czwartek, 1 kwietnia 2021 12:46

Dzisiaj święto kapłanów. Poznaj księdza, który ewangelizuje dzięki swojej nietypowej pasji

Autor Mirosław Haładyj
Dzisiaj święto kapłanów. Poznaj księdza, który ewangelizuje dzięki swojej nietypowej pasji

Wielki Czwartek upamiętnia ustanowienie sakramentów: kapłaństwa i Eucharystii. To także święto wszystkich księży.

Z okazji święta kapłanów porozmawialiśmy z księdzem Pawłem Michalewskim, wikariuszem z parafii Matki Bożej Bolesnej i św. Wojciecha w Opolu. Ksiądz Paweł jest nauczycielem, kapelanem ZHR, bloggerem oraz kolarzem i triatlonistą amatorem. Jego instagramowe konto – Ksiądz na rowerze – obserwuje ponad dwadzieścia tysięcy osób.

Nietypowa pasja i obecność w mediach społecznościowych ks. Pawła sprawiają, że przyciąga do siebie różnych ludzi, także tych, którym z kościołem jest nie po drodze.

Wielki Czwartek w kościele katolickim jest obchodzony jako pamiątka ustanowienia przez Chrystusa sakramentów kapłaństwa oraz Eucharystii. Jest to także święto wszystkich księży. Bycie kapłanem to powołanie, które dziś jest niemałym wyzwaniem. Czy zgodzi się ksiądz z takim stwierdzeniem?

– Sądzę, że tak. Każde ludzkie powołanie nie jest łatwe, jeśli nie ma poparcia społeczeństwa. W przypadku bycia księdzem mamy właśnie taką sytuację. Jednak, trzeba się tutaj też uderzyć w pierś, jest to naszą winą – księży, że jest to tak traktowane. Oczywiście nie całkowicie, bo wina leży po obu stronach. Dlatego tym bardziej trzeba wychodzić do ludzi i pokazywać pozytywne oblicze księży, bo nie ukrywajmy, że większość z nich jest dobra. To tak naprawdę są nieliczne przypadki, gdzie ta opinia jest bardzo negatywna, no i to niestety rzutuje na całość. Sądzę, że każdy, kto zna księży, kto się obraca w środowisku kościelnym, raczej ma dobre zdanie o kapłanach. Natomiast wracając do tego, czy dzisiaj jest łatwo być księdzem, czy trudno, to uważam, że w każdych czasach jest podobnie. Są momenty piękne, są trudne. Natomiast na pewno o wiele trudniej dzisiaj jest odpowiedzieć młodym ludziom na Boże wezwanie, niż na przykład kiedy ja wstępowałem do seminarium w 2005 roku, więc już 16 lat temu, kawałek czasu minął. Było to o wiele łatwiejsze niż dzisiaj. Obecnie, gdy się rozmawia z młodymi ludźmi, którzy myślą o poświęceniu swojego życia Panu Bogu poprzez życie kapłańskie, zakonne ,to na pewno mają o wiele trudniej, niż my lat temu dziesięć, piętnaście, dwadzieścia, trzydzieści, czterdzieści czy pięćdziesiąt. Sądzę, że gdybyśmy porozmawiali z księżmi z różnych przestrzeni czasu, to wszyscy by powiedzieli, że teraz na pewno każdy młody człowiek, który podejmuje taką decyzję, że chce odpowiedzieć na ten Boży głos wzywający go do służby w kościele, ma o wiele trudniej.

Rozumiem, że jest to związane z czarnym PR-em.

– No tak, niestety. Jak młody człowiek gdzieś myśli o kapłaństwie i zdradzi to kolegom, to zaraz powiedzą mu: ,,A gdzie ty chcesz iść? Do tych czarnych pedofilii?'' I usłyszy wiele innych różnych wyzwisk, z którymi niejednokrotnie można się spotkać. To bardzo boli człowieka, ale tak jest. Dzisiaj na pewno taki młody człowiek musi mieć dużo samozaparcia, bo to nie jest tak, jak podają statystyki, że jest mało ludzi w seminarium, że nie ma powołań. Powołania są, bo Pan Bóg na pewno obdarza powołaniami. Pytaniem jest tylko, na ile człowiek potrafi ten głos powołania rozpoznać. Po drugie, na ten głos Bożego powołania pozytywnie odpowiedzieć. I to dzisiaj jest niejednokrotnie heroizmem, bo często należy to zrobić wbrew najbliższemu środowisku i otoczeniu – przyjaciołom, znajomym, ale również rodzinie, która niejednokrotnie, mówi, że to nie jest właściwa droga. Człowiek, który jednak podejmuje taką decyzję, musi mieć naprawdę solidny kręgosłup moralny, naprawdę mocne ugruntowanie w wierze. Dlatego, jakbyśmy teraz popatrzyli na przedział wiekowy ludzi, którzy są w seminariach i wstępują do niech, to sądzę, że ten wiek się bardzo mocno podwyższył. To nie jest tak, jak było, kiedy ja wstępowałem - zaraz po maturze, jeszcze nie miałem dziewiętnastu lat skończonych. Na moim roku większość ludzi była właśnie w tym wieku - zaraz po maturze, ewentualnie rok po egzaminie dojrzałości. Wydaje mi się, że dzisiaj jest o wiele więcej osób, które już skończył studia, już gdzieś zaczęły pracę, często stały się już samodzielne pod względem materialnym od rodziców i dopiero wtedy podejmują tę decyzję. Coraz mniej jest takich osób zaraz po szkole. Sądzę, że to też się wiąże z jakąś taką niedojrzałością człowieka współczesnego, ale to przekłada się na każdą dziedzinę życia, nie tylko na powołania do służby w kościele, ale też do życia małżeńskiego. Na ten temat to byśmy mogli pewnie jeszcze dużo rozmawiać.

Kościół nie jest jedyną instytucją, która przeżywa kryzys. Wspomniałem o sportowej pasji księdza, o tym, że jest ksiądz miedzy innymi triathlonistą. Czy to, że posiada ksiądz taką pasję i fakt, że jest ksiądz obecny w przestrzeni wirtualnej pomaga w realizacji powołania?

– Ciężko mi powiedzieć czy pomaga, czy nie pomaga, bo u mnie to już po prostu stało się naturalnym elementem życia. Na przykład nie wyobrażam sobie teraz funkcjonowania bez mojej sportowej pasji. Oczywiście, może przyjść taki moment, że tego zabraknie. Natomiast na tę chwilę jest to integralna część mojego życia, która mi naprawdę dużo daje. Dla mnie to jest tak połączone, że ciężko określić, jak to ze sobą mocno współgra. Natomiast na pewno sport daje dużo pod względem umiejętności nabrania dystansu do pewnych spraw. Zaznaczę tutaj, że zacząłem trenować już jako ksiądz. Nie miałem sportowej pasji przed święceniami kapłańskimi, pojawiła się dopiero po pierwszej placówce, jako wikariusz. Te pierwsze lata mojego bycia księdzem były trudne pod tym względem, że pewnych rzeczy nie potrafiłem sobie poukładać w głowie. To było wszystko takie mocno nawarstwione. Natomiast umiejętność wyjścia gdzieś na świeże powietrze, umiejętność oderwania się od codzienności, naprawdę pozwala poukładać wiele spraw i to jest chyba taka bardzo duża wartość dodana. Dzięki sportowej pasji potrafię teraz pewne rzeczy rozgraniczyć, pewne sprawy uporządkować w głowie i po prostu dzięki temu w moim życiu jest więcej harmonii. Tu na pewno dużo dał sport i to też pod aspektem duchowym. Może troszeczkę dziwnie to brzmi, ale czas spędzony na treningu jest też czasem na odpoczynek i taką regeneracją duchową. Jest takie przysłowie ,,W zdrowym ciele zdrowy duch'' i ja się w pełni z tym zgadzam. Dbając o kondycję fizyczną, dbamy również o sferę duchową, bo jest czas na modlitwę, czas na to, żeby rzeczywiście dużo rzeczy sobie w głowie poukładać, przemyśleć, przemodlić. To jest coś niesamowitego. Nieraz w pędzie życia człowiek nie znajduje na to czasu, bo mówi: „To muszę zrobić, tam muszę zrobić, nie mam na to czasu”. A tymczasem, gdy ktoś idzie choćby na te pół godzinki na rower, czy pobiegać, no to jest czas, który spędza sam ze sobą i z Panem Bogiem.

Od tej pasji zaczęło się także vlogowanie i blogowanie. Założył ksiądz też profil na Instagramie - Ksiądz na rowerze. Chciałem zapytać jak się zaczęła ta sportowa pasja?

– To się zaczęło od kontuzji, to jest w ogóle bardzo ciekawe.

Sport się zaczął od kontuzji?

– Tak, od kontuzji się zaczęło. To znaczy rozwaliłem sobie kolano w seminarium jeszcze, bo poszedłem grać w piłkę. Po prostu w życiu w piłkę nie grałem, w sensie nigdy mi to nie wychodziło, ale gdzieś koledzy na czwartym roku mnie namówili, żebyśmy poszli sobie pograć. No i się skończyło tak, że wylądowałem na izbie przyjęć szpitala w Opolu, gdzie mi nogę w gips włożyli. Później była orteza i próba załagodzenia tego wszystkiego. Kolano bolało, udało się to troszeczkę zaleczyć, ale już na pierwszej placówce w Raciborzu, gdy byłem wikarym, dość mocno się to odezwało. Wtedy przyznam, że dość dużo ważyłem, bo prawie 140 kg. Jestem wysoki, bo mam 1,93 m, więc kilogramy się rozkładały, nie mniej było to bardzo dużo. Występuje u mnie tendencja do tycia i to do dnia dzisiejszego widzę, że jak się nie ruszam, to waga automatycznie idzie do góry. Natomiast wtedy to się gdzieś tak pogłębiło, że już ledwo chodziłem. Wtedy trafiłem w odpowiednie ręce. Kolano udało się uratować, ale fizjoterapeutka, która zajęła się nim, powiedziała, że muszę wzmocnić mięśnie w nodze i zaproponowała albo rower, albo pływanie. Wiedziałem, że z pływaniem będzie tak, że gdy będzie tylko jakakolwiek okazja, to się wykręcę i na basen nie pojadę. Natomiast rower będzie bardziej wymuszał ruch, no bo stoi na miejscu i wystarczy się przebrać i wyjść pojeździć. Pamiętam, że kupiłem rower i to też jest ciekawe, bo zrobiłem to w Raciborzu. Nie wiem, czy z tego sklepu na plebanię były dwa kilometry, czy ponad kilometr, ale wtedy ledwo dojechałem, więc pod względem kondycji można powiedzieć, że w ogóle jej nie było. Tak się ta pasja rowerowa zaczęła, poprzez kontuzję, poprzez próbę wzmocnienia mięśni w nodze. Zacząłem jeździć, najpierw mało, coraz więcej i więcej. Później przeszło w bieganie, a w końcu zostałem namówiony na triathlon i do dnia dzisiejszego gdzieś to wszystko się ciągnie.

O triathlon właśnie chciałem zapytać – w 2017 roku udało się księdzu wystartować w tej dyscyplinie w Bolesławcu.

– Jeszcze wcześniej w Bełchatowie w 2016, później w Bydgoszczy. Było już kilka tych startów.

Generalnie jest ksiądz czynnym sportowcem, uczestniczy w zawodach. Jak ksiądz znajduje czas przy obowiązkach w parafii, czy trudno jest to pogodzić?

– To jest kwestia właściwego poukładania sobie dnia. Nie mam rodziny, od razu mówię. Dla każdego, kto ma rodzinę, wiadomo, że to ona zawsze będzie priorytetem. Moja rodzina to jest moja parafia. Jeśli wszystko się właściwie się poukłada, a człowiekowi na czymś zależy, to na pasję też znajdzie się czas. I to jest chyba podstawowa zasada. Znam wielu sportowców, którzy mają rodziny, mają po kilkoro dzieci, do tego pracę zawodową, ale potrafią wstać o 4 nad ranem, albo nawet wcześniej, żeby zrobić trening, bo na tym im zależy. To zawsze jest kwestia motywacji, tego, czy się chce. Sam zaobserwowałem, że im mam mniej czasu w ciągu dnia, tym więcej jestem w stanie zrobić. To też jest chyba taka zależność, że im więcej obowiązków, tym bardziej człowiek jest w stanie zagospodarować jakąś chwilę na bieganie, rower, czy pływanie. Teraz baseny są zamknięte, więc z tym ostatnim niestety jest kiepsko, natomiast mówię o tym, że jest to kwestia właściwego wykorzystania dnia. Bardzo wiele czasu w ciągu dnia tracimy na różne, za przeproszeniem, pierdoły, a jeśli człowiek potrafi gdzieś to sobie poukładać, no to jest w stanie dużo zrobić. Sam widzę, że na przykład, gdy przychodzi mój dzień wolny i mam cały dzień do wykorzystania, to, wiadomo, gdzieś tam zrobię trening, ale ten czas jakoś tak się rozmywa. Miało się dużo zrobić, ale w rezultacie okazuje się, że się nic nie zrobiło, więc ta duża ilość obowiązków, ich mnogość, jest tutaj pod tym względem bardziej mobilizująca – żeby coś tam gdzieś jeszcze wepchnąć. Jak już naprawdę nie mam w ciągu dnia czasu, no to wstaję wcześniej. Nie mam problemu z rannym wstawaniem, gorzej mi się funkcjonuje wieczorami, więc tutaj mam większy problem, żeby późno wieczorem się zmusić do treningu. Natomiast mówię, rano wstać wcześniej, iść pobiegać i już ma się to gdzieś zaliczone.

