poniedziałek, 1 marca 2021 08:33

"Mróz, głód i wszy". Codzienność "Wyklętych" była ekstremalna. Dziś ich święto

Autor Mirosław Haładyj
"Mróz, głód i wszy". Codzienność "Wyklętych" była ekstremalna. Dziś ich święto

1 marca obchodzony jest jako Narodowy Dzień Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”. Święto zostało uchwalone w 2011 roku i jest wyrazem hołdu dla żołnierzy drugiej konspiracji.

Prezydent Lech Kaczyński, który podjął inicjatywę ustawodawczą upamiętnienia żołnierzy polskich, którzy po roku 45. nie złożyli broni, napisał: „Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych ma być wyrazem hołdu dla żołnierzy drugiej konspiracji za świadectwo męstwa, niezłomnej postawy patriotycznej i przywiązania do tradycji niepodległościowych, za krew przelaną w obronie ojczyzny”.

Dzień 1 marca, jako termin celebrowanie Narodowego Dnia Pamięci „Żołnierzy Wyklętych” wybrano nieprzypadkowo. Jego pomysłodawcą był ówczesny prezes Instytutu Pamięci Narodowej Janusz Kurtyka. Data związana jest z rokiem 1951 – 1 marca w więzieniu mokotowskim wykonano wyrok śmierci na siedmiu członkach IV Zarządu Głównego Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość”: Łukaszu Cieplińskim, Mieczysławie Kawalcu, Józefie Batorym, Adamie Lazarowiczu, Franciszku Błażeju, Karolu Chmielu i Józefie Rzepce, którzy byli ostatnimi ogólnopolskimi koordynatorami organizacji „Walki o Wolność i Niezawisłość Polski z nową sowiecką okupacją”. Inicjatorom uchwały nowego święta zależało na ustanowieniu go przed 1 marca 2011 roku, tak aby pierwszymi obchodami uczcić 60. rocznicę zamordowania dowództwa WiN-u.

Z okazji święta porozmawialiśmy z panem Stanisławem Płużański, historykiem i publicystą, którego książka zatytułowana Mróz, głód i wszy. Życie codzienne wyklętych 23 lutego ukazała się w nakładem Wydawnictwa Fronda.

Panie Stanisławie, pana praca stanowi próbę omówienia codzienności żołnierzy walczących w oddziałach partyzanckich w podziemiu antykomunistycznym działającym po II wojnie światowej. I, co ważne, powstała na podstawie relacji żyjących partyzantów. Proszę powiedzieć, do ilu żołnierzy podziemia antykomunistycznego udało się panu dotrzeć, i jak długo trwały prace nad książką?
– Gdyby nie wywiady z ostatnimi żyjącymi Żołnierzami Wyklętymi ta książka nie mogłaby powstać. Na szczęście udało mi się przeprowadzić 14 rozmów z osobami, które faktycznie działały w lesie, w podziemiu antykomunistycznym. Działo się tak ze względu na to, że tak samo jak literatura dotycząca żołnierzy i ich oddziałów, a także wywiady prowadzone wcześniej z tymi ludźmi, dotyczyły głównie działalności zbrojnej i organizacji ich oddziałów, a pomijały tę codzienność, na której ja się chciałem skupić. Dlatego musiałem przeprowadzić rozmowy w których kładłem punkt ciężkości głównie na tym aspekcie. Niewiele osób dożyło teraźniejszości, dlatego 14 takich rozmów uważam za wynik całkiem niezły. Odnosząc się do pytania dotyczącego czasu pisania tej pracy, to zajęła mi mniej więcej dwa lata.

Jak już powiedzieliśmy zajmuje się Pan codziennością w oddziałach walczących w podziemiu antykomunistycznym, działającym po II Wojnie Światowej. Tytuł jest bardzo wymowny: Mróz, głos i wszy. Czy sytuacja była naprawdę aż tak zła? Czy była to norma, codzienność partyzantów?
– Muszę powiedzieć, że tak. Było faktycznie aż tak ciężko. Tytuł bynajmniej nie stwarza mylnego obrazu. Sam prowadząc moje  badania zdziwiłem się, że te warunki w jakich musieli żyć, były aż tak ekstremalnie. Wielu moich rozmówców, podkreślało, że w porównaniu do II Wojny Światowej, która była niesamowitym kataklizmem, okres powojenny był znacznie cięższy. To co przeżyli w trakcie II Wojny porównywali do obozu harcerskiego.

5 Wileńska Brygada AK

Jak wyglądało życie codzienne w oddziale podziemia antykomunistycznego? Mówiliśmy już o warunkach, te były ciężkie, ale jak wyglądała organizacja dnia w oddziale? Czy były takie punkty jak pobudka, musztra? Czy były manewry jak w normalnym, regularnym wojsku?
– Oczywiście to co teraz powiem, to pewnego rodzaju generalizacja, ponieważ każdy odział funkcjonował w nieco inny sposób. Często też okoliczności wymuszały zmianę harmonogramu dnia, jednak na ogół dzień był podporządkowany nocnej mobilności i przemieszczaniu się oddziału, ponieważ to było w zasadzie najważniejsze dla przetrwania. Oddziały dla celów bezpieczeństwa głównie przemieszczały się  pod osłoną nocy, dlatego kiedy nad ranem, gdy dochodzili do danej miejscowości, rozkładali się w niej, byli kwaterowani. Były wyznaczone warty, ci, którzy nie musieli stać na posterunku szli spać. W ciągu dnia był czas na odpoczynek, posiłek, higienę osobistą czy ćwiczenia wojskowe. W chwili, kiedy słońce zachodziło następował wymarsz.

Proszę powiedzieć jak wyglądała kwestia morale. Czy były one wysokie? Jak wiemy warunki nie były łatwe. Chodzi mi też o sytuację polityczną. Ta zmieniała się w powojennej Polsce dynamicznie. Czy ukryci w lasach Polacy wiedzieli co się dzieje w kraju i na świecie?
– Moralom poświęciłem w swojej książce cały rozdział, ponieważ jest to szalenie istotna sprawa dla zrozumienia tamtej sytuacji. Od tego zależało też, kiedy ludzie postanawiali zakończyć swoją działalność podziemną i wrócić do domu, spróbować żyć normalnie. Powszechna w podziemiu była wiara w wybuch III Wojny Światowej. Ludzie liczyli na to, że nieuchronny jest konflikt między Wschodem, a Zachodem. Uważano, że partyzanci, którzy trwają w tej walce będą stanowili zaplecze nowo powstałego frontu, dlatego muszą trwać i nie pozwolić reżimowi komunistycznego zainstalować się w Polsce na stałe. Dzięki temu miało być lepiej w chwili, w której dojdzie do zmiany. Z biegiem czasu ta wiara była coraz słabsza. Morale upadały głównie przez wydarzenia na świecie. Takim najistotniejszym wydarzeniem, które przekreśliło nadzieję ludzi na to, że są w stanie coś zdziałać były sfałszowane wybory w 1947 roku, a przede wszystkim brak reakcji Zachodu na to, co dzieje się w Polsce. Wtedy ludzie zrozumieli, że Polska została pozostawiona sama sobie i przez najbliższe lata nie ma prawa się nic zmienić. Wtedy też duch w podziemiu upadł a amnestia, która nastąpiła po wyborach w zasadzie przekreśliła w większości przypadków walkę oddziałów partyzanckich.

Kpt. Henryk Flame ze swoimi żołnierzami niedługo po ujawnieniu się przed komisją amnestyjną

W książce porusza pan też kwestię relacji z ludnością cywilną. Jak one się kształtowały? Wspomniał Pan o tym, że partyzanci przemieszczali się nocą, od wsi do wsi, od miasta do miasta. Jak ludność była do ich nastawiona? Czy zdarzały się jakieś animozje?
– Oczywiście animozji nie można było uniknąć. Każda formacja partyzancka opiera się na ludności cywilnej i jest uzależniona od jej poparcia. W chwili, gdy traci jej przychylność w zasadzie jest skazana na  natychmiastową porażkę. Dlatego każdy oddział musiał starać się o to, aby relacje z ludnością cywilną były jak najlepsze. To właśnie od dowódców zależało czy będą trzymali ludzi w ryzach ludzi, aby nie pozwalali sobie na samowolkę. Każdy taki akt oznaczał odwrócenie się ludzi od oddziału. Oczywiście, nie można powiedzieć, że Żołnierze Wyklęci nie mieli na swoim sumieniu czynów uznawanych za niegodne, jednak w większości siłą rzeczy, jeśli chcieli dalej móc działać, musieli się pilnować, aby ludność stała po ich stronie.

Właśnie o dyscyplinę w oddziałać chciałem zapytać. Jest to taka rysa na wizerunku w obrońców ojczyzny, która często wyciągana jest przez przeciwników formacji partyzanckich. Jak Pan ocenia na jaką skalę był to problem? Czy te problemy były, czy było to nadużycia, przestępstwa?
– Jest to bardzo złożone zagadnienie. Nie da mówić się o problemach z dyscypliną w oddziałach partyzanckich bez zrozumienia, jak wyglądała sytuacja  w Polsce w tamtym czasie. Przede wszystkim po przejściu frontu powszechny był dostęp do broni, a społeczeństwo po wielu latach  konfliktu zbrojnego uległo pewnej brutalizacji. To przekładało się też na to, że wiele osób rozwiązywało konflikty między sobą metodą siłową, brutalną. Dlatego po II Wojnie Światowej zwłaszcza na początku, gdy państwo komunistyczne dopiero tworzyło się i nie było w stanie kontrolować porządku, powstało wiele band rabunkowych, które nie miały nic wspólnego z Żołnierzami Wyklętymi, a w wielu przypadkach się pod ich podszywały. Tak samo aparat komunistyczny, który chciał zdyskredytować partyzantów tworzył pozorowane grupy mające na konto Wyklętych dokonywać różnych zbrodni. Każdy przypadek zbrodni na ludności cywilnej trzeba traktować oddzielnie i dokładnie prześledzić.  Generalizowanie wszystkich tych wydarzeń jest dużą manipulacją. Oczywistym jest, że wśród Wyklętych znalazły osoby, które zachowały się niegodnie, ale nie można „wrzucać do jednego worka” zarówno ich i pospolitych bandytów, których w tamtym czasie było  naprawdę dużo.

A propos tych prowokacji. Jak to wyglądało? Czy były one przeprowadzane przez przestępców złapanych przez służby komunistyczne, czy byli to jej funkcjonariusze? Badał pan tę kwestię?
– Jeżeli chodzi o grupy pozorowane, należy pamiętać, że w szeregi aparatu represji wstępowały często osoby skompromitowane, które w ten sposób szukały ratunku przed wymiarem sprawiedliwości. Oczywiście nie chce sugerować, że wszyscy ludzie, którzy włączyli się w odbudowywanie państwa, jeżeli robili to w ramach milicji obywatelskiej, to byli zbrodniarze. To generalizacja w drugą stronę. Jednak faktem jest, ze dużo osób, które miały coś na sumieniu w czasie wojny ratowało się zasilając szeregi Milicji Obywatelskiej czy Urzędu Bezpieczeństwa. Takie  osoby też mogły z łatwością przeprowadzić prowokację, jak np. obradowanie kogoś czy spalenie wsi, zrzucając to później na konto Żołnierzy Wyklętych. Mogę też przytoczyć inną, modelową sytuację działania zwykłej bandy rabunkowej. Jeżeli tacy ludzie napadali na wieś i załóżmy była ich piątka, to siłą rzeczy podając się za część większego oddziału partyzanckiego mieli pewność, że ludzie będą się bardziej bali oprzeć im, czy odpowiedzieć na to co robią, ponieważ będą obawiali się zemsty większej siły niż takiej jaką w istocie posiadali.

Panie Stanisławie, do którego roku Wyklęci prowadzili swoją walkę? Czy to było do roku w którym zaczęła obowiązywać amnestia?
– Symbolicznie walka trwała do 1963 roku, zakończyła się śmiercią Józefa Franczaka „Lalka”. Jednak faktycznie 1947 rok jest pewną cenzurą czasową po której jedynie jednostki zostały na placu boju – nieliczne oddziały zdecydowały się na nieujawnienie i kontynuowanie walki. Natomiast większość podziemia wyszła z lasu i podjęła próbę normalnego życia. Często niestety z niepowodzeniem.

Amnestia była ogłoszona. Czy rzeczywiście była to amnestia? Czy ludzie, którzy zgłaszali się z lasów byli traktowani przez władzę z zachowaniem tej umowy czy jednak spadły na nich represje?
– W znacznej większości przypadków represje musiały ich dosięgnąć, ponieważ komuniści od samego początku nie zamierzali respektować zasad amnestii. Idealnym przykładem jest Jan Dubaniowski „Salwa” i jego oddział, który ujawnił się w 1947 roku.  W tym samym roku z powodu aresztowań oraz doniesień, że sam zostanie aresztowany musiał wrócić do lasu, a tym samym kontynuować walkę  w znacznie cięższych warunkach. Ludzie byli wtedy znacznie bardziej zastraszeni. Jan Dubaniowski „Salwa” walczył do września 1947, kiedy został osaczony z najbliższymi mu ludźmi. Nie było dla niego miejsca w nowej Polsce. Mimo, iż skorzystał z amnestii komuniści nie mieli zamiary dać mu spokojnie żyć, dlatego zmuszony był do kontynuowania życia  w lesie.

Chciałem jeszcze Pana zapytać o stosunki z ludnością cywilną. Mówiliśmy o działalności band, które podszywały się pod partyzantów. Czy partyzanci byli denuncjowani przez ludność cywilną? Czy takie działania kończyły się jakimś odwetem ze stron wojskich?
– Jeżeli chodzi o szpicli i donosicieli to aparat komunistyczny od samego początku formowania się starał się pozyskać jak najwięcej osób do takiej współpracy. Dlatego też z biegiem czasu donosicieli w Polsce było coraz więcej. Stanowiło to istotny problem dla partyzantów, ponieważ w każdej wsi wystarczyła zaledwie jedna osoba przeciwna partyzantom, która mogła dokonać donosu. W takim momencie partyzanci znajdowali się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Każdy leśny oddział walczył z donosicielami i często karał ich stosując wyroki śmierci. Przypadków takiej śmierci na przeciwnikach jest dużo, było to pokierowane wolą przetrwania, ponieważ każdy donos kończył się obławą jednostek bezpieczeństwa. W taki sposób Wyklęci ponosili największe ofiary.

Czy była stosowana przez Żołnierzy odpowiedzialność zbiorowa?  Czy kara dosięgała nie tylko osobę, która donosiła, ale też całą wioskę albo rodzinę?
– To kolejny duży problem, który jest często generalizowany, ponieważ przypadki stosowania odpowiedzialności zbiorowej niestety w tym wypadku wystąpiły, ale według mojej wiedzy były to przypadki marginalne. Często osoby, które teraz przedstawia się jako niewinne, tak naprawdę miały za sobą czyny godzące w bezpieczeństwo Wyklętych.

Jeszcze na koniec chciałbym zadać dwa pytania. Pierwsze odnosi się do działalności partyzanckiej. Co stanowiło jej trzon? Czy były to rabunki broni, czy podjazdy mające na celu sianie paniki na tyłach? Jak to wyglądało?
– To oczywiście z biegiem czasu się zmieniało. Zwłaszcza na początku partyzanci starali się doprowadzić do sytuacji, w której aparat poniesie klęskę w formowaniu się w terenie. Starali się rozbijać posterunki MO, rozbijać więzienia i odbijać stamtąd ludzi, a także walczyć z tworzącymi się organami represji i jednostkami np. Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego.

Czy walka w Pana ocenie była bezcelowa? A może wręcz przeciwnie miała ona sens i przyniosła jakieś owoce?
– Oczywiście, w dzisiejszych czasach ciężko oceniać tamte działania. Zwłaszcza, że wiemy jak się to potoczyło. Oni mimo wszystko, dysponowali gorszymi informacjami. Tak, jak na przykład wiemy, że III Wojna Światowa nie wybuchła, to oni w nią głęboko wierzyli. Jednak wydaję mi się, ze Żołnierze Wyklęci mieli istotny wpływ na to, że sowietyzacja naszego kraju postępowała znacznie wolniej. To na pewno szalenie duża przysługa. Pod tym względem można powiedzieć, że ta walka miała sens.

Rozmowy na Rękawce

Rozmowy na Rękawce - najnowsze informacje