści przezeń prezentowanych jest poniekąd wątkiem pobocznym, tudzież uzupełniającym. Nie zmienia to oczywiście ciężaru wypowiedzi autora. Nie mniej poruszenie wątku żydowskiego odbywa się w kategorii polityczno-gospodarczej. Mówienie o interesach czy wpływie tej, lub innej grupy społecznej jest dla analityka naturalne. Jeżeli uważa, że mają one znaczenie dla działań podejmowanych przez państwo, musi je uwzględnić. Ponadto, podobnie, jak żydów, Studnicki traktuje bolszewików a także poszczególne państwa europejskie – takie jak Wielka Brytania, Francja, Włochy, czy wreszcie Rosja i Niemcy. Im również poświęca osobne rozdziały i zarysowuje ich potencjalne korzyści i straty płynące w wybuchu wojny. Pokazuje przy tym różne mechanizmy wpływające na kształtowanie się sytuacji Polski na arenie międzynarodowej.

Wyraźna niechęć Studnickiego do narodu semickiego nie oznacza jednak, że wszystkie zastrzeżenia wnoszone przez członków jury konkursu na Historyczną Książkę Roku są zasadne. Wytykany przez nich brak, zarówno z posłowiu jak i przedmowie, odpowiedniego komentarza poruszającego temat antysemickości można uznać za częściowo sensowny. Nie mniej nazywanie „Wobec nadchodzącej drugiej wojny światowej” polskim „Mein Kampf” nie jest poważne i zakrawa o niedorzeczność. Z pewnością odpowiednie ulokowanie publikacji Studnickiego w szerszym kontekście historycznym i społecznym, wszystkim stronom sporu wszyło by na dobre. Dokonanie kompetentnej oceny retoryki autora na tle wypowiedzi z epoki (płynących zarówno z Polski, jak i świata) z pewnością pomogłaby dzisiejszemu czytelnikowi w lekturze.

Wystawianie na pierwszy plan antysemickości Studnickiego wydaje się być mimo wszystko nadużyciem. Zaciera to też prawdziwy obraz wydźwięku jego książki i intencji z którą była pisana. Nie mniej, gdyby przedstawione powyżej kwestie zostały w książce omówione, możliwe, że nie doszłoby do oskarżeń a tym samym usunięcia książki z konkursu. Ale w niczym to nie usprawiedliwia wykonania przez część konkursowej kapituły wyroku śmierci na publikacji, która wcześniej uznana została za niewinną i dopuszczona do finału.

Warto też zwrócić uwagę, że książka Studnickiego była nominowana w kategorii „Źródło historyczne”, co oznacza, że nawet pozbawiona jakiegokolwiek komentarza świetnie się w tej roli sprawdzała. Może wprawdzie zostać użyta także przez osoby niespecjalnie życzliwe Polakom, ale taka jest właśnie rola źródła. Zaczerpnąć z niego może każdy, a kwestia tego, do czego później zostanie użyta woda, to inna sprawa. Po prostu, taka jest rola źródła. Podobnie z treścią i jej interpretacją oraz motywacją, która nią kieruje. Tylko, że na gruncie nauki (a przecież takową jest historia) istnieje jeszcze proces weryfikacji teorii. Można ją konfrontować z faktami i poddawać osadowi w ich świetle. Można dyskutować i analizować. Niemniej, przy opisie własnej historii nie możemy kierować się strachem i lękiem, tudzież fałszywą troską o dobro interesu narodowego, czy chęcią obrony dobrego imienia. Zamiatanie sprawy pod dywan niczego nie załatwia. Kontrowersje trzeba badać i nad nimi dyskutować, a nie prewencyjnie cenzurować i robić z nich temat tabu. Kwestie historyczne powinni rozstrzygać historycy, ale historycy niezależni, niebojący się „międzynarodowego skandalu”. Lepszą jest przecież sytuacja w której pokazujemy, że oto Studnickiego znamy, dyskutujemy o nim, mamy szereg prac naukowych na jego temat i że jego dorobek jest ważna z punktu widzenia naszej historiografii, z tego względu, że gdy wszyscy zapewniali o naszym bezpieczeństwie, on jeden twierdził, że będzie inaczej.

Sytuacja jest też niepokojąca z tego względu, że stwarza niebezpieczny precedens w historycznym pisarstwie. Skoro usunięto jedno źródło, nic nie stoi na przeszkodzie, by kolejne zostały w ten sam sposób dewaluowane. Ta „historyczna prewencja” nie zmienia faktu, że osoby chcące oskarżać Polaków o antysemityzm i tak znajdą ku temu powód. Jeden Studnicki tu nic nie zmienia. Jeśli sami nie napiszemy naszej historii zrobią to za nas inni.

Po lekturze „Wobec nadchodzącej drugiej wojny światowej” potrafię zrozumieć, z czego wynika brak odniesienia się do „antysemickości”, zarówno w przedmowie Jana Sadkiewicza, jak i posłowiu Piotra Zychowicza, który wytykali członkowie jury. Otóż temat poruszany przez Studnickiego jest tematem tak dużego kalibru, że zwyczajnie nie starcza miejsca na inne sprawy. Wobec wysuniętych przez niego wniosków płynących z analizy sytuacji w jakiej znalazła się Polska latem 39’, wątek żydowski zwyczajnie schodzi na (dużo) dalszy plan. Obserwacje poczynione przez autora na temat Ojczyzny w tamtym okresie, swoim ciężarem i wielkością całkowicie burzą oficjalną narrację historyczną. Stąd Sadkiewicz swoje omówienie zatytułował „Kasandra polska” pokazując tym samym, co w omawianym przez niego tekście jest najważniejsze. Z kolei Zychowicz w autorskim „Jak Władysław Studnicki próbował uratować Polskę” stara się pokazać, czemu miała służyć publikacja autora wileńskiego „Głosu”. Trudno zresztą o inną interpretację, patrząc na ówczesną mapę Europy i Polskę znajdującą się między blokami dwóch potężnych państw totalitarnych, zwłaszcza, że historia dowodnie potwierdziła tezy zawarte w omawianej publikacji.

