środa, 21 kwietnia 2021 19:04

Czy odkopane na bocheńskim Rynku szkielety, to szczątki czarownic?

Autor Mirosław Haładyj
Czy odkopane na bocheńskim Rynku szkielety, to szczątki czarownic?

Po odkryciu na bocheńskim Rynku w listopadzie i grudniu ubiegłego roku dwóch szkieletów, pod koniec marca tego roku odnaleziono trzeci, co wydaje się potwierdzać podania o spalonych czarownicach, znane z przekazów historycznych. Kobiety oskarżone o czary miały zginać na stosie pod koniec XVII w. Czy to ich szczątki zostały odkopane?

To pytanie z pewnością jest teraz częściej zadawane niż to, o datę zakończenia prac na płycie modernizowanego placu. Znalezisko mocno rozpala nie tylko wyobraźnię archeologów, ale też mieszkańców. Niestety, dopóki nie zostaną przeprowadzone dokładniejsze badania, przypuszczenia nadal pozostają tylko przypuszczeniami i, jak zauważa st. kustosz Anetta Stachoń z Działu Historycznego Muzeum w Bochni im. prof. Stanisława Fischera, stawiana hipoteza jest „nad wyraz śmiała”. Dla naszej rozmówczyni, która zajmowała się już sprawą podania o spaleniu na stosie na bocheńskim Rynku trzech czarownic i jest w tym temacie ekspertem, cała sprawa nie skrywa „żadnych sensacji czy wyjątkowych odkryć”. Jednak to, co dla naukowca jest przedmiotem chłodnej analizy i wiedzy historycznej, na osobie postronnej musi robić i robi wrażenie.

Bocheńskie znalezisko prowokuje do zadawania pytań. Czy Polska rzeczywiście była krajem bez stosów, jak zwykło się uważać? Czy inspiratorem polowań na czarownice była Inkwizycja? Jaką skalę miały prześladowania i czy rzeczywiście należy je przypisywać mrokom średniowiecza? Czy palone na stosach kobiety rzeczywiście miały związek z nieczystymi mocami? Wreszcie, kim były bocheńskie czarownice? Na powyższe zagadnienia i kilka innych, odpowiada st. kustosz Anetta Stachoń z Działu Historycznego Muzeum w Bochni im. prof. Stanisława Fischera.

Pani Anetto, media obiegło sensacyjne doniesienie o odnalezieniu trzech szkieletów, które miałby być szczątkami czarownic straconych pod koniec XVII w. Jak ustosunkować się do tych rewelacji?
– Jeśli chodzi o odkrycia na bocheńskim Rynku, to moim zdaniem, w chwili obecnej niczego nie można przesądzać. Hipoteza, iż rzekomo są to szkielety kobiet spalonych na stosie z oskarżenia o czary, jest nad wyraz śmiała i na razie nie potwierdzona odpowiednimi badaniami znalezisk. Na pewno będzie można więcej powiedzieć po badaniach antropologicznych, tudzież innych badaniach specjalistycznych, jakim zapewne poddane zostaną owe kostne szczątki.

Jest pani autorką artykułu zatytułowanego „Wspólniczki Diabła. Czarownice z Bochni, Wiśnicza, Uścia Solnego i okolicznych wsi”, który ukazał się w Roczniku Bocheńskim. Czy może pani przybliżyć nam sprawę z roku 1679, kiedy to na miejskim rynku miało dojść do spalenia kobiet oskarżonych o czary?
– Mój artykuł o procesach czarownic na Bocheńszczyźnie ukazał się w 1995 r. w Roczniku Bocheńskim (tom III) i co za tym idzie, nie jest żadną nowością. Nie skrywa też żadnych sensacji czy wyjątkowych odkryć. Pisząc go bazowałam na źródłach archiwalnych oraz wypisach do nich sporządzonych przez Stanisława Fischera i Henryka Machnickiego a także na dostępnej wówczas literaturze przedmiotu. Procesy o czary, a co za tym idzie egzekucje skazanych, miały miejsce w polskich miasteczkach przez cały wiek XVII i pierwszą ćwierć wieku XVIII i Bochnia nie jest tu żadnym wyjątkiem. Jako znaczące, bogate solą miasto w Małopolsce, Bochnia miała nawet własnego kata, który zajmował się przesłuchiwaniem oskarżonych i wykonywaniem wyroków. Według źródeł historycznych w Bochni o czary oskarżono około 30 kobiet, które, zgodnie z panującym prawem zwyczajowym, najpierw pławiono ( tj. związaną kobietę zanurzano w zbiorniku wodnym, jeśli utrzymywała się na powierzchni i nie tonęła świadczyło to o jej winie i pomocy diabła, który ratuje od śmierci swoją wspólniczkę) a później, jeśli próba wody przybrała niekorzystny obrót dla domniemanej czarownicy – poddawano trzykrotnym torturom. Przyznanie się do winy podczas tortur było równoznaczne z wyrokiem skazującym na śmierć przez spalenie żywcem na stosie. Taki los spotkał ok. 40% oskarżonych.

W roku 1679 przed obliczem sądu bocheńskiego stanęły początkowo dwie kobiety, które uznano za czarownice: Regina Wierzbicka i Maryna Mazurkowa. W trakcie przesłuchania przyznały się do zaprzedania duszy diabłu i szkodzenia ludziom za pomocą proszku sporządzonego z prochów zamordowanego i spalonego przez nie dziecka, które kupiły od mieszczanina Józefa Jazwca. W rzeczywistości, prawdopodobnie dziecko miało im pomóc w intrydze mającej na celu wmówienie ojcostwa niejakiemu Bartoszowi Ogrodnikowi, z którym Regina utrzymywała wcześniej stosunki cielesne i pozyskanie tym sposobem od rzekomego ojca pieniędzy, które pozwoliłyby Reginie i jej wspólniczce wydźwignąć się z nędzy. Regina bowiem nie miała pracy, była wdową, a rodzinę straciła jako młoda dziewczyna. Torturowana Wierzbicka swoimi wyznaniami wydała wyrok śmierci nie tylko na siebie, ale także na swoje wspólniczki. Powszechną praktyką procesów o czary było powoływanie do odpowiedzialności przez przesłuchiwaną innych kobiet, które rzekomo uczyły ją czarostwa, lub wspólnie z nią praktykowały magię: sąsiadek, krewnych, nawet matek. Oprócz Mazurkowej Wierzbicka wskazała niejaką Borucinę z Niedar, za której radą czarowała swojego kochanka Ogrodnika m.in. gotując mu zupę z żaby. Według Wierzbickiej Borucina była jej nauczycielką potrafiącą odbierać krowom mleko i latać na miotle. To ona właśnie namówiła Reginę do pozyskania dwunastotygodniowego niemowlęcia, którego ciało po intrydze z Ogrodnikiem, posłużyć jej miało do sporządzenia czarodziejskiej lampy dla złodziei. Według ówczesnych wierzeń knoty tych lamp wykonane były z żył wyprutych z ciał niemowląt, a ich blask pozwalał odnaleźć niedostępne innych śmiertelnikom skarby.

Fot.: M. Paternoga
Fot.: M. Paternoga

Czy rzeczywiście oskarżone kobiety prały się magią? Może chodziło o to, że były np. zielarkami, albo dysonowały jakąś wiedzą, której posiadanie nie było wówczas kobietom zabronione?
– Oczywiste jest iż te nieszczęsne kobiety nie były żadnymi czarownicami i nie parały się magią. Niektóre z nich natomiast zapewne były zielarkami znającymi lecznicze właściwości wielu roślin, tudzież preparatów pochodzenia organicznego i zwierzęcego. Służyły pomocą członkom swojej społeczności ratując ich niejednokrotnie od śmierci. Pomagały w chorobach i bólach wszelkiego rodzaju. Jak wiadomo, dostęp do lekarza z dyplomem, w owym czasie, zarezerwowany był jedynie dla nielicznych osób z warstw wyższych. Moim zdaniem, aby ustrzec się błędu i nie zaszkodzić potrzebującym, przygotowywane przez siebie lecznicze mikstury, zielarki najpierw wypróbowywały na sobie. A były to m.in. naprawdę silne środki przeciwbólowe, halucynogenne, narkotyczne, przenoszące je zapewne w inne stany świadomości. Aby dobrać odpowiednią dawkę i rodzaj kuracji trzeba było wielu prób i poświęceń. Być może też zaprzyjaźnione zielarki wymieniały się doświadczeniami na spotkaniach w swoim gronie. I tu - moim zdaniem - należy szukać początku konceptu sabatu czarownic i ich niesamowitych wizji, o których opowiadały podczas tortur. Odurzone sporządzonymi przez siebie specyfikami zapewne nierzadko doznawały złudzenia unoszenia się w powietrzu, a ich umysł, niczym umysł narkomana, wytwarzał obrazy widzialnych nieludzkich kreatur podobnych do diabła tak często opisywanego wówczas w kościelnych tekstach.

Temat czarownic jest jednym z mitów związanych ze średniowieczem i Inkwizycją. Czy polowanie na czarownice miało u nas podobną skalę, jak w innych krajach Europy? Polska uchodzi za kraj bez stosów.
– Należy jasno powiedzieć, iż procesy o czary nie mają nic wspólnego z Inkwizycją. Ta ostatnia parała się ściganiem heretyków czyli odstępców od jedynej słusznej wiary katolickiej. Procesy o czary odbywały się na ziemiach polskich przed sądami świeckimi, a wyroki były zgodne z ówczesnym prawodawstwem Rzeczpospolitej. Kolejny mit powtarzany do znudzenia to mit Polski jako kraju bez stosów. Według współczesnych szacunków, bardzo umiarkowanych w stosunku do tych sprzed 25 lat, na które powoływałam się w swoim artykule, w całej Europie, od końca XV wieku do połowy XVIII stulecia, z oskarżenia o czary przed sądem stanęło ok. 80-90 tysięcy osób. W naszym kraju było to ok. 2-3 tysięcy. Należy jednak mieć na uwadze, że liczby te mówią o procesach udokumentowanych. Nie znana nam jest liczba samosądów, jakie odbywały się – przypuszczam w owym czasie całkiem często – nad domniemanymi czarownicami. W wielu wsiach to sami zainteresowani: zawistni sąsiedzi, zazdrośni mężczyźni, niezadowoleni z efektu leczenia chorzy – wymierzali sprawiedliwość.

Jak do kwestii polowań na czarownice odnosił się Kościół?
– W odróżnieniu od magii, która towarzyszyła praktykom życia codziennego człowieka od zarania jego dziejów, czarownice to twór nowożytnej europejskiej cywilizacji i jej beneficjenta – Kościoła katolickiego. Trzeba mocno podkreślić, że procesy o czary to nie czasy "mroków średniowiecza" ale czasy zapaści ekonomicznej, kulturalnej i politycznej naszego kraju, czyli druga połowa wieku XVII i początek XVIII stulecia. To właśnie wtedy zacofanie, zabobon, brak edukacji i idące za nimi uwstecznienie umysłowe i kulturalne Polaków osiągnęło swoje apogeum. Stosunek Kościoła do prześladowań czarownic był jednoznaczny i poparty odpowiednimi dokumentami. Najwyższe autorytety kościelne czynnie popierały walkę z czarownicami. W roku 1484 papież Innocenty VIII wydał bullę Summis desiderantes affectibus, zrównując w niej magię z herezją, co dało podwaliny pod prześladowanie osób rzekomo parających się czarami. W bulli papieża Sykstusa V z końca XVI stulecia odnaleźć można następującą charakterystykę czarownic: "zawierają przymierze ze śmiercią i pakt z piekłem, robią z diabłem wyraźną umowę dla odkrycia spraw nieznanych, znalezienia skarbu albo popełnienia zbrodni. Używają bezecnych zaklęć magicznych, przedmiotów i trucizn (...), ofiarują demonom różne ofiary".

To właśnie nauka Kościoła katolickiego nakazywała wiernym widzieć w oskarżonych wspólniczki diabła w czynieniu zła na ziemi. A dlaczego właśnie kobiety? Bo one, słabsze fizycznie ale też psychicznie z natury, niczym pramatka Ewa w raju, łatwiej ulegają podszeptom diabła. Mężczyzna, w katolickiej wykładni wiary w czary, ma w sobie moc obronić się przed diabelską mocą. Co ciekawe, taką moc przypisywano też ludziom szlachetnie urodzonym, również kobietom. Dlatego o czary oskarżano kobiety niższego pochodzenia: mieszczki i chłopki, bez majątku i męskiego poparcia, często wdowy, sieroty, żebraczki, prostytutki. W rzeczywistości chodziło o to, że im trudno było odeprzeć zarzuty i nikt nie stawał w ich obronie. Albowiem pieniądze, tak w przeszłości jak i dzisiaj, czyniły cuda. Dysponując odpowiednią gotówką, przekupując odpowiednie osoby poczynając od oskarżyciela, poprzez sędziów, a kończąc na kacie, można było uchronić się od procesu i niekorzystnego wyroku. Najłatwiej więc było uczynić kozła ofiarnego z najsłabszych i najbiedniejszych obywateli.

Fot.: Jakub Rąpała
Fot.: Jakub Rąpała

Czy na czarownice polowano jeszcze na długo po wspomnianej epoce? Bocheńska egzekucja przypada na koniec XVII wieku.
– Zgodnie z obowiązującym na ziemiach polskich niemieckim prawem karnym, czarownice, podobnie jak sodomitów, świętokradców, podpalaczy i fałszerzy monet, karano spaleniem żywcem na stosie. Oddanie się szatanowi uchodziło za zbrodnię o wiele gorszą niż rabunek, gwałt czy morderstwo, które karano stryczkiem albo ścięciem w zależności od statusu społecznego przestępcy. Wyrok wykonywano zazwyczaj w tym samym dniu, w którym został wydany, albo nazajutrz o świcie. W Bochni miejscem egzekucji był rynek, gdzie nad wykopanym uprzednio dołem ustawiano wokół wysokiego drąga niewielki stos drewna. Po przepaleniu się drewna kości wiedźmy spadały do dołu niczym do piekielnej otchłani. Skazaną zazwyczaj przywiązywano do śmiertelnej konstrukcji w pozycji stojącej lub leżącej. Oskarżoną o czary w 1679 r. Reginę Wierzbicką przywiązano za ręce i nogi w pozycji stojącej do drąga górującego nad stosem. W praktyce polskich sądów zdarzały się wyjątki zaostrzenia lub złagodzenia wyroku. Surowszy wyrok zapadał wówczas, gdy domniemana czarownica przyznała się także do profanacji hostii. Wówczas śmierć w płomieniach poprzedzało upalenie skazanej samych rąk. Natomiast w ramach złagodzenia wyroku sąd zarządzał najpierw ścięcie mieczem, a dopiero w następnej kolejności, spalenie martwego ciała na stosie. Taki precedens miał miejsce w Bochni w roku 1688, kiedy to córkę Jadwigi Marcowej, uznaną za mniej winną od matki, skazano na ścięcie mieczem i wrzucenia ciała do ognia, w którym żywcem płonęła matka.

Ostatnia publiczna egzekucja na ziemiach polskich miała miejsce w 1773 r. w Doruchowie, w powiecie wieluńskim, kiedy to na śmierć w płomieniach skazano aż 13 rzekomych czarownic. Poruszone tym wydarzeniem bardziej światłe grupy obywateli sprawiły, że już trzy lata później, na sejmie w roku 1776 na wniosek kasztelana bieckiego Wojciecha Kłuszewskiego, przeprowadzona została uchwała zabraniająca wszystkim sądom rozpatrywania spraw o czary i zakazująca jakiejkolwiek władzy wydawać wyroki skazujące na śmierć. Tym sposobem, formalnie, był to kres tej haniebnej praktyki. Jednak ustawa sejmowa nie zmieniła wierzeń i sposobu myślenia mieszkańców polskich wsi i miasteczek. Jeszcze przez wiele lat na naszych ziemiach dochodziło do licznych samosądów na domniemanych czarownicach, o których przebiegu i rezultatach milczą źródła historyczne. Badania etnograficzne dowodzą, że jeszcze u progu XX wieku duża liczba ludności chłopskiej i małomiasteczkowej wierzyła w diabły i działające pod ich wpływem czarownice. Ankieta przeprowadzona w 2011 r. mówi, że co trzeci obywatel naszego kraju wierzy, że możliwe jest rzucenie na kogoś złego uroku (!).

Niestety, współczesny świat nie jest wolny od wiary w magię i czarownice. Tam gdzie panuje bieda i brak edukacji wiara ta szerzy się w przerażającym tempie. Do najbardziej szokujących wydarzeń dochodzi w krajach Afryki, ale także w Indiach, Papui Nowej Gwinei czy krajach Ameryki Środkowej. Według raportu organizacji zajmujących się prawami człowieka w samej Tanzanii, tylko w roku 2012 w wyniku oskarżeń o czary zginęło 630 osób, a w roku 2013 aż 765. W delcie Nigru od 1990 r do 2008 r. oskarżono o czary 15 tysięcy dzieci. W statystykach "polowań na czarownice" przewodzą dziś takie państwa jak Nigeria, Tanzania, Kenia, Burkina Faso, Zambia czy Benin. Oskarżenia o czary dotykają tam nawet dwuletnie dzieci. Są one oblewane kwasem, torturowane i palone żywcem. Ich czaszki przebija się gwoździami, zmusza do wypicia cementu, trucizny, zakopuje żywcem. A co najstraszniejsze, dzieci jako czarownice nigdy nie stanowiły części afrykańskich wierzeń. Wiarę w diabły i ich wspólniczki w postaci kobiet, a później również dzieci, przynieśli do Afryki ewangeliccy pastorzy, którzy chętnie bogacili i bogacą się nadal na opłatach pobieranych za przeprowadzane przez nich egzorcyzmy. W lutym 2017 r. w miasteczku El Cortezal w Nikaragui, pastor wraz z wiernymi dokonał samosądu na rzekomej czarownicy paląc żywcem na stosie wzniesionym w pobliżu zboru dwudziestopięcioletnią kobietę Vilmę Trujillo.

Fot. tyt.: Jakub Rąpała

Fot.: M. Paternoga
Fot.: Jakub Rąpała

Bochnia

Bochnia - najnowsze informacje