poniedziałek, 16 maja 2022 08:00

W opowieściach dzieci z getta nie ma nadziei. Jest tylko wojna, trauma i tragedia

Autor Mirosław Haładyj
W opowieściach dzieci z getta nie ma nadziei. Jest tylko wojna, trauma i tragedia

Powstanie w getcie warszawskim wybuchło 19 kwietnia 1943 r. Za datę końcową tego militarnego zrywu przyjmuje się 16 maja, kiedy to Niemcy wysadzili w powietrze Wielka Synagogę przy ul. Tłomackie. O ile bohaterski czyn zamkniętych w getcie warszawskich Żydów jest obecny w naszej pamięci, o tyle nie zawsze pamiętamy o najmłodszych ofiarach zamkniętych w gettach utworzonych na terenach okupowanej Polski przez nazistowskiego najeźdźcę. Należne im miejsce w historii przywraca dziennikarka Magda Łucyan, która w swojej książce "Dzieci getta" opisuje niezwykłe historie świadków okrutnych czasów.

Powstanie w getcie warszawskim uznawane jest za największy zryw wolnościowy Żydów w czasie II wojny światowej, jaki dokonał się z bronią w ręku oraz pierwsze wielkomiejskie powstanie na okupywanym przez Niemców kontynencie europejskim. Naznaczony olbrzymim tragizmem bohaterski czyn jego uczestników na zawsze zapisał się w historii Polski. Jednak historia gett to nie tylko powstanie w Warszawie, ale przede wszystkim codzienna męczarnia zamkniętych w nich tysięcy osób, wśród których znajdowali się także najmłodsi. W ich przypadku nie sposób nie odnieść wrażenia, że wyrok śmierci wydano na nich jeszcze przed narodzinami. Świat, który znali, zniknął nagle wraz z napaścią Niemców na Polskę. Niemal od razu oni i ich rodziny stali się dla okupantów podludźmi. Z miesiąca na miesiąc rosły represje, odbierano im kolejne prawa, aby w końcu zabrać im także to najbardziej podstawowe – prawo do życia.

Niemcy zamknęli wszystkich Żydów w wyznaczonych, szczelnie zamkniętych dzielnicach. W gettach. Tam codziennie towarzyszyły im potworny głód, wszechogarniający strach i lęk przed utratą kogoś bliskiego. Patrzenie na śmierć i cierpienie stało się ich codziennością. Cieszyć mogli się tylko tym, że mają jeszcze dość sił, aby przeżyć kolejny dzień. Magda Łucyan postanowiła dotrzeć do ludzi, którzy swoje dzieciństwo spędzili w getcie i pamiętają tamten czas.

– Uznałam po prostu, że skoro jesteśmy ostatnim pokoleniem, które ma możliwość, by rozmawiać oraz słuchać bezpośrednich świadków i uczestników wojennych wydarzeń, to powinniśmy z tego skorzystać. Niestety tych osób z dnia na dzień jest coraz mniej, czego także osobiście bardzo boleśnie doświadczam. Z mojej pierwszej książki poświęconej powstańcom, z dziewięciu bohaterów, pięć osób już nie żyje. Więc po prostu uznałam, że warto, że należy, że trzeba, dać im przestrzeń w której ocaleli będą mogli opowiedzieć swoje historie i przekazać nam swoje spojrzenie na świat, na dzisiejszą Polskę, na wartości, na to, co jest ważne. To mną motywowało – by po prostu dać im miejsce. Żeby to zapisać, nagrać

– mówi autorka "Dzieci getta" w rozmowie z Głosem24.

Ta książka nie jest ani łatwa, ani przyjemna. Składa się z relacji z piekła na ziemi, bo granice każdego z gett były granicami życia i śmierci. Opisuje niewyobrażalne okrucieństwo, pokazuje, do czego zdolny jest człowiek… W końcu mury zakończone drutem kolczastym nie wzięły się znikąd. Jak każde zło, tak i Holocaust, zaczynał się od małych – wydawałoby się niewinnych – kroków. Wytykanie palcami, zakaz korzystania z niektórych miejsc kultury, parków czy pływalni, możliwość robienia zakupów tyko po godzinie 17, powolne odbieranie praw i odczłowieczanie… Niedługo później były już cyklon B, komory gazowe i wielkie piece krematoryjne, które pracowały przez całą dobę. Powstały setki gett i wielkie obozy zagłady. Plan wymordowania całego narodu żydowskiego przestał być już tylko planem. Stał się rzeczywistością dzięki tysiącom ludzi owładniętych niemiecką nazistowską ideologią.

Ta wielka zbrodnia pochłonęła około sześciu milionów ofiar. Sześć milionów osób. Ojców i matek, braci i sióstr, synów i córek. Niemcy mordowali wszystkich – nie miało znaczenia, czy są w sile wieku, czy dopiero wzięli pierwszy oddech. Jedynym kryterium było pochodzenie. Kolor włosów, kształt nosa… „Semicki wygląd”. „Żydostwo”.

Józio z odstającymi uszami, uśmiechnięta Krysia z kruczoczarnymi włosami, Marian z wielkimi piwnymi oczami – na nich wszystkich zapadł wyrok śmierci. Przeżyć udało się garstce.

– Wybuch wojny zniszczył mój świat, moje poczucie bezpieczeństwa. W getcie spędziłam trzy i pół roku. To było trzy i pół roku w piekle

– wspomina Krystyna, która z dziesięcioosobowej rodziny jako jedyna przeżyła wojnę.

– Na początku byliśmy jeszcze wszyscy razem, nie mieliśmy pojęcia, że nasze dni są policzone. Nie wiedzieliśmy, czym jest strach, głód i walka o życie

– tak swoje przerwane dzieciństwo pamięta Józef.

– Z czasem się do tego przyzwyczajamy. Do widoku trupów na chodnikach i do myśli, że być może ja będę następny

– wyznaje po latach Marian.

Magda Łucyan/Fot.: materiały prasowe
Magda Łucyan/Fot.: materiały prasowe

Pani publikacja to pięć wywiadów z ludźmi, których dzieciństwo przypadło na czasy II wojny światowej i z tego powodu spędzili je zamknięci w getcie. Pani rozmówcy mówią o życiu w różnych miastach w dawnej II RP a punktem wyjścia do powstania książki był cykl rozmów „Getto”, emitowany na antenie TVN24. Pani Magdaleno w pierwszej kolejności chciałbym zapytać, skąd pomysł na zajęcie się tak trudnym tematem, jak ten dotyczący żydowskich dzieci zamkniętych w gettach?

–  Cykl „Getto” był trzecim cyklem rozmów. Najpierw byli „Powstańcy” a potem „Obóz”, czyli rozmowy z byłymi więźniami Auschwitz-Birkenau. Wydawało mi się naturalną kolejnością, żeby w następnej kolejności porozmawiać z ocalałymi z Holokaustu, z tymi, którzy byli zamykani w gettach. W cyklu telewizyjnym było to getto warszawskie, w książce tak, jak pan wspomniał, wyszłam poza stolicę. Bardzo mi na tym zależało, żeby pokazać szerszą perspektywę. A co do tego, skąd pomysł… Uznałam po prostu, że skoro jesteśmy ostatnim pokoleniem, które ma możliwość, by rozmawiać oraz słuchać bezpośrednich świadków i uczestników wojennych wydarzeń, to powinniśmy z tego skorzystać. Niestety tych osób z dnia na dzień jest coraz mniej, czego także osobiście bardzo boleśnie doświadczam. Z mojej pierwszej książki poświęconej powstańcom, z dziewięciu bohaterów, pięć osób już nie żyje. Więc po prostu uznałam, że warto, że należy, że trzeba, dać im przestrzeń w której ocaleli będą mogli opowiedzieć swoje historie i przekazać nam swoje spojrzenie na świat, na dzisiejszą Polskę, na wartości, na to, co jest ważne. To mną motywowało – by po prostu dać im miejsce. Żeby to zapisać, nagrać.

Mieszkańcy getta na ulicy Leszno (1941). Widoczna leżąca ofiara głodu/Fot: German Federal Archives
Mieszkańcy getta na ulicy Leszno (1941). Widoczna leżąca ofiara głodu/Fot: German Federal Archives

Od II wojny światowej mija ponad 80 lat. Pani udało się dotrzeć do świadków tamtych wydarzeń i nakłonić ich do wspomnień, które naznaczone były traumą. Co w tej pracy było trudniejsze? Poszukiwania, czy nakłonienie do rozmowy?