Prorocza

Książkę Studnickiego formalnie lepiej jest uważać raczej za większą broszurę, lub odezwę posiadającą mocniej rozbudowaną cześć uzasadniającą głoszone tezy, niż publikacją stricte analityczną. Wskazuje na to przede wszystkim jej bądź co bądź mała objętość w porównaniu do złożoności problemów, które porusza. Poza tym pisana była w pośpiechu. Dlatego zarzucanie jej przez recenzentów „ogólnikowości” nie ma sensu. Taką miała być. Zarysowane tło jest jedynie szkicem, który omawia poszczególne kwestie w sposób maksymalnie skrótowy i bez szczegółowych dywagacji. To wszystko służy jednemu: by na tak przygotowanym podłożu jak najwyraźniej odmalować los czekający Polskę w skutek decyzji podjętych przez osoby stojące na czele rządu. Pisanie o profetyzmie Studnickiego w żaden sposób nie może zostać uznane za przesadzone, czy naciągane. Owszem, nie wszystkie jego tezy sprawdziły. Jedne były całkowicie chybione, inne częściowo. Ale po pierwsze, rzadko się zdarza, by przewidywania analityków w 100% odpowiadały rzeczywistości, a po drugie – historia Gibraltaru, Hiszpanii, czy Holandii to wątki poboczne. Studnickiego interesowała Polska. I jej los niestety został przez niego przewidziany. Na dowód tylko jeden fragment:

„Deklaracja ta (polsko-angielska, dop. M.H.) nie jest przymierzem polsko-angielskim; jest raczej zapowiedzią przymierza obronnego między tymi państwami. Ponieważ obecnie zarysowuje się na horyzoncie wojna państw Osi z Wielką Brytanią - deklaracja ta może wciągnąć Polskę do wojny, gdyż Polska będzie uważana za sprzymierzeńca Wielkiej Brytanii. Deklaracja formalnie nie narusza paktu o nieagresji z Niemcami, zawartego w 1934 roku, lecz została potraktowana przez Niemcy jako wejście Polski w przymierze z wrogim obozem w przededniu wojny. Może to mieć dla Polski opłakane konsekwencje. Przy wojnie na dwa fronty usiłuje się zlikwidować słabszego przeciwnika, a tym słabszym jest Polska i wojna światowa może się rozpocząć wojną polsko-niemiecką. O ile dojdzie do skutku przymierze angielsko-polskie, to w razie wojny państw Osi z państwami zachodnimi Polska zostanie napadnięta przez Niemcy, które na zachodzie wobec walki pozycyjnej (linie Maginota i Siegfrieda) nie potrzebują rzucać gros swych sił  na granice francuska i rzucą ją na Polskę, gdzie możliwa jest tylko wojna ruchoma, dążąca do szybkiego rozstrzygnięcia. Wobec tego deklaracja angielska oraz nasza odpowiedź na nią nie zmniejsza, ale zwiększa nasze niebezpieczeństwa. Anglii nie możemy być nigdy pewni. (…) Największe jednak niebezpieczeństwo ze strony Anglii polega na tym, że pragnie udziału Rosji sowieckiej w kolacji. Czym jednak za ten udział może Rosji zapłacić? Tylko ziemiami polskimi. Tylko naszym wschodem, tj. województwami leżącymi za Bugiem i Sanem. Nie ulega wątpliwości, że będzie to klauzura tajna, Polsce nieznana”. (str. 122-123)

Najbardziej szokujące jest pytanie, dlaczego nikt z ówcześnie rządzących nie chciał go słuchać? Z dzisiejszej perspektywy, konfiskata nakładu „Wobec nadchodzącej drugiej wojny światowej” jawić się może jako zdrada stanu i sabotaż.

Nie będę szczegółowo omawiał wątków poruszanych przez Studnickiego. Wymagają one osobistej lektury i własnej konfrontacji z nimi. Dość napisać, że w obliczu wiedzy wyniesionej ze szkoły, myśli autora mogą wywołać szok i niedowierzanie. Studnicki kłuje intelekt i sumienie. Nie pozwala na myślenie, że byliśmy pozostawieni samym sobie, zdradzeni. Że nie można było pewnych rzeczy przewidzieć.

Drzazga w oku

Próby dewaluacji książek Studnickiego i jego osoby zaskakują. Przy okazji reedycji Universitasu pojawiły się głosy, które przedstawiają go jako nic nie znaczącego, podstarzałego tetryka, który w ramach popuszczenia swoim frustracjom wydał jakąś tam broszurkę. Otóż władza nigdy nie rekwiruje nic nie znaczących książek. Władza rekwiruje książki dla siebie niebezpieczne, a publikacja Studnickiego taką była. Jej intencją było uświadomienie ówczesnego społeczeństwa co do zagrożenia, jakie zawisło nad krajem w wyniku decyzji prominentnych polityków II RP. Taką samą funkcję spełnia i dzisiaj, burząc obowiązującą narrację historyczną i kłując w oczy, które zaszły bielmem samousprawiedliwienia.

Fot.: Wydawnictwo Universitas
Cytowany fragment dzięki uprzejmości wydawcy

Dobra książka

Dobra książka - najnowsze informacje