sobota, 19 lutego 2022 18:02

To one jako pierwsze zdobywały tatrzańskie szczyty. Były bezkompromisowe i wolne, udowadniały, że góra jest kobietą

Autor Mirosław Haładyj
To one jako pierwsze zdobywały tatrzańskie szczyty. Były bezkompromisowe i wolne, udowadniały, że góra jest kobietą

„Kamienny sufit” to skrócona historia polskiego feminizmu w sercu Tatr. Opowieść o marzycielkach i zuchwałych indywidualistkach, o śmiałości bycia pierwszą i wielkiej potrzebie spełnienia, a także o Tatrach, które pozostają sprawdzianem wewnętrznej siły dla każdej i każdego, kto zapragnie ich szczytów.

Bywały przedmiotem drwin. Dziwaczne i ekscentryczne, bezczelne, szalone. Inne. Wypuszczały się w góry w poszukiwaniu przeżyć, miały odwagę realizować marzenia. Góralki spluwały za nimi, kiedy w pumpach i z plecakiem ruszały na szlak. Mężczyźni wyśmiewali: „Kobieta nigdy rasowym taternikiem nie będzie”. One jednak nie dały za wygraną. Z odwagą i determinacją wytyczały nowe drogi, mierzyły się ze strachem i ograniczeniami. Wszystko po to, żeby dotrzeć do miejsc, w których czuły się wolne.

Sto lat później Anna Król, zainspirowana wyczynami pierwszych taterniczek, wyrusza ich śladem. Powtarza niełatwe przejścia pionierek: Wandy Herse, Ireny Pawlewskiej, Heleny Dłuskiej, sióstr Skotnicówien. Wspina się na Mnicha, Zamarłą Turnię, pokonuje Orlą Perć. I tak jak one wtedy, zmaga się ze sobą, odkrywa nowe możliwości, szuka odpowiedzi na pytanie: kim będę tam, wysoko?

Ze śladów archiwalnych, wspomnień i rozmów tworzy portrety zapomnianych, nietuzinkowych postaci, których historie dotąd nie zostały opowiedziane. Nie wszystkie potoczyły się szczęśliwie, ale wszystkie – wbrew schematom.

Anna Król – pisarka, z wykształcenia teatrolożka. Autorka książek Rzeczy. Iwaszkiewicz intymnie oraz Spotkać Iwaszkiewicza. Nie-biografia. W 2012 r. stworzyła Fundację „Kultura nie boli”, jest pomysłodawczynią i dyrektorką międzynarodowego Big Book Festival, kieruje Big Book Cafe – centrum innowacji literackich, reżyseruje spektakle i wydarzenia artystyczne. Kocha naturę i góry. Wspina się, jest taterniczką. Nie zjada zwierząt, czyta wszystko.

Anna Król/Fot. Jan Wierzejski
Anna Król/Fot. Jan Wierzejski

Swoją książką przypomina pani kilkanaście sylwetek fascynujących kobiet, które jako pierwsze stawiały kroki w historii polskiego taternictwa. Czy to pasja do wspinaczki sprawiła, że sięgnęła pani po historie kobiet, które jako pierwsze wyszły na górskie szlaki?
– Tak, myślę, że można tak powiedzieć. Dzięki temu, że wspinaczka jest rodzajem mojej pasji, hobby i zajęciem, które zajmuje mi całkiem sporo czasu, to interesuję się także tym, co w ogóle dotyczy jej historii, a przede wszystkim taternictwa. Bo oprócz wspinaczki sportowej to taternictwo chyba jakoś najbardziej mnie pociąga. I myślę, że zbiegło się tutaj kilka rzeczy: moje liczne wyjazdy w Tatry, obserwowanie tego, jak dzisiaj wygląda wspinanie, jak wspinają się dziewczyny, ale też odczuwalny w Tatrach ich brak, jak również rozmowy z różnymi osobami, które znają się na historii taternictwa, na historii Zakopanego… To wszystko w pewnym momencie popchnęło mnie do myślenia, że historia wspinaczki jest w bardzo małym stopniu zapisana opowieściami o kobietach i historiami kobiet. Kiedy zaczęłam się już temu jakoś baczniej i uważniej przyglądać, to okazało się, że faktycznie tak jest – że nawet jeśli kobiety miały istotny wpływ na podbój Tatr, to z jakiegoś powodu częściej pisze się czy mówi o mężczyznach, którzy z nimi je zdobywali, a rzadziej o kobietach. Więc z jakiegoś powodu rzeczywiście jest to taka biała plama. Wtedy też zdecydowałam się na to, żeby się temu tematowi przyjrzeć bliżej i później to opisać.

W swojej książce zawarła pani jedenaście biografii. Proszę powiedzieć, skąd akurat taki dobór sylwetek? Czy to jest aż jedenaście, czy tylko jedenaście życiorysów? Czy była pula, z której musiała Pani wybierać? I, jeśli tak, czy wybór był ciężki?
– Tutaj zbiegły się dwie rzeczy. Zacznę może od tego, że rzeczywiście kobiet wspinających się w Tatrach w okresie, który opisuję, było więcej. Nie było ich dużo więcej, ale było jeszcze kilka, o których nie napisałam w swojej książce. Natomiast mój dobór był dosyć emocjonalny. Wynikał też z tego, jak te historie we mnie rezonowały. Kiedy zaczynałam i czytać archiwa, i szukać informacji w różnych źródłach, to zdałam się trochę na swoją pisarską i kobiecą intuicję. To biografie, które najbardziej mnie poruszyły, a których opowiedzenie wydawało mi się nie tylko historią o tej konkretnej osobie, ale też opowieścią o tamtych czasach, o tamtej rzeczywistości. Na tej podstawie wybierałam. Natomiast jest jeszcze trzeci element, który miał tutaj znaczenie. To dostępność informacji, które było bardzo, bardzo trudno zbierać. Wydawałoby się, że można się ograniczyć do archiwów tatrzańskich, a tak absolutnie nie jest i w wielu przypadkach moje badania czy poszukiwania wykraczały mocno poza Tatry. Zdecydowałam się na napisanie takich mikro portretów tych kobiet. W związku z tym, od początku było dla mnie pewną oczywistością, że ich życie toczyło się również poza górami, a fragmentów ich biografii i opowieści o nich szukałam także w innych miejscach.

Co kobiety pchało i pcha w góry, na ścianki ? Czy to jest to samo, co w przypadku mężczyzn, czyli chęć zdobywania, ale też sprawdzenia się, chęć weryfikacji swoich możliwości?
– Myślę, że co człowiek, to inny powód, inna motywacja. W tej książce próbowałam też naszkicować rodzaj opowieści, może nawet eseju o tym, dlaczego ludzie od lat zakochują się w górach i dlaczego do nich zmierzają i pragną wśród nich przebywać. Pyta mnie pan właściwie o kilka wątków, bo z jednej strony to jest właśnie rodzaj jakiejś podróży do gór. Myślę, że nawet bardziej podróży wewnętrznej niż dosłownej oraz tego, co góry człowiekowi dają. Na to pytanie mogę oczywiście odpowiadać na podstawie i literatury, którą przeczytałam i na podstawie tego, co sama przeżywam w górach (Tatrach, ale także w innych, rzecz jasna). I dla mnie to jest taki bardzo intymny kontakt z naturą. Góry są z jednej strony bardzo surowe i wydają się groźne. Z drugiej strony są bardzo magnetyczne, pociągające. Myślę też, że dają rodzaj jakiegoś dystansu i chyba też możliwość zobaczenia, jak my, jako ludzie, jesteśmy niewielkim, drobnym elementem natury, a o tym bardzo rzadko myślimy na nizinach. Wydaje nam się, że nasze problemy i sprawy, które nas dotyczą są najważniejsze na świecie, że nieraz nas przerastają, że może sobie z nimi nawet czasem nie radzimy i to jest takie bardzo egocentryczne. Natomiast w górach bardzo często ludziom zdarza się złapać moment, w którym czujemy, że natura jest wszechogarniająca i my jesteśmy tylko drobinką. I myślę, że to jest wspaniałe, takie bardzo intymne, osobiste przeżycie, którego warto w górach doświadczyć, ale żeby to się stało, trzeba mieć odpowiednie nastawienie i nie szukać w górach wyłącznie zdobywania, które myślę, że chyba jest bliższe mężczyznom. Kiedyś brałam udział w takim panelu, w którym rozmawialiśmy też na temat określeń, jakich mężczyźni używają w stosunku do gór wysokich: że się je zdobywa, że chce się je posiąść. Nawet słyszałam, że gdzieś w literaturze fachowej, specjalistycznej, pojawiały się relacje z gór, w których padają słowa, że górę chce się gwałcić. Pomyślałam sobie, że są to określanie ze świata atawizmów (pewnie trochę bardziej przynależnych mężczyznom), określenia, które stawiają człowieka w roli zdobywcy. Góry oczywiście w jakimś sensie się zdobywa, ale uważam, że z górami się po prostu jest i sądzę, że to jest uniwersalne i dla kobiet, i dla mężczyzn.

Natomiast jeżeli chodzi o samą wspinaczkę, traktowaną jako sport, jako aktywność sportową, bo taką przede wszystkim uprawiam (trenuję regularnie na ścianach wspinaczkowych, jeżdżę dużo na skały i tam się wspinam), to na pewno jest to też po prostu rozrywka, choć dość specyficzna. Dla mnie to jest sport totalny, to znaczy taki sport, przy uprawianiu którego w zasadzie nie da się myśleć o czymś innym. Nie da się wspinać i jednocześnie na przykład analizować spotkań biznesowych, które się odbyły jakiś czas temu. Wspinaczka wymaga ogromnej koncentracji, totalnie pochłania uwagę. Na pewno wpływa też bardzo na nasze ogólne zachowanie, poza samym wspinaniem, poza ścianą. Wspinaczka uczy odpowiedzialności za siebie i za partnera, z którym się wspina, bo rzeczywiście jeden błąd może kosztować utratę zdrowia, a nawet życia. Ale też daje ona pewnego rodzaju wsparcie w zakresie pewności siebie, swoich możliwości, tego, iż granice można przesuwać, można je testować. Poza tym człowiek uczy się decydować, podejmować decyzje w ułamku sekundy. To ważne, gdy pomyśli się o młodych ludziach i o dzieciakach, które zaczynają się wspinać. Wspinaczka jest dla nich wspaniałym sportem, także dlatego, że rozwija odpowiedzialne bycie w naturze i spotykanie się z nią. Wszystkim rodzicom bardzo bym polecała, żeby pociechy wysyłać do szkół wspinaczki, czy na ścianki wspinaczkowe, bo wbrew pozorom, kiedy uprawiamy ten sport świadomie, z poszanowaniem techniki i umiejętności, to wcale nie jest on szczególnie niebezpieczny. Na pewno daje adrenalinę i można w nim bardziej ryzykować. Podobnie, jak można ryzykować, zjeżdżając na rowerze z jakiejś stromej góry czy grani, bo zawsze możemy szukać adrenaliny w ekstremalnych czynnościach. Wspinaczka jest także niezwykle pobudzająca emocjonalnie i intelektualnie.

Wszyscy znamy znaczenie określenia szklanego sufitu. Czy tytułowy "Kamienny sufit" wziął się od tego, że pierwsze taterniczki rzeczywiście natrafiły na barierę, która była bardzo trudna do pokonania, czy jest to raczej nawiązanie do gór i ich skał?
– Myślę, że jedno i drugie. Oczywiście skojarzenie ze szklanym sufitem jest celowe i na pewno część opowieści oraz narracji w tej książce dotyczy spraw związanych z obecnością kobiet w Tatrach na bardzo różne sposoby. Nie tylko w takim pierwszym skojarzeniu, kiedy myślimy, że to jest książka o feminizmie i o feministkach. Prawdą jest, że mamy do czynienia z okresem, w którym historycznie feminizm się rodził, więc na pewno były one jakąś częścią tego całego wielkiego ruchu. Tytuł jest jednak bardziej o pokonywaniu symbolicznych sufitów w sobie i przekraczaniu granic, które nawet nie do końca są związane z jakimiś ograniczeniami, tylko są pewnego rodzaju barierą, która rośnie w nas. Nierzadko przekazywana jest ona z pokolenia na pokolenie przez społeczne wymogi, przez to, że mamy wpojone pewne stereotypy i wydaje się nam, że czegoś nie możemy, że nie damy rady. I to jest rodzaj mojej refleksji na ten temat, który też został zawarty w tytule. A z drugiej strony oczywiście jest też jakiś sufit Tatr, gór. Taki sufit, który te kobiety pokonywały i ponad nim fruwały przepięknie na różne sposoby.