– W przypadku osób, które przeszły przez getta i jedno, i drugie. Rozmowy z powstańcami były znacznie prostsze, bo oni chcieli opowiadać. Oni wtedy w jakimś wymiarze mieli sprawczość, bo sami decydowali o tym, że idą walczyć, więc w tych opowieściach jest trochę romantyzmu, jest trochę radości. W opowieściach o dzieciach getta dobrych emocji praktycznie nie ma. Jest tylko trauma, sama tragedia. To są bardzo złe, ciężkie wspomnienia, więc namówienie ich, by do tego wrócili, rzeczywiście było trudne. Poza tym, szukanie tych osób też było bardzo trudne, bo praktycznie już ich nie ma. Niemal wszyscy zostali wtedy zamordowani. Przeżyć udało się garstce. Dzisiaj z tej garstki żyje niewielu a mnie bardzo zależało na tym, by były to osoby, które pamiętają getto. Dzieci, które zostały w getcie zamknięte a potem z niego uratowane (wyniesione, wyprowadzone), ale miały wtedy rok, dwa lata, jest więcej. Tylko, że takie osoby nie mają żadnych obrazów w pamięci a mi bardzo zależało, by były to osoby, które mogą same opowiedzieć, jak to wyglądało a nie tylko odtworzyć swoje losy. Więc tutaj było to dodatkowe kryterium, na którym mi zależało a które utrudniało sprawę.

Ponadto zależało mi na tym, żeby to były różne getta, co dodatkowo utrudniało sprawę. Więc rzeczywiście nie było to proste zadanie. Tutaj często podaję przykład pani Zofii Lubińskiej-Rosset, bohaterki ostatniego rozdziału. Ona w zasadzie nikomu publicznie nie opowiedziała swojej historii, choć bardzo wiele osób starało się o to, namawiało ją, prosiło o wywiad, rozmowę. Pani Zofia tego, co zostało upublicznione na jej temat, napisała dosłownie pół strony i nic więcej. Rozmawiała o tym z bliskimi, ale nie chciała o tym rozmawiać publicznie. I gdy do niej zadzwoniłam, (oczywiście też po rozmowie, namysłach) w pierwszej chwili powiedziała: „Dobrze, ale porozmawiajmy za kilka tygodni”. Gdy po tym czasie znowu zadzwoniłam, powiedziała: „Chyba jednak nie dam rady”. Całe szczęście i bardzo się z tego cieszę, ostatecznie pani Zofia się zgodziła, ale rzeczywiście to było trudne. Widziałam, jak dużo ją kosztuje już sam fakt, że godzi się na wywiad. Zresztą u każdego z bohaterów rozmowy, widziałam duże emocje. Widziałam, że to nie jest dla nich komfortowe, że w pewnym sensie zadaje im ból, więc również sama miałam bardzo dużo wątpliwości – czy mam prawo pytać o to, co przeżyli? O te najgorsze wspomnienia, odgrzebywać traumę… Oczywiście nigdy nie naciskałam. Jeżeli były rzeczy, których nie chcieli mówić, to po prostu to przyjmowałam. Ale myślę, że wszyscy bohaterowie, z którymi rozmawiam, mają swoiste poczucie obowiązku, by dawać świadectwo temu, co się wydarzyło i opowiedzieć o tych, którzy mówić nie mogą, bo zginęli.

Łódzkie getto/Fot.: German Federal Archives
Łódzkie getto/Fot.: German Federal Archives

Czy osób, z którymi chciała pani porozmawiać było więcej? Musiała pani wybierać spośród zgromadzonego materiału?

– Myślę, że gdybym się uparła, znalazłabym więcej takich osób. Rzeczywiście, w tej książce jest mniej bohaterów niż w poprzedniej, ale też bardzo zależało mi na tym, by znacznie szerzej nakreślić perspektywę historyczną, by ramy historyczne były szersze. Uważam, że to jest temat rzadko poruszany, i w książkach, i w przestrzeni publicznej. Powstanie Warszawskie zostało historycznie opisane bardzo szeroko, więc nie było potrzeby wchodzenia głęboko w wątki historyczne, bo każdy, kto chciałby to zrobić, może na własną rękę sięgnąć po literaturę przedmiotu. W przypadku mojej książki te historie są znacznie mniej znane. O getcie jest napisane znacznie mniej, niż o obozach koncentracyjnych czy wspomnianym Powstaniu Warszawskim. Więc te pięć osób było optymalne, ale też, jak wspomniałam, nie miałam dużego grona z którego mogłabym wybierać. Były też osoby, które odmówiły, bo nie były gotowe na to, żeby wracać do przeszłości. Również z tego względu te możliwości były bardzo ograniczone.