Czy to, że ksiądz jest w dobrej kondycji, pomaga księdzu w braniu udziału w takich przedsięwzięciach jak na przykład Ekstremalna Droga Krzyżowa albo pielgrzymki?

– Powiem szczerze, że jeszcze w życiu nie byłem na Ekstremalnej Drodze Krzyżowej (śmiech). Jakoś nigdy się nie złożyło, ale też, ze względu na obowiązki parafialne, bo od kilku dobrych lat jestem w parafii sam z proboszczem. W Wielkim Poście rzeczywiście w parafii dużo się dzieje, zarówno w piątki, jak i w soboty. Więc ciężko połączyć to z EDK i tym, żeby zerwać nockę. Z pielgrzymkami podobnie, też jakoś nigdy nie byłem na parafiach, gdzie na nie chodzono. Teraz jestem w pierwszej parafii, gdzie rzeczywiście jest mocna grupa pielgrzymkowa i już mnie namawiają, więc mam nadzieję, że może się uda w tym roku wyruszyć. Jestem na takie inicjatywy otwarty, na pewno człowiek może to wykorzystać do pracy parafialnej – do próby zorganizowania i animowania życia sportowego dla parafian. Obecnie w mojej parafii jest dość mocna grupa ministrancka, która chce jeździć na rowerze i jeździ dość sporo. Niestety jesteśmy w wyjątkowej sytuacji pandemii. Pewne rzeczy chcielibyśmy robić, a nie możemy i musimy czekać, aż wszystko mniej więcej wróci do normalności. Człowiek się nie będzie stresował, że chce iść z ministrantami pojeździć na rowerze, a nie może przez obostrzenia.

Zaczęło się od roweru, potem ksiądz wspomniał, że było bieganie, doszło pływanie i triathlon. Która z tych dyscyplin jest księdzu najbliższa?

– Najbliższy jest mi rower, aczkolwiek ostatnio coraz bardziej pociągają mnie biegi. Teraz przygotowuję się do maratonu górskiego, który mam nadzieję, że odbędzie się 24 kwietnia. Mamy tutaj na Opolszczyźnie nasze małe górki, pasmo gór opawskich, Biskupia Kopa – tak się nazywa szczyt. To właśnie tu ma się odbyć maraton – 42 km. Są plany wzięcia w nim udziału, więc coraz bardziej przebija się bieganie. Najwięcej czasu poświęcam na rower i bieganie. Z basenem jest teraz gorzej, bo od dobrych kilku miesięcy pływalnie są zamknięte. Gdy ostatnio otworzyli, to zaś zamknęli, więc jest z tym dość duży problem. Najsłabiej pływam i to mnie najbardziej boli. Jak startuje w triathlonie, to zawsze na zasadzie ,,żeby przepłynąć”, a później po prostu nadganiać. Natomiast wśród uprawianych przeze mnie sportów ciągle króluje rower. Lubię też jeździć w terenie górzystym, bo jest tam po prostu pięknie i nie jest nudno, natomiast jest ciężko. Przy swoich gabarytach dobrym góralem nigdy nie będę, bo tam jednak im człowiek lżejszy i mniejszy, tym mu łatwiej. Bardzo lubię górskie trasy i jak tylko mogę, to biorę rower szosowy i staram się zaliczać górskie przełęcze.

Czy pogoda nie jest takim czynnikiem, który nie pozwala trenować regularnie? Jak sobie ksiądz radzi z tym, że na przykład temperatura jest za niska? A może nie istnieje coś takiego jak za niska temperatura do uprawiania sportu?

– To zawsze jest kwestia zdrowego rozsądku. Trzeba tutaj pamiętać, że dla nas, sportowców amatorów, trening nie jest pracą. Inaczej ma zawodowiec, który musi pracować i to jest jego praca. On wykonuje po prostu trening jako pracę, on pewne rzeczy musi zrobić. My nic nie musimy. Zawsze trzeba się kierować zdrowym rozsądkiem, bo jeśli wyjście na rower lub bieganie ma później spowodować, że będę chory lub kontuzjowany, to lepiej odpuścić. Jeśli wiem, że to nie jest kwestia kiepskiej pogody i nie chce mi się wyjść, tylko jest to lęk o zdrowie. Natomiast, jeśli już uprawiałem sport w takich niesprzyjanych warunkach i nic mi się nie stało, no to śmiało można. Co się tyczy zimy, bo zima jest taką gorszą porą dla każdego sportowca, to sądzę, że bardziej niekorzystna niż aura (aczkolwiek trzeba zawsze wziąć pod uwagę mrozy i to, że poniżej temperatury -10 nie są dla organizmu w trakcie wysiłku zdrowe) jest długość dnia, ze względu na bezpieczeństwo. Im szybciej się robi ciemno, tym gorzej wyjść na ten rower, bo choć człowiek może się oblepić lampkami czy odblaskami, no to jednak zawsze gdzieś podświadomie czuje, że jest w pewnym niebezpieczeństwie. Bieganie po ciemku jest łatwiejsze, więc człowiek łatwiej się do tego motywuje. Dzisiaj przychodzi nam z pomocą technika, no bo są trenażery, czyli takie urządzenia, w które wpinamy rower, są platformy internetowe, gdzie można się połączyć i zrobić trening, są bieżnie mechaniczne, więc to też jest gdzieś do zastąpienia, o ile siłownie są otwarte. Chyba że ktoś ma bieżnię w domu, to też może to w ten sposób zastąpić. Czasami trening jest łatwiejszy, gdy ćwiczy się pod konkretny cel, bo można pewne rzeczy ustawić. Robi się go w takich bardzo sterylnych warunkach, ale ten trening jest pełnowartościowy. Oczywiście, są ludzie, którzy to lubią, są też przeciwnicy. Natomiast każdy wybiera to, co mu odpowiada. Ważne, żeby jednak, mimo wszystko, gdzieś się ruszać. A jeśli pogoda jest totalnie kiepska, możemy trening zastąpić tym siłowym, albo rozciąganiem, stretchingiem. Tu naprawdę jest pole do popisu i można rzeczywiście ten czas wykorzystać bardzo dobrze. A jak już naprawdę się nie chcę, bo człowiek czuje, że jest totalnie "wyjechany", to lepiej czasami sobie odpuścić 2-3 dni. Jak już powiedziałem, sport w przypadku amatorów ma sprawiać człowiekowi radość, a nie działać na zasadzie, że się on zarzyna, a później nie może patrzeć na rower. Też mam takie dni, jak już roweru jest bardzo dużo. Wtedy lepiej odpuścić, odczekać 2-3 dni i później człowiek zatęskni, znowu wsiądzie na niego z radością.

Czy sportową pasją imponuje ksiądz innym, zwłaszcza młodym ludziom? To już jest jakaś płaszczyzna do porozmawiania. Pomagają takie zainteresowania w kontakcie z młodzieżą?

– Powiedziałbym, że nawet nie tyle z młodzieżą, co z każdym człowiekiem. Tutaj zawsze jest taka płaszczyzna do rozmowy, do złapania kontaktu. No w przypadku dzieci i młodzieży to rzeczywiście imponuje, aczkolwiek powiem tak: niestety, i to jest przykre zjawisko. Dzisiaj dzieciom bardziej niż jakieś osiągnięcia sportowe imponuje ilość osób obserwujących na YouTube albo na Instagramie. Mnie to troszeczkę przeraża, bo to jest coś niepokojącego, że ktoś imponuje tym, że dużo osób go obserwuje. Pół biedy, jeśli on tworzy jakieś super treści i to gdzieś człowieka do czegoś motywuje. To jest temat na osobną rozmowę. Na pewno płaszczyzna sportowa jest przestrzenią do kontaktu z człowiekiem, można wiele osób spotkać, do wielu osób dotrzeć, właśnie dzięki temu, że mamy wspólne zainteresowania. Komuś spodoba się ładne zdjęcie, na które trafi gdzieś w internecie. Popatrzy, że to ksiądz i nawet ciężko będzie mu w to uwierzyć. Tylko z mojego doświadczenia wynika, że, gdy rozpoczynamy od tematów sportowych, tematów pięknych zdjęć lub jakichkolwiek innych, zawsze prędzej czy później zawsze schodzi na tematy duchowe. Człowiek jest osobą duchową, on tego potrzebuje. To nie jest tak, że można się od tego oderwać. Tylko niejednokrotnie albo się boi, albo mu głupio, albo nie zna nikogo, aby na takie tematy porozmawiać. A dzięki temu, że poznaje kogoś poprzez sport i ten ktoś się potem okazuje księdzem, to łatwiej jest mu potem zadać pytanie. Bo to już nie jest jakiś tam ksiądz z parafii, którego widzi w niedzielę na mszy przy ołtarzu, ale to człowiek, który ma podobne zainteresowania i tutaj pojawia się nieraz naprawdę wiele pytań. Dużo osób do mnie pisze, że trafiło tutaj poprzez sport, ale mają takie pytanie, czy można się dowiedzieć czegoś o tym lub o tym. No choćby dziś rano odczytałem wiadomość: Co to jest żal doskonały za grzechy? Ktoś inny pytał, i to jest tylko z dzisiejszego dnia, jak zadośćuczynić bliźniemu za grzechy? Napisał, że jak to zrobić Panu Bogu to wie, ale jak bliźniemu? Bo przygotowuje się do spowiedzi przed świętami, stąd takie pytanie. Potem wchodzę na profil takiej osoby i widzę, że to jest sportowiec, więc prawdopodobnie poprzez sport trafił ,na moje konto. To na pewno raduje i to jest okazja do tego by z ludźmi na wiele spraw porozmawiać.

Rozumiem, że te pytania pojawiają się regularnie, spływają w wiadomościach prywatnych.

– Tak, tak, nieraz jest tego za dużo. Nie jestem w stanie na wszystko odpowiedzieć, więc przepraszam, jeśli komuś nie odpowiedziałem i może akurat będzie czytał tę rozmowę. Po prostu to jest dodatkowa rzecz, którą robię i nie zawsze jest na nią czas. Mam też tak, że jak nie odpowiem od razu na jakąś wiadomość, to ona gdzieś zostaje i później o niej zapominam. Z mailami to samo. Dopiero później znajduję chwilę czasu, przeglądam widomości i nagle się okazuje, że miałem komuś odpowiedzieć i zapomniałem, odpowiadam dopiero po tygodniu. Ale tak, pytania są dość częste i pojawiają się regularnie.

Czyli można powiedzieć, że jest spore zainteresowanie kwestiami wiary i religii wśród ludzi?

– Powiedziałbym, że jest ono nawet więcej niż spore. W ogóle, gdybyśmy porozmawiali na temat internetu, to jest on taką płaszczyzną, która bardzo mocno skraca dystans. Coś, czego byśmy w realnym świecie nie zrobili, bo się wstydzimy, w przestrzeni wirtualnej robimy. Bo o wiele łatwiej jest komuś wysłać wiadomość, niż pójść z taką osobą porozmawiać. Wiadomo, że bardzo dużo pytań spływa, gdzie ja odsyłam i mówię: nie bój się, pójdź do swojego proboszcza, podejdź do parafii. Gdy ktoś szuka spowiednika, mówię: jeśli ktoś jest z Opola, to zapraszam, można się wyspowiadać. Ale kiedy ktoś jest z innego miasta, to mówię: popytaj się wśród znajomych i na pewno znajdzie się jakiś dobry ksiądz, który dobrze cię potraktuje na spowiedzi. Niektórzy mają traumy, bo ktoś ich źle potraktował. Niestety, tak też się zdarza. Takich pytań mam dużo. Wracając do tego głównego pytania, to tak, ludzie mają potrzebę duchową i ona nie zniknęła, tylko często boją się uzewnętrznić ją ”face to face”. Łatwiej to zrobić właśnie poprzez internet.

Miał ksiądz taki przypadek, że na przykład zgłosiła się osoba, która przez kilka lat nie była u spowiedzi, nie była w kościele, ale natrafiła na księdza w internecie i odezwała się?

– Było dużo takich osób. Często są to zranienia. To też trzeba zrozumieć i uszanować. Natomiast te osoby szukają i staram się im podpowiedzieć, gdzie znaleźć rozwiązanie, bo często chcą właśnie po latach przystąpić do spowiedzi, ale się boją i chcieliby u mnie. Tak, jak powiedziałem, jeśli ktoś ma przyjechać z daleka i się wyspowiadać, to zawsze może. Natomiast wygodniej znaleźć kogoś w okolicy, gdzieś popytać. Każdy ma znajomych, ludzie się spowiadają, znają dobrych spowiedników i mogą nakierować. Jest taka potrzeba, żeby właśnie wskazać komuś drogę, jak to zrobić, bo ktoś od lat nie był przy konfesjonale i nie wie już teraz, jak się wyspowiadać a chciałby, ale nie wie jak się przygotować. Dzisiaj mamy naprawdę potężne narzędzie w postaci internetu, gdzie możemy wiele wspaniałych rzeczy znaleźć – rachunków sumienia, sposobów instruktażu, które pomogą nam przejść przez przygotowanie do spowiedzi, więc czasami wystarczy kogoś nakierować, wskazać, co jest dobre, z czego skorzystać. Wtedy taka osoba jest zadowolona, bo już ma konkretną wskazówkę

Na zakończenie muszę poruszyć kwestię pracy zdalnej. Jest ksiądz katechetą, lekcje się odbywają, ma ksiądz świetny kontakt z młodzieżą. Jak się księdzu pracuje zdalnie?

– Jest to trudne, bo to nigdy nie zastąpi normalnego kontaktu. Po tylu miesiącach wszyscy są tym zmęczeni. Widzę to sam po sobie, że czasami, jak muszę otworzyć ten komputer i włączyć lekcje, to jest ciężko. Moim zdaniem nauka nie powinna tak wyglądać. Wiadomo jaka jest sytuacja. Każdy chciałby, żeby było już normalnie. Jestem na dość małej parafii, więc mam też z tymi dzieciakami kontakt tutaj przy kościele, bo to często są ministranci, Marianki, młodzież, która tutaj przychodzi. Widzę, jak oni się garną do takiego normalnego życia. Już by chcieli pojechać w góry, pograć w coś, zgromadzić się. Gdy się ich pytam, czy chcieliby wrócić do szkoły, to dzieci mówią, że tak, że chcieliby już normalnych lekcji, więc to też o czymś świadczy. Wiadomo, że to dużo ułatwia, bo gdybyśmy nie mieli dziś platform internetowych oraz możliwości pracy, to nauka by totalnie leżała. Dzieci są już zmęczone i ja, jako nauczyciel, też jestem tym zmęczony i czekam tylko, aż już będzie można wrócić do szkoły i normalnie poprowadzić lekcję. Popisać coś na tablicy, porozmawiać i poćwiczyć tak normalnie, a nie przez internet. Nie mniej, trzeba dziękować za to, że nauka jest i że przez te kilka miesięcy mamy możliwość dalszej pracy. Może nie jest ona na takim poziomie, jak być powinna i jaka byłaby normalnie w szkole, natomiast ciągle jest jakaś namiastka tego wszystkiego i na pewno nie będzie to czas do końca stracony.

Proszę księdza, z związkiem z Wielkim Czwartkiem i świętem wszystkich kapłanów, czego można księdzu życzyć?

– Powiem tak, mi życzyć można przede wszystkim tego, żebym był wierny Panu Jezusowi, bo jak będę wierny Panu Jezusowi, to będzie wszystko dobrze i to jest coś, czego potrzebuję jako ksiądz. Zdrowia też, bo zawsze jest ono przydatne, zwłaszcza w dzisiejszych czasach jest bardzo ważne. I Bożego błogosławieństwa. Niczego więcej nie potrzeba mi do szczęścia.

W takim razie tego właśnie życzymy, dziękuje księdzu za rozmowę i poświęcony czas. Szczęść Boże.

Fot.: ks. Paweł Michalewski, Instagram\Ksiądz na rowerze

Rozmowy na Rękawce

Rozmowy na Rękawce - najnowsze informacje