Ma pani swoją ulubioną bohaterkę, ulubioną biografię? Któryś z życiorysów szczególnie panią poruszył?

– Jeśli miałabym powiedzieć, która z tych biografii najbardziej mnie poruszyła, najbardziej mnie przejęła, to z całą pewnością będzie to biografia Heleny Dłuskiej, bo jest ona tak naprawdę skrajnie tragiczna i to od samego początku. Dłuska to akurat taka kobieta, taka postać, o której udało mi się dowiedzieć naprawdę dużo. Jest sporo źródeł, ponieważ była ona częścią bardzo znanej rodziny – była kuzynką noblistki Marii Skłodowskiej-Curie. W związku z tym, pojawia się też opowieść o niej na przykład w korespondencji rodzinnej, dzięki czemu udało mi się odtworzyć dość szczegółowo jej losy w różnych okresach. To była kobieta bardzo niepogodzona ze sobą, poszukująca własnej tożsamości… Bardzo samotna, pomimo że otaczali ją ludzie. Nieumiejąca odnaleźć swojego miejsca, uciekająca w góry i traktująca Tatry jako remedium na samotność i na wewnętrzna rozterkę. Uległa poważnemu wypadkowi jako młoda dziewczyna i właściwie do końca życia ponosiła konsekwencje tego wypadku. Miała mocno okaleczoną stopę, nigdy już nie chodziła normalnie i nie mogła się wspinać. Koniec jej życia naznaczony jest bardzo tragicznym okresem związanym z niezrozumieniem jej przez środowisko, w którym się znalazła i niemożnością ucieczki nigdzie indziej poza Polskę od gór, od Tatr, przez co w końcu zdecydowała się na popełnienie samobójstwa. I mam wrażenie, że nawet wtedy, kiedy podejmuje decyzję o swoim końcu, to nie daje jej to upragnionego ukojenia, bo listy, które zostawiła do rodziny czy do przyjaciół mówią o tym, że właściwie do końca nie było spokojna, więc jest to bardzo poruszająca historia. Natomiast, jeśli chodzi o dziewczyny, które bardzo polubiłam, chociaż były zupełnie inne niż Helena Dłuska, to jest to na przykład Jadwiga Honowska. Wspinała się w duecie między innymi z Zosią Krókowską, ale oczywiście też w innych konfiguracjach. To z kolei dziewczyna lubiąca rozwiązywać różne logiczne łamigłówki, wytyczając trasę wspinaczki. Była bardzo utalentowana jeśli chodzi o ruch w skale, o to jak się wspinać w lekki i wdzięczny sposób. Bardzo kochała Tatry i niestety w nich zginęła, odpadając od skały na Ostrym Szczycie razem z Zosią Krókowską. Mimo to, jak o niej myślę, to kojarzy mi się z wesołością, radością życia i bardzo intensywną pasją w stosunku do gór

W październiku 1909 roku Helena Dłuska uległa wypadkowi podczas samotnej wspinaczki na Kominach Strążyskich (na zdjęciu). Konsekwencją wypadku było kalectwo stopy, które uniemożliwiało jej dalszą działalność taternicką/Fot.: wikipedia
W październiku 1909 roku Helena Dłuska uległa wypadkowi podczas samotnej wspinaczki na Kominach Strążyskich (na zdjęciu). Konsekwencją wypadku było kalectwo stopy, które uniemożliwiało jej dalszą działalność taternicką/Fot.: wikipedia

Chciałbym jeszcze poruszyć kwestie sprzętu i techniki wspinaczkowej. Różniły się one od tych obecnie. Jak duże było ryzyko zdobycia, patrząc z dzisiejszej perspektywy, stosunkowo niewysokiego szczytu? Czy wtedy również wspinaczkę rozumiano tak, jak dzisiaj? Czy to raczej miało więcej wspólnego z dzisiejszym wędrowaniem po górach?

– Po pierwsze na pewno okres początku XX wieku, w którym zaczynam swoją opowieść w „Kamiennym suficie”, jest czasem, kiedy jeszcze bardzo wiele szczytów w Tatrach jest niezdobytych. Ludzie, którzy wtedy są zainteresowani nawet nie tyle chodzeniem po górach, co zdobywaniem szczytów, porywając się na nie, są faktycznie pierwszymi. To są ludzie, którzy, eksplorując góry, po raz pierwszy gdzieś docierają, wytyczają drogę, a inni po nich tą samą drogą wędrówkę odbywają. Dzisiaj część tych wspinaczek, które wówczas były uznawane jako ekstremalnie trudne, pewnie można by traktować jako średnio trudne czy średnio łatwe, ale niekoniecznie tylko i wyłącznie ze względu na sprzęt. Chodzi też o znajomość techniki, o szkolenia, które odbywają się obecnie. Ówcześni taternicy i taterniczki rzadko byli ludźmi, którzy trenowali tę dyscyplinę. Oni po prostu spędzali czas w górach i przy okazji się wspinali. Musieli oczywiście utrzymywać się w miarę dobrej kondycji, ale nie mieli za sobą technicznych szkoleń, tak jak obecnie ludzie ćwiczący na ścianach wspinaczkowych. I to jest jedna sprawa. Druga to wydaje mi się kwestia takiego zbyt upraszczającego mówienia o tym, że dzisiaj na każdą skałę można się z łatwością wspiąć dzięki sprzętowi. Do pewnego stopnia oczywiście tak jest, ale są skały, które wymagają przede wszystkim umiejętności technicznych. Ponadto dziś mamy do czynienia z jasną skalą wspinaczkową, która jest stosowana czy na skałach, czy w Tatrach i trudności kończą się około jej dziewiątego punktu. Zaczynając od jedynki oznaczającej bardzo proste wejście, właściwie spacer, przez trójkę jako trochę trudniejsze i tak dalej, i tak dalej. W naszych czasach ludzie dokonują rzeczy niesamowitych dzięki temu, że są wytrenowani. To są odpowiednio przygotowani sportowcy, można powiedzieć, że wręcz skrajnie odpowiednio, którzy wiele lat pracują na przykład na to, żeby wspiąć się na jakąś jedną konkretną formację. Ale nawet z takim przygotowaniem to nie wygląda tak, że po prostu podchodzą do skały i jak kot się po niej wspinają. Natomiast trzeci wątek oczywiście dotyczy sprzętu i jest prawdą, że w ogóle nie da się go nawet porównać do tego z początku XX wieku. Na przykład taki najbardziej podstawowy element konieczny do asekuracji w górach, czyli lina, dzisiaj hipernowoczesna, dynamiczna, która rozciąga się podczas upadku wspinacza, odpowiednio też pochłaniając napięcie i sprawiając, że jego lot jest stosunkowo bezpieczny... Ona się nie urywa, na niej się po prostu zawisa. Bardzo rzadko zdarza się, żeby uległa jakiemuś przecięciu, przerwaniu. Oczywiście, wypadki się zdarzają, ale to jest naprawdę skrajnie rzadkie. Natomiast tamte liny, na których wspinali się zarówno mężczyźni, jak i kobiety w początku XX wieku, to było liny konopne, które w ogóle się nie nadawały do asekuracji. Można powiedzieć, że one tylko symbolicznie stanowiły jakiś rodzaj zabezpieczenia, a tak naprawdę, jeżeli się już odpadło od skały na takiej linie, to najczęściej zdarzały się trzy rzeczy. Pierwsza taka, że lina się przerywała, czy przecinała o skałę, co w konsekwencji oznaczało śmierć. Druga taka, że osoba, która odpadała, ale utrzymywała się na linie, łamała sobie coś, czasem i kręgosłup, bo tak ten człowiek był zabezpieczony. A trzecia taka, że spadający ciągnął jeszcze w dół osobę asekurującą, bo ona też nie była odpowiednio zabezpieczona i przypięta do jakiegoś stanowiska, do skały. Więc właściwie nawet na łatwiejszych drogach było skrajnie niebezpieczne i na pewno nie chciałabym tego testować na własnej osobie. Dzisiaj oprócz lin wspinacze dysponują całą masą sprzętu – specjalistycznymi karabinkami, przyrządami zjazdowymi – wszystkim, czego tamci nie mieli i jakoś sobie radzili. Na pewno to ułatwia i na pewno zapewnia większe bezpieczeństwo w przypadku wypadków, natomiast z pewnością nie sprawia, że zaczynamy się lepiej wspinać od samego posiadania takiego sprzętu. To jest złudne. Ludzie, którzy naprawdę nie mają pojęcia o wspinaczce, idą na przykład zimą w góry, biorą raki i wydaje im się, że są bezpieczni, bo mają w ręce czekan. Tylko, że jeszcze trzeba umieć go użyć, więc oczywiście samo posiadanie sprzętu nie załatwia sprawy.

Ostry Szczyt od strony Doliny Staroleśnej. Jadwiga Honowska i Zofia Krókowska tworzyły jeden z pierwszych w Polsce samodzielnych zespołów kobiecych. Zginęły podczas próby przejścia południowej ściany Ostrego Szczytu. Przyczyną wypadku było odpadnięcie jednej z nich na końcu Górnego Trawnika (już po przejściu najtrudniejszych miejsc), które spowodowało szarpnięcie liny i wyrwanie ze ściany haka asekuracyjnego. Zostały na Nowym Cmentarzu w Zakopanem/Fot.: wikipedia
Ostry Szczyt od strony Doliny Staroleśnej. Jadwiga Honowska i Zofia Krókowska tworzyły jeden z pierwszych w Polsce samodzielnych zespołów kobiecych. Zginęły podczas próby przejścia południowej ściany Ostrego Szczytu. Przyczyną wypadku było odpadnięcie jednej z nich na końcu Górnego Trawnika (już po przejściu najtrudniejszych miejsc), które spowodowało szarpnięcie liny i wyrwanie ze ściany haka asekuracyjnego. Zostały na Nowym Cmentarzu w Zakopanem/Fot.: wikipedia

Podjęcie wspinaczkowego wyzwania na równi z mężczyznami przez kobietę, która w na początku XX wieku nie posiadała jeszcze praw obywatelskich, pewnie szokowało ówczesnych. Z jakimi przeszkodami musiały mierzyć się w towarzystwie pierwsze taterniczki?

– Myślę, że odpowiedź na to pytanie zależy od tego, jakie grono osób bierzemy pod uwagę. Warto zaznaczyć, że na początku XX wieku w ogóle wspinanie jako sport, jest traktowane jak fanaberia, nieważne czy dotyczy to kobiet, czy mężczyzn. Jest to coś niezrozumiałego. Ludzie, którzy z innych miast, najczęściej z Warszawy, Krakowa, przyjeżdżali w Tatry po to, żeby się wspinać, byli traktowani jak dziwacy, bo górale się przecież nie wspinali, a na pewno nie dla rozrywki i przyjemności. Jeżeli już, to po prostu traktowali oni góry jako miejsce swojej pracy. No a kiedy dochodzi do tego jeszcze kwestia płci, no to ta „dziwność” sięga zenitu, bo jeszcze u mężczyzny jakoś zniesie, że chce on coś dziwnego robić, ale jak już to jest kobieta, to jest to dużo trudniejsze. I faktycznie, natrafiałam na takie informacje, że zarówno górale, jak i góralki, drwili z tych dziewczyn. Bardzo źle było widziane to, że, idąc w góry, ubierały się one jak mężczyźni, że zakładały spodnie, zakładały męskie koszule i kubraki, bo to było po prostu wygodniejsze. Natomiast, jeżeli chodzi o to środowisko, takie najbliższe, czyli po prostu grono wspinaczy, to ci ze starszego pokolenia, którzy na początku (w roku 1903, 1905, 1907) zakładali różne elitarne grupy i kluby taternickie, tak naprawdę byli bardziej zamknięci na wpuszczanie kobiet do środowiska. Ale już młodsze pokolenie (to, które się wspinało w latach 20. i 30.), na przykład towarzystwo sióstr Skotnicówien, albo wspomnianej przeze mnie Jadwigi Hanowskiej czy Zosi Krókowskiej, to już byli ludzie, którzy chyba lepiej rozumieli ten sportowy wymiar wspinaczki. Oni traktowali te dziewczyny raczej jako partnerki, nie analizując tego, że są kobietami i w związku z tym nie posiadają predyspozycji do wspinaczki. Natomiast co człowiek, to historia i być może byli i w jednym, i w drugim gronie tacy, którzy nie byli jakoś specjalnie z tego zadowoleni.

Czy w Tatrach są szczyty, które zostały jako pierwsze zdobyte przez kobiety?

– Tak są. Zawsze pamiętajmy, że zdobywcy to są najczęściej zespoły, bo konieczne są dwie osoby do tego, żeby się wspinać, dwójka partnerów. Więc bardzo często, właśnie już w latach 20. i 30., kobiety bardzo uczciwie i sprawiedliwie, zgodnie z zasadami fair play, są wpisywane na listę tych, którzy w zespołach szczyty zdobywały. To dotyczy w dużej mierze właśnie Lidii Skotnicówny, która z Wiesławem Stanisławskim wytyczała sporo nowych dróg w roku ‘27, ’28 i ’29 – to taki szczyt ich aktywności. Natomiast istnieje szczyt, który został nazwany od swojej zdobywczyni i o tym też piszę. To Turnia Wandy od imienia Wandy Jeromin, obecnie jeden z tatrzańskich Apostołów (I Apostoł – dop. red.). Jeromin wspięła się na niego jako pierwsza w męskim zespole, co zostało udokumentowane w kilku opowieściach, między innymi Mariusza Zaruskiego, ówczesnego naczelnika Pogotowia Tatrzańskiego. To właśnie ona jako pierwsza postawiła na tym szczycie swoją stopę. Nie wiem, czy została przepuszczona, czy też po prostu akurat ona prowadziła ten fragment wyciągu, nie mniej przeszła do historii właśnie jako chyba jedyna w Tatrach kobieta, od imienia której został nazwany szczyt.

Wanda Jerominówna była utalentowaną pianistką. Nigdy nie wyszła za mąż, informacje jakoby była zaręczona z kompozytorem Mieczysławem Karłowiczem, który zginął w Tatrach, okazały się nieprawdziwe. Zmarła w hitlerowskim obozie koncentracyjnym Ravensbrück (KL) prawdopodobnie w 1945 r. (na zdjęćiu: baraki bloku kobiecego KL Ravensbrück w 2008 roku)/Fot.: wikipedia
Wanda Jerominówna była utalentowaną pianistką. Nigdy nie wyszła za mąż, informacje jakoby była zaręczona z kompozytorem Mieczysławem Karłowiczem, który zginął w Tatrach, okazały się nieprawdziwe. Zmarła w hitlerowskim obozie koncentracyjnym Ravensbrück (KL) prawdopodobnie w 1945 r. (na zdjęćiu: baraki bloku kobiecego KL Ravensbrück w 2008 roku)/Fot.: wikipedia

Na koniec chciałbym zapytać, która z pani bohaterek najbardziej pani imponuje i czym?

– To trudne pytanie, bo właściwie każda z nich czymś mi imponuje. Patrząc na nie jak na zbiorowisko, na grupę kobiet, to wszystkie na pewno imponują mi jakimś rodzajem odwagi: odwagi bycia pierwszą, odwagi robienia rzeczy, których nikt przed nimi nie robił, stawiania pierwszych kroków w wielu miejscach. Imponują mi też takim nie oglądaniem się na to, co powiedzą inni, tylko podążeniem za swoimi marzeniami, za swoją pasją. Nie, nie wybrałabym jednej... Patrzę na nie jak na grupę niesamowitych kobiet, w których jedna bardziej imponuje mi właśnie odwagą, inna swoim niezwykle uważnym i wrażliwym podejściem do przyrody. Mam tutaj na myśli Zofię Paryską, która na pewno wzbudza mój podziw wiedzą botaniczną i znajomością tatrzańskiej przyrody, której ja nie mam, a która pozwalała jej widzieć Tatry razem z ich florą, jako wielką, piękną całość. Ich pasja, odwaga, to jest to, co jakoś najbardziej zostało mi w głowie.

Dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak, poniżej publikujemy fragmenty rozdziałów książki „Kamienny sufit. Opowieść o pierwszych taterniczkach” Anny Król, prezentujące sylwetki poszczególnych taterniczek.

Wanda Herse: 1885–1954

Sierpień 1902 roku był dla taterniczek przełomowy. Dwudziestego pierwszego sierpnia siedemnastoletnia warszawianka Wanda Herse staje na Durnym Szczycie, wierzchołku wznoszącym się na 2632 metry n.p.m., czwartym pod względem wysokości w tej partii gór. Masyw Durnego Szczytu należy do najbardziej skomplikowanych orientacyjnie miejsc w Tatrach, przez co w razie załamania pogody wycofanie się i powrót na niziny bywa trudny.

Dwa dni później Wanda wraz z przewodnikiem Klimkiem Bachledą wspinają się na Pośrednią Grań, kolejny najwyższy, mierzący 2441 metrów n.p.m., szczyt w bocznej grani Tatr. Podobnie jak w przypadku Durnego Szczytu, także na Pośrednią Grań nie prowadzi dziś żaden szlak turystyczny. Dwudziestego piątego sierpnia wspina się na Kończystą, nieco łatwiejszy dwuwierzchołkowy szczyt, położony w południowej części bocznej grani Tatr Wysokich, odchodzący od Zmarzłego Szczytu. W dodatku jeszcze tego samego dnia staje na szczycie Ganku. Ta trójwierzchołkowa grań do dziś należy do bardzo trudnych do zdobycia. Jej ściany opadają pionowymi stromiznami w dół, w stronę dolin. Zaledwie kilka lat wcześniej szczyt uważany był za niedostępny. Na Ganek, także w towarzystwie przewodnika, próbował bez powodzenia wspiąć się Leopold Świerz, jeden z najlepszych taterników swojego pokolenia.

Pierwszymi zdobywcami Ganku, w sierpniu 1895 roku, byli górale, późniejsi przewodnicy Wandy Herse – Klemens Bachleda i pełniący funkcję tragarza Józef Gąsienica z Bystrego. Dopiero w roku 1906, cztery lata po Wandzie Herse, taternicy Zygmunt Klemensiewicz i Jerzy Maślanka weszli na Ganek samodzielnie, bez pomocy przewodników – jako pierwsi w historii polskiej wspinaczki wysokogórskiej.

Wanda Herse sezon 1902 roku kończy na Mięguszowieckim Szczycie. Najłatwiejsza droga nawierzchołek, którą prawdopodobnie prowadził Wandę Klimek Bachleda, ciągnie się z Doliny Hińczowej.

Najpierw należy obejść Wielki Staw Hińczowy, stamtąd rozpoczynał się zlikwidowany w latach siedemdziesiątych XX wieku szlak na Mięguszowiecką Przełęcz pod Chłopkiem. Dalej idzie się mniej wygodnie, piarżyskiem i niewielkimi rynnami, w stronę Mięguszowieckiej Przełęczy Wyżniej. Potem to dojście łączy się z Drogą po Głazach. Osiem lat później na Mięguszowiecki Szczyt wspięła się inna kobieta – należąca do tego samego pokolenia wspinaczek co Herse – Jadwiga Roguska. Trasa, którą przeszła z braćmi Gyulą i Romanem Komarnickimi, biegnąca od zachodniej strony długą rynną, nazwana została Drogą Komarnickich.

W tym samym roku Wanda Herse, mająca spore doświadczenie turystyczne, coraz sprawniej porusza się w Tatrach. Zaczyna posługiwać się liną, coraz lepiej orientuje się wśród tatrzańskich grani. Docenia to komisja Towarzystwa Tatrzańskiego, wpisując ją, jako piątą w historii kobietę, w poczet członków Sekcji Turystycznej.

Odtąd wszystkie taterniczki jej pokolenia będą porównywane do Herse.

Wanda Herse - w górnym rzędzie, druga od prawej/Fot.: POLONA, materiały prasowe
Wanda Herse - w górnym rzędzie, druga od prawej/Fot.: POLONA, materiały prasowe

Helena Dłuska (1892–1921) i Irena Pawlewska-Szydłowska (1892–1982)

Myślę o Helenie Dłuskiej i Irenie Pawlewskiej, które ponad sto lat temu szły tą samą drogą. Dwie nastolatki zafascynowane pięknem gór wspinały się pewnie, bez obaw o własne młode życie. Beztroskie i odważne. Chwilę później wychodzę na niewielkie trawiaste wypłaszczenie, potem jeszcze krótki spacer między poszarpanymi, sięgającymi pasa kamieniami, i już – szczyt. Wreszcie tylko zachwyt. I radość, jaką czuję nieodmiennie, osiągając wierzchołek.

I nie ma znaczenia, czy wchodzi się na niego w miarę łatwo, jak na ten tutaj, czy wspinaczka wymaga trudu i budzi obawy. Zachwyt tym przepięknym wczesnojesiennym porankiem, ciszą i spokojem. I widokiem. Bo ze Szczyrbskiego Szczytu widok jest naprawdę niezwykły. Otaczające go granie nie są tak wysokie i srogie jak w okolicy Morskiego Oka lub Stawu Gąsienicowego. Tu krajobraz jest spokojniejszy. Szczyty jakby uśpione, nie w chmurach, ale w letnim jeszcze słońcu. Falujące, delikatnie schodzące w dół, w dolinę.

W 1908 roku młode zdobywczynie Szczyrbskiego Szczytu miały przed sobą cały świat – widziany z wysoka, i życie, w którym tyle miało się zdarzyć. Żadna z nich nie przeczuwała, że będzie ono dużo trudniejsze niż ta wspinaczka.

Wanda Jeromin: 1888–1944

Próbuję się o niej dowiedzieć czegoś więcej. Wycieczki do archiwów i na cmentarz ewangelickoaugsburski w Warszawie, gdzie spoczywa rodzina Wandy, nie wnoszą wiele. Oglądam jej nieliczne fotografie, na których raz wygląda jak żądna przygód chłopczyca, raz jak niewinna, romantyczna dziewczyna. W góralskim kubraku, koszuli z bufiastymi rękawami, wykończonej wiązaną pod szyją kokardą i długiej spódnicy, uśmiecha się zalotnie do obiektywu. Jaka byłaś, Wando?

Szukam jej śladów w pismach tatrzańskich i zachowanych listach. W desperacji sięgam do horoskopów i astrologii. Sprawdzam datę i miejsce urodzenia. Jeśli nasze losy są zapisane w gwiazdach, a każdy przypadek to tylko realizowane po kawałku przeznaczenie, to może i tam trzeba szukać wiedzy o Wandzie: imię Wanda ma liczbę osiem, która w numerologii oznacza życie trudne i pełne poświęceń, ale również zdolność do regeneracji, odrodzenia i zaczynania wszystkiego od nowa. [...] Nieobce są też im romantyczne tęsknoty i wrażliwość na piękno. Często świadomie rozwijają swoje artystyczne talenty.

Przypominam sobie rozmowę z jej stryjeczną prawnuczką, która zapamiętała, że bratanica Wandy Jeromin, córka Mieczysława, z Powstania Warszawskiego wyszła z jedną srebrną łyżeczką. Nie ocalały żadne dokumenty, rodzina nie ma żadnej fotografii słynnej Jerominki. Po wojnie jej bliscy nie chcieli nigdy więcej wracać do Warszawy. Zamieszkali na Śląsku. Tam urywa się ślad po rodzinie Wandy Jeromin.

Podobny cel ma wspinaczka śladem Wandy Jeromin na wierzchołek Szatana – najwyższego szczytu Grani Baszt. Podjęta po to, by zbliżyć się do tej niezwykłej dziewczyny. Poczuć się jak ona, zrozumieć jej zapał i chęć zdobywania kolejnych szczytów.

Wspinaczka na Szatana nie tyle pozwala mi lepiej poznać Wandę, ile uświadamia, jak wiele zmieniło się od roku 1906. Nie w Tatrach – te są niezmienne, poważne, trochę groźne i wciąż przyciągające. Jak wiele zmieniło się w naszym postrzeganiu trudności w górach. Sto piętnaście lat temu Wanda Jeromin i Mariusz Zaruski uznali wycieczkę na Przełęcz nad Czerwonym Żlebem, i dalej wejście na wierzchołek Szatana, za doświadczenie skrajnie trudne, a nawet grożące śmiercią. Dziś wyprawa na Szatana bardziej przypomina mi wycieczkę górską, jaką odbywa się dla relaksu – by popatrzeć na szczyty i odpocząć. To prawda, że można ją podjąć na różne sposoby – ten przez Grań Baszt i trawers wszystkich jej grani jest dużo bardziej skomplikowany, ale nadal to raczej wycieczka typu graniowego niż wymagająca wspinaczka.

Wanda Jeromin/Fot.: Tatrzański Park Narodowy (materiały prasowe)
Wanda Jeromin/Fot.: Tatrzański Park Narodowy (materiały prasowe)

Jadwiga Honowska (1904–1928) i Zofia Krókowska (1903–1928)

Była emancypantką. Przynajmniej za taką się uważała. Już w 1908 roku należała do całkowicie zmaskulinizowanej świeżo utworzonej Sekcji Turystycznej Towarzystwa Tatrzańskiego. Wiele rzeczy zrobiła w życiu jako pierwsza kobieta: wytyczyła wiele nowych dróg w Tatrach, nosiła w górach spodnie, w czasach gdy jej koleżanki zastanawiały się, czy na pewno wypada udać się na spacer nad Staw Gąsienicowy bez kapelusza i parasolki.

W 1929 roku ma dopiero czterdzieści dwa lata. Niedawno sama jeszcze wspinała się na Mięgusza, Kieżmarski Szczyt i Ganek. Kiedy w październiku tegoż roku Polskę obiegła wieść o tragedii, do której doszło na Zamarłej Turni, w której śmierć poniosły dwie młodziutkie taterniczki – osiemnastoletnia Marzena i szesnastoletnia Lida Skotnicówny – Roguska staje po stronie mężczyzn. W jednym z październikowych numerów tygodnika „Zakopane” publikuje odezwę pod tytułem Do młodych taterniczek:

Drogie Koleżanki! Zwracam się do Was tem poufałym imieniem, bo wszak my wszystkie kobiety i młode dziewczęta uprawiające sport taternicki jesteśmy związane jednym zapałem chodzenia po górach, jedną namiętnością wpinania się tam, gdzie nas czarują wspaniałe widoki, gdzie nas upaja cudowny świat dzikiej przyrody, gdzie czyha na nas niebezpieczeństwo i piętrzą się przed nami trudności. [...] Przyznam się Wam szczerze, że chodzę po górach od lat dwudziestu kilku, że przeszłam różne fazy taternictwa [...] mogę więc teraz krytycznie rozważać stosunek kobiet do taternictwa.

I dalej w swoim manifeście pisze: Zastanówmy się nad tym, że technika kleterki [wspinaczki], prócz znajomości rzeczy i doświadczenia, polega w dużej mierze na przyrodzonych warunkach wspinacza. Czyż kobieta może dorównać muskułom mężczyzny bez zatracenia charakteru swej sylwetki, czy wzrost kobiety wysokiej nie jest u mężczyzny tylko średnim, a niskiej – karłowatym? Czyż kobieta jak najlepiej zbudowana, w myśl nowoczesnego wychowania fizycznego wyćwiczona, może dorównać sile i mierze sportowca, obdarzonego doskonałymi warunkami? Nie. [...] Wspinactwo, ten najtrudniejszy ze sportów, wymaga bezwzględnie uzupełnienia sił kobiecych siłami mężczyzny. A skoro mężczyzna i kobieta dopełniają się wzajemnie doskonale, tak pod względem psychiki, jak i warunków fizyczych, to dlaczegóż kusić się koniecznie o laur sławy taternickiej pod hasłem „my same”? Dlaczegóż schlebiać tak ciasnej ambicji za cenę wszystkiego, co się posiada, bo wszystko zamknięte jest w słowie „życie”.

Dzieje się to w czasie, gdy Zakopane żyje tragedią Skotnicówien, taternicy pogrążają się w żałobie, a media demonizują temat, pisząc o lekkomyślności płci pięknej. Dla młodych taterniczek, które były adresatkami tekstu, medialne wystąpienie Roguskiej brzmi jak zdrada. Jak kobieta, która była symbolem kobiecego taternictwa, która osiągnęła tak wiele w górach, może publicznie wątpić w taternicką samodzielność dziewczyn, pytały. Młodzież, która życie oddałaby za czas spędzany w Tatrach, nigdy jej nie wybaczyła.

Południowa Ściana Zamarłej Turni. 6 października 1929 r. dwie nastoletnie siostry Skotnicówny, zginęły próbując ją pokonać/Fot.: wikipedia
Południowa Ściana Zamarłej Turni. 6 października 1929 r. dwie nastoletnie siostry Skotnicówny, zginęły próbując pokonać/Fot.: wikipedia

Zofia Radwańska-Paryska: 1901–2001

Lubiła być pierwsza. W 1945 roku zdaje wymagający sprawności i dużej wiedzy, a także umiejętności taternickich, medycznych i narciarskich egzamin na ratownika TOPR-u. Jest pierwszą kobietą z tatrzańską blachą ratowniczą w Polsce.

Złośliwi mówią, że kolekcjonowała tytuły i funkcje, a w pogotowiu faktycznie nie pracowała. Rzeczywiście, nie była członkiem żadnej ratowniczej ekspedycji. Jeśli już pojawiała się w Dworcu Tatrzańskim na Krupówkach, to po to, żeby podczas TOPR-owskich dyżurów odbierać zgłoszenia od poszkodowanych.

W 1948 roku Zosia jeszcze raz robi coś po raz pierwszy. Tuż przed swoimi pięćdziesiątymi urodzinami zdaje egzamin państwowy na przewodniczkę tatrzańską klasy II. Dwa lata później ponownie zdaje egzamin unifikacyjny i od tej pory jest kwalifikowanym przewodnikiem wysokogórskim klasy I – jako pierwsza kobieta w Polsce i na świecie. Nie dość, że jest pochodzącą z Warszawy ceperką, bez góralskich korzeni, to jeszcze kobietą! Pierwszą wśród przewodnickiej góralskiej elity. Wielu rdzennym zakopiańczykom się to nie podoba. A jednak po kilku latach aktywnej przewodnickiej działalności akceptują Zofię, a potem traktują jak swoją. Wielu najlepszych przewodników i instruktorów działających w Tatrach w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych przeszło szkolenia u Zofii Radwańskiej, która od 1948 roku była starszym instruktorem taternictwa, a od 1950 starszym instruktorem przewodnictwa tatrzańskiego.

Zostawiła po sobie góry notatek. Od lat zapisywała wspomnienia i przeżycia górskie. Oprócz tego kilka tysięcy artykułów, wykładów i odczytów. Lubiła pisać ręcznie. Prowadziła notatki naukowe, opisywała i katalogowała rośliny, spisywała biografie ludzi gór, układała programy taternickich szkoleń.

Jest także autorką kilkunastu opowiadań zebranych w tomie Mozaika tatrzańska. Nigdzie indziej nie ma chyba bardziej dosłownego dowodu na to, że w Tatrach była z wzajemnością zakochana: O chwilo, któraś mnie nauczyła nie cofać się przed zamierzeniami, napoiła niezmierną słodyczą osiągnięcia i dała pierwsze wejrzenie wzwyż, w głąb i wszerz! Śmiałaś się do mnie bezkresną panoramą szczytów i dolin tatrzańskich skąpanych w słońcu; ukazałaś mi cuda górskiego świata turni; zdawałaś się szeptać: Chciej tylko mocno, mocno, najmocniej – a poznasz to wszystko. Zwiążesz się z tym na zawsze, doznasz najwspanialszych przeżyć i uniesień, staniesz się nieledwie częścią tego świata!

Zofia Radwańska-Paryska z mężem Witoldem w Dolinie Mięguszowieckiej. W latach 30. XX w. była ona jedną z czołowych polskich taterniczek i alpinistek. Sprzeciwiała się powstaniu kolei linowej na Kasprowy Wierch i do końca życia nigdy z niej nie skorzystała/Fot.: wikipedia
Zofia Radwańska-Paryska z mężem Witoldem w Dolinie Mięguszowieckiej. W latach 30. XX w. była ona jedną z czołowych polskich taterniczek i alpinistek. Sprzeciwiała się powstaniu kolei linowej na Kasprowy Wierch i do końca życia nigdy z niej nie skorzystała/Fot.: wikipedia

Marzena Skotnicówna (1911–1929) i Lidia Skotnicówna (1913–1929)

Betlejemka

Inni tylko na mnie patrzyli. Jakby widok dziewczyny wchodzącej do ich męskiej jaskini był dla nich nie do przyjęcia. Rzuciłam rzeczy na łóżko, zaczęłam się rozpakowywać. Wokół było tak samo nieporządnie jak zawsze. Na wspólnym stole pod oknem leżały pozostawione po posiłkach resztki, na sznurku nad stołem suszyła się bielizna i ręczniki, przy łóżkach duże plastikowe kosze służące za podręczne szafki. Pod nimi, na podłodze, pojedyncze porzucone skarpetki i klapki. Gdzieś w kącie ktoś upchnął niezbyt czysty T-shirt i szorty. Na wszystkich poręczach liny, kaski i reszta wspinaczkowego szpeju. Widok, który jest jak DNA Betlejemki, coś tak oczywistego, że nawet się go nie rejestruje. Rozejrzałam się wokół, zdziwiona narastającą ciszą. Wreszcie jeden z chłopaków zeskoczył ze swojego piętrowego łóżka, odchrząknął i powiedział cicho w przestrzeń:

– To może tu trochę przewietrzymy?

Podszedł do okna, otworzył je na oścież, zbierając dyskretnie po drodze porozrzucane części garderoby i slipy wiszące nad stołem. Inni też zaczęli ogarniać otaczający ich nieład.

– Dzięki – powiedziałam w tę samą przestrzeń i uśmiechnęłam się do siebie.

Męska dominacja w Betlejemce została nieoczekiwanie przerwana.

Mam z tamtego czasu spędzanego z kolegami w Betlejemce jeszcze masę wspomnień, w których moja kobiecość niespodziewanie stawała się tematem ważniejszym, niż mogłabym się spodziewać. A także takich zwyczajnych – związanych z codziennym bytowaniem w tych skromnych warunkach. Wiele z nich uświadamiało mi dzień po dniu, jak często moje podejście do rzeczywistości gór było różne od perspektywy spotykanych w Tatrach mężczyzn. Kiedy na przykład jedliśmy śniadanie, a oni przykładali ogromną wagę do kaloryczności posiłków – „żeby mieć siłę się wspinać”. Albo wtedy gdy bronili się, by pomimo ewidentnej różnicy gabarytów nie nieść w plecaku więcej, niż miałam ja – „żeby oszczędzać energię”.

Wreszcie, kiedy ja marnowałam czas na wycieczki do Murowańca w poszukiwaniu intymności i ciepłej wody, a oni, poza lodowatym prysznicem, nie dbali o nadmierną toaletę – „żeby mieć czas na sen”. Takie rzeczy uświadamiają, że tam, w Tatrach, nie jestem kobietą, tylko, podobnie jak oni – moi koledzy – taterniczką. Że to nie miejsce na sentymenty, że każdy musi dbać o siebie i wszyscy mamy równe prawa. „Skoro już musisz pchać się między taterników – to lepiej noś spodnie”, powiedział mi kiedyś znajomy instruktor, znany ze specyficznego poczucia humoru. No to noszę.

Równość w czystej, pierwotnej postaci. Bez upiększeń i taryfy ulgowej.

Tymczasem jeszcze pięćdziesiąt lat temu, w połowie lat siedemdziesiątych XX wieku, Jan Alfred Szczepański, redaktor naczelny „Taternika” i dawny partner wspinaczkowy Jadwigi Honowskiej i Zofii Krókowskiej, przypomniał, że początki uprawiania taternictwa przez kobiety polskie były ostrożne i hamowane.

Pierwsze rwące się w głąb gór panie musiały kryć się ze swą pasją, którą uważano za nieprzyzwoite łamanie obyczajowych tabu. Dopiero początek wieku przyniósł zasadniczą zmianę. Mówiło się, że obok dekadencji pojawił się zupełnie niespodziewanie nie tylko ruch ku wyzwoleniu spod ciasnych mieszczańskich ograniczeń, ale i sport kobiecy – poboczny objaw pragnienia wolności. Pierwsze dziewczyny, które pojawiły się w Tatrach, miały już znacznie większe ambicje niż ich koleżanki dwadzieścia lat wcześniej, ale one również – przyzwyczajone do bierności w cieniu męskich sukcesów – poruszały się po górskich graniach ostrożnie i często niesamodzielnie. To nie brak sił – mięśni i psychiki – kazał im stać o krok za kolegami. To brak przekonania, że kobiety mogą nie tylko marzyć, ale i marzenia te realizować. Dlatego doskonałe taterniczki, jakimi były wówczas Wanda Jeromin i Jadwiga Roguska-Cybulska, chodziły w góry wyłącznie w męskim towarzystwie.

Siostry Skotnicówny/Fot.Muzeum Tatrzańskie (materiały prasowe)Siostry Skotnicówny (siedzą)/Fot.Muzeum Tatrzańskie (materiały prasowe)
Siostry Skotnicówny (siedzą)/Fot.Muzeum Tatrzańskie (materiały prasowe)

Fot., inf. i fragmenty książki: pochodzą od wydawcy

Dobra książka

Dobra książka - najnowsze informacje