Głodujące dzieci w warszawskim getcie/Fot.: German Federal Archives
Głodujące dzieci w warszawskim getcie/Fot.: German Federal Archives

Co dla pani osobiście było najtrudniejsze w przeprowadzaniu wywiadów z ludźmi, którzy w dzieciństwie zaznali piekła wojny? Wspomniała pani o tym, że zastanawiała się czy ma prawo pytać i przywoływać wspomnienia z dzieciństwa.

– To był fakt, że rzeczywiście w jakimś wymiarze muszę ich namawiać, co było bardzo trudne, bo miałam poczucie, że właściwie oni tego nie chcą, że nakłaniam ich do czegoś, czego nie chcą. I tak, jak mówiłam, oni mają poczucie obowiązku opowiadania o tym, ale to jest tak bolesne wspomnienie, że wprost mi mówili: dla nas spotkanie z panią oznacza nieprzespane noce, ponowne rozdrapywanie ran, to jest bardzo trudne. Ostatnio rozmawiałam z profesorem Józefem Lipmanem, jednym z rozmówców. Podarowałam mu książkę a on mówi: „Bardzo dziękuję, bardzo się cieszę. To jest bardzo ważne, ale pozwoli pani, że ja już nie będę do niej zaglądał. Nie mam siły tego czytać, bo znowu nie będę mógł spać, bo znowu te wszystkie wspomnienia wrócą”. Czyli minęło kilkadziesiąt lat, a dla nich te wspomnienia, te rany są niezwykle żywe. Ten temat jest tak potworny, że wielokrotnie podczas tych rozmów myślałam sobie: „Czy to już? Czy te najgorsze wspomnienia mamy już za sobą? Może teraz w tych relacjach będzie jakiś promyk nadziei, będzie trochę lepiej. Czy to już jest ten moment, gdzie oni wychodzą na prostą?”. I niestety każde kolejne zdanie, akapit, strona, przekonywały mnie, że nie, że to cierpienie się nie kończy, że ono jest nieustające. Więc ten temat był bardzo ciężki również dla mnie, bo non stop w nim siedziałam. Książkę pisze się jakiś czas, więc na co dzień byłam z gettem, jednym, drugim, kolejnym… Z traumami moich rozmówców, ich emocjami. Również, jak zgłębiałam wątki merytoryczne, historyczne. Na przykład, gdy oglądałam zdjęcia za każdym razem, nawet teraz, jak otwieram książkę i oglądam fotografie, to mam taką myśl: „Matko, to było naprawdę”. Za każdym razem mnie to uderza, chociaż widziałam te zdjęcia wielokrotnie. Po prostu ciężko jest uwierzyć, że to wszystko wydarzyło się naprawdę, a niestety wydarzyło się.

Zwłoki zmarłych dzieci zebrane z ulic getta/Fot.: wikipedia
Zwłoki zmarłych dzieci zebrane z ulic getta/Fot.: wikipedia

Czy pisząc książkę robiła sobie pani przerwy, żeby odpocząć od ciężaru tematu, którym się zajmowała?

– W trakcie pisania musiałam odrywać się, swoje myśli od tego tematu. Jak piszę, to narzucam sobie taką zasadę, żeby nie czytać za dużo książek o innej tematyce, nie rozpraszać się. Tym samym nie tracić czasu – skupiać się w stu procentach na pracy nad tematem. Więc robiłam co innego – oglądałam głupie seriale, żeby po iluś tam godzinach pisania, w codziennej rutynie był moment resetu, oderwania za pomocą, mówiąc wprost, czegoś głupiego. Żeby mój mózg trochę odszedł od tego, nie analizował… Mój mąż wiedział też, że żadne ciężkie filmy nie wchodzą w grę, żadne dokumenty w tematyce wojennej, Holokaustu, III Rzeszy… Tego wszystkiego unikałam jak mogłam, żeby już w czasie wolnym nie bodźcować się dłużej tą tematyką.

Dzieci w warszawskim getcie/Fot.: wikipedia
Dzieci w warszawskim getcie/Fot.: wikipedia

Czy znajduje się w książce jakaś rozmowa, która w szczególny sposób zapadła pani w pamięć?

– Bardzo ciężko jest wartościować, bo niestety każda z nich jest niezwykle traumatyczna. Mam oczywiście kilka takich fragmentów, które niczym zdjęcia na kliszy fotograficznej zapadły mi w pamięć. Na pewno jest to historia Krystyny Budnickiej, która 3,5 roku była w getcie, z czego dziewięć miesięcy spędziła pod ziemią, ukrywając się w bunkrze. Wtedy przeżyła pożar w getcie warszawskim. Bunkier nagrzewał się do czerwoności, jak piec, więc musieli uciekać w kanały. Z kolei w te Niemcy wpuszczali gaz licząc na to, że kogoś trafią, więc cała rodzina uciekała z powrotem do nagrzanego bunkru. Spaliło się im jedzenie i już wiedzieli, że zegar tyka, że muszą uciekać, szukać kontaktu po drugiej stronie. Z dziesięcioosobowej rodziny pani Krystyna Budnicka przeżyła jako jedyna. To właśnie w jej historii co krok jest kolejna śmierć. Kolejna utrata kogoś bliskiego. To jest ciągła krzywda, strata i naprawdę w tym rozdziale ma się czasem poczucie, że nie ma nadziei. Pani Krystyna mówi, że opowiada o tym, co się działo, bo chce w ten sposób postawić pomnik swoim bliskim. Pomnik, którego w fizycznym wymiarze nie ma. Ona nie ma grobu, na którym może pójść i postawić znicz, położyć kamyk. To jest forma upamiętnienia jej bliskich.
Są też relacje pani Zofii Lubińskiej-Rosset, która opowiada o zamknięciu w łódzkim getcie. Znalazła się tam razem ze swoim przyjacielem z dzieciństwa. Całe dnie spędzali w domu – wiadomo, wychodzenie na ulicę było bardzo niebezpieczne, szczególnie dla dzieci, więc były one chronione i trzymane w swoich domach. No i jak to dzieci, szukały jakiejś formy rozrywki, w jakiś sposób chciały się bawić, bo bez względu na to, jakie są okoliczności, jak mówią wszyscy moi bohaterowie, dziecko pozostaje dzieckiem i w każdej możliwej sekundzie próbuje znaleźć przestrzeń dla swojego dzieciństwa. Ale, jak się dowiadujemy, co to była za zabawa, to wszystko staje się jeszcze bardziej okrutne, bo pani Zofia razem ze swoim przyjacielem bawili się w sklep spożywczym bo było w nim jedzenie. Brali kolorowe zeszyty, robili kuleczki z jego kartek. Biała kuleczka to było mleko żółta kuleczka to był chleb, czerwona kuleczka to była marmolada… i oni to jedli, wyobrażając sobie, że spożywają prawdziwy posiłek. Byli tak głodni, że ich zabawa była tym głodem motywowana. No i właśnie, niby to jest zabawa, ale tak naprawdę to jest to potworne wspomnienie głodu. Głodu, który powodował, że nie myśli się o niczym innym ani przez chwilę swojego istnienia. I takich relacji jest bardzo dużo.
Profesor Józef Lipman, będąc już po drugiej stronie drutu kolczastego ukrywał się razem ze swoją mamą w komórce na buraki. De facto miała ona rozmiar trumny. I oni przez 12 godzin od piątej rano do piątej popołudniu leżeli na brzuchu. Potem przychodziła do nich gospodyni, dawała im coś jeść, pić i potem kolejne 12 godzin leżeli na plecach. Myślę, że szczególnie po tym roku epidemicznym, gdy wszyscy byliśmy zamknięci w czterech ścianach i wiele osób bardzo ciężko to znosiła, tym ciężej sobie wyobrazić, a może tym mocniej uderza fakt, że oni leżeli w trumnie bez ruchu, bez światła, bez niczego, żeby się uratować. Więc tych strasznych relacji i takich chwil, które zapadły mi bardzo mocno w pamięć niestety w tej książce jest bardzo dużo.

Głodujące żydowskie dzieci. Jedna z nielicznych fotografii barwnych wykonanych w getcie/Fot.: wikipedia
Głodujące żydowskie dzieci. Jedna z nielicznych fotografii barwnych wykonanych w getcie/Fot.: wikipedia

Mówiła pani o pewnej beznadziei, która przebija z tych świadectw, ale nadzieją jest chyba to, że jednak przeżyli. Jak pani rozmówcy podchodzą do tego faktu? Jaki był  ich stosunek do tego, że im się udało?

– Rzeczywiście jest tak, że pytania: „Dlaczego ja? Dlaczego mi udało się przeżyć?” wszyscy moi bohaterowie zadają sobie przez całe życie. I oni nie znają odpowiedzi na te pytania, bo w zasadzie ciężko jest znaleźć na nie odpowiedź. Jedni postrzegają to jako cud, zbieg różnych okoliczności, szczęście, przypadek… Na pewno jest to pytanie, które męczy ich przez całe życie. Próbują, odpowiadając na to pytanie, znaleźć w tym też jakiś sens. Jak mówi Krystyna Budnicka: ja nie wiem, dlaczego przeżyłam. Nie zrobiłam nic, by przeżyć. Ja po prostu trwałam. Nie byłam bohaterką, nie walczyłam o jedzenie. W żaden świadomy sposób nie przysłużyłam się do tego, żeby przeżyć, nie zasłużyłam. Tak ona mówi o sobie – nie zasłużyłam a przecież każdy zasługuje na to, żeby żyć. Dlatego, jak mówi pani Krystyna, wydaje mi się, że przeżyłam po to, by dać świadectwo o tych wszystkich, którzy nie przeżyli, którym się nie udało, którzy zginęli na którymś etapie walki o życie. I właśnie to jest straszne, że oni w pewnym sensie sobie wyrzucają, pytają siebie, dlaczego ja przeżyłem, skoro wszyscy mamy prawo do tego, by żyć.

Czy powrót do normalności ludzi z którymi pani rozmawiała był w ogóle w jakimś stopniu możliwy?

– Na pewno przez całe życie oni wszyscy próbują zapomnieć o tych wydarzeniach z dzieciństwa. Robią wszystko, by się odciąć od tego, co się wtedy działo, by tego nie pamiętać w takich szczegółach, jak pamiętają. I im to nie wychodzi. Czyli to jest tak głęboka trauma, że nie da się jej po prostu wyrzucić z pamięci, choćby bardzo chcieli. Myślę też, że wiele decyzji w ich życiu dorosłym było motywowanych właśnie tym, czego doświadczyli. Na przykład pani Zofia Lubińska-Rosette wiedziała, że zostanie lekarką – naturalnym był dla niej był pomysł, by pomagać innym ludziom, by coś robić dla innych ludzi. Ale jednocześnie przy decyzji o tym, jaką wybierze specjalizację, wpływ miało to, czego doświadczyła. Wybrała specjalizację neonatologiczną po to, by mieć kontakt z małymi dziećmi, z tymi najmniejszymi dziećmi a tym samym, by nie mieć kontaktu z ludźmi dorosłymi. Dlaczego? Bo bała się tego kontaktu. Bała się, że ktoś ją znowu skrzywdzi, bała się wykluczenia, bała się antysemityzmu. Oczywiście kontakt z noworodkami nie wyklucza kontaktu z dorosłymi, bo są rodzice. I szczęśliwie pani Zofia nie doświadczyła wielu aktów antysemityzmu. Ale właśnie to nią powodowało. Chciała się ukryć za tymi dziećmi i nie mierzyć się, nie sprawdzać tego, czy nie zostanie skrzywdzona przez dorosłych ludzi. Więc tutaj jest wiele takich przypadków. Pani Katarzyna Meloch, która była w getcie białostockim a później w getcie warszawskim, też po latach de facto wróciła do tego tematu bardzo świadomie, ponieważ przez całe życie jako dziennikarka spisywała historię ofiar Holokaustu, ocalonych z Holokaustu, by dać świadectwo, czyli całe swoje dorosłe życie, zajmowała się właśnie tym tematem, od którego równolegle chciała uciec.

Fotografia Ignacego Płażewskiego przedstawiająca pomnik Martyrologii Dziecięcej znajdujący się w łódzkim parku im. „Promienistych” (ob. park im. Szarych Szeregów). Zdjęcie powstało po 1970 r. Pomnik, który wykonany został wg projektu Jadwigi Janus i Ludwika Mackiewicza (odpowiedzialnego za założenia architektoniczne) został odsłonięty 9 maja 1971 r. Na tablicy umieszczonej przy pomniku widnieje napis: „Odebrano Wam życie, dziś dajemy Wam tylko pamięć". Pomnik w kształcie pękniętego serca (stąd druga nazwa pomnika „Pęknięte Serce”) umieszczoną ma w szczelinie postać wychudzonego chłopca – postać ta powstała na podstawie zdjęcia byłego więźnia obozu dziecięcego Edwarda Barana. Upamiętnia on istniejący w czasie II wojny światowej prewencyjny obóz policji bezpieczeństwa dla młodzieży polskiej w Łodzi (Polen-Jugendverwahrlager der Sicherheitspolizei in Litzmannstadt). W założonym w grudniu 1942 r. przebywały dzieci w wieku 8-16 lat. Obóz znajdował się w kwadracie ulic Plater, Brackiej, Górniczej, Spornej, na terenie wydzielonym z Litzmannstadt Getto. Przez obóz przeszło ok. 5 tys. dzieci, w którym panowały bardzo złe warunki. Epidemia tyfusu na przełomie 1942/1943 r. spowodowała śmierć 1/3 małych więźniów/Fot. i opis: wikipedia
Fotografia Ignacego Płażewskiego przedstawiająca pomnik Martyrologii Dziecięcej znajdujący się w łódzkim parku im. „Promienistych” (ob. park im. Szarych Szeregów). Zdjęcie powstało po 1970 r. Pomnik, który wykonany został wg projektu Jadwigi Janus i Ludwika Mackiewicza (odpowiedzialnego za założenia architektoniczne) został odsłonięty 9 maja 1971 r. Na tablicy umieszczonej przy pomniku widnieje napis: „Odebrano Wam życie, dziś dajemy Wam tylko pamięć". Pomnik w kształcie pękniętego serca (stąd druga nazwa pomnika „Pęknięte Serce”) umieszczoną ma w szczelinie postać wychudzonego chłopca – postać ta powstała na podstawie zdjęcia byłego więźnia obozu dziecięcego Edwarda Barana. Upamiętnia on istniejący w czasie II wojny światowej prewencyjny obóz policji bezpieczeństwa dla młodzieży polskiej w Łodzi (Polen-Jugendverwahrlager der Sicherheitspolizei in Litzmannstadt). W założonym w grudniu 1942 r. przebywały dzieci w wieku 8-16 lat. Obóz znajdował się w kwadracie ulic Plater, Brackiej, Górniczej, Spornej, na terenie wydzielonym z Litzmannstadt Getto. Przez obóz przeszło ok. 5 tys. dzieci, w którym panowały bardzo złe warunki. Epidemia tyfusu na przełomie 1942/1943 r. spowodowała śmierć 1/3 małych więźniów/Fot. i opis: wikipedia

Ma pani już pomysł, a może nawet pracuję nad nowym cyklem wywiadów, nową książką?

– Mój mąż póki co absolutnie zabrania mi zajmowania się tematyką wojenną. Mówi, że na razie w ogóle nie ma na to zgody, więc póki co muszę na to przystać (śmiech). Oczywiście jest to tematyka bardzo mi bliska, historyczna a jakże aktualna, chciałoby się powiedzieć. Bo niestety po latach pewne spostrzeżenia i przesłania moich rozmówców są niezwykle aktualne. I jest dla mnie bardzo ważne, by trafić do młodych ludzi, którzy być może fascynują się skrajnymi ideologiami. Liczę na to, że po prostu opowieści ludzi, którzy doświadczyli rzeczy ostatecznie złych pokażą komuś, że skrajne ideologie nie są dobre i prowadzą do strasznych rzeczy. Bo ta książka pokazuje, do czego prowadzi nienawiść, do czego prowadzi wytykanie palcami, stawianie jednych nad drugimi. Do uznania, że mamy prawo decydować o tym, kto co może, że mamy prawo komentowania czyjegoś wyglądu, tego kto kogo kocha... Myślę, że to jest bardzo ważne.

Historia

Historia - najnowsze informacje