piątek, 15 lipca 2022 04:05

Maltretowanie, zastraszanie, gwałty, tortury, czyli witaj w Dubaju [PREMIERA! FRAGMENT KSIĄŻKI]

Autor Mirosław Haładyj
Maltretowanie, zastraszanie, gwałty, tortury, czyli witaj w Dubaju [PREMIERA! FRAGMENT KSIĄŻKI]

Dubaj uznawany jest na całym świecie za ikonę nowoczesności – błyszczące drapacze chmur, tygiel kulturowy, niebotycznie drogie sportowe samochody. Miastem rządzi szejk Mohammed bin Rashid Al Maktoum, wszechpotężny multimiliarder, który przez wiele lat wykorzystywał swoją całkowitą władzę (i miliardy dolarów), by rządzić żelazną ręką w aksamitnej rękawiczce.

Choć sam siebie określa mianem ministra tolerancji, to jego rząd nie toleruje żadnych głosów sprzeciwu. Chętnie daje się też fotografować na międzynarodowych uroczystościach dla kobiet, promując równouprawnienie, podczas gdy w rzeczywistości tyranizuje własne żony i córki. Emir bezwstydnie i głośno opowiada światu o tym, jak wspaniałe jest jego miasto, a jednocześnie próbuje uciszyć wszystkich, którzy rzucają światło na mroczną rzeczywistość.

  • Czytaj także:
Rządzi żelazną ręką w aksamitnej rękawiczce. Witaj w Dubaju szejka Mohammeda
– Księżniczka dręczona i terroryzowana to skandal. Dwie księżniczki porwane i zamknięte przez swojego ojca to okropność. Trzy księżniczki maltretowane i zastraszane przez tego samego człowieka? Witaj w Dubaju należącym do szejka Mohammeda – pisze Tom Steinfort. W swoim reportażu „Grzechy szejka” obn…

Dzięki uprzejmości Wydawnictwa Muza publikujemy fragment reportażu Toma Steinforta „Grzechy szejka”, która ukazała się 13 lipca.

Wstęp

Jestem zakładniczką.

Wszystkie okna są zamknięte na kłódkę. Nie mogę otworzyć żadnego z nich. Na zewnątrz jest pięciu policjantów, a w domu dwie policjantki. Nie mogę nawet wyjść na dwór, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza... nie ma wyznaczonej daty zwolnienia i nie wiem, jakie będą moje warunki po wyjściu na wolność. Więc w zasadzie jestem zakładniczką.

Odosobnienie, brak dostępu do pomocy medycznej. Bez procesu. Żadnych zarzutów. Nic. Chcą, żebym się złamała i chcą ode mnie propagandy. Chcieli, żebym przygotowała nagranie i powiedziała, że jestem tu szczęśliwa i pozostaję tu dobrowolnie. A ja odmówiłam. Wiecie, chcieli, żebym zrobiła wiele rzeczy, a ja odmawiałam. A ponieważ nie chciałam z nimi współpracować, ponieważ nie dałam się złamać, jestem karana.

Nie wiem, kiedy wyjdę na wolność i jakie będą warunki mojej wolności. Każdego dnia martwię się o moje życie i bezpieczeństwo. Tak naprawdę nie wiem, czy przeżyję tę sytuację. Policja groziła mi, że jeśli nie będę współpracowała, wyprowadzą mnie na zewnątrz i zastrzelą. Grozili mi również, że będę siedziała w więzieniu przez całe życie i nigdy już nie zobaczę słońca.

Chcę tylko odzyskać paszport i być wolna, nie chcę być zakładniczką w tym więzieniu i nie chcę być zakładniczką w tym kraju. Chcę być po prostu wolna. Sytuacja z dnia na dzień staje się coraz bardziej rozpaczliwa. Jestem już tym naprawdę, naprawdę zmęczona”.

Fragment wideopamiętnika Latify, córki szejka Mohammeda bin Rashida Al Maktouma, władcy Dubaju i premiera Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Jaką Latifa popełniła zbrodnię? Zapragnęła być wolna.

***

Księżniczka dręczona i terroryzowana to skandal. Dwie księżniczki porwane i zamknięte przez swojego ojca to okropność. Trzy księżniczki maltretowane i zastraszane przez tego samego człowieka? Witaj w Dubaju należącym do szejka Mohammeda. Rzeczywistość przeczy lśniącemu obrazowi postępowego miasta, jaki przedstawia się światu. A ciemne sprawki dubajskiej rodziny królewskiej nie są anomalią w liberalnej i nowoczesnej oazie, odzwierciedlają codzienność innych mieszkańców Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Tak, jest tu mnóstwo drapaczy chmur, sportowych samochodów i milionerów obeznanych z mediami społecznościowymi. Ale jeśli zerkniesz pod powierzchnię, odkryjesz, że Dubaj nie tylko zatrważająco narusza prawa człowieka, ale również wciąż pozycję kobiet jako obywateli drugiej kategorii ma zapisaną w prawie. Współczesny Dubaj jest niekiedy nazywany złotym miastem. Być może nadszedł czas, abyśmy przypomnieli sobie stare powiedzenie mówiące, że nie wszystko złoto, co się świeci.

A zatem, co wiesz o Dubaju? Prawdopodobnie widziałeś reklamy, w których wydział promocji miasta i turystyki przedstawia ten wakacyjny raj jako „zalaną słońcem metropolię... jedno z najbardziej kosmopolitycznych miast na świecie”. Być może wiesz więcej na ten temat, ponieważ nazwa „Emirates” widnieje na koszulkach twojej ulubionej drużyny piłkarskiej, Arsenalu lub Realu Madryt. A może jakiś kolega z twojego roku, którego pociągał świat finansów, przeniósł się do Dubaju, aby skorzystać z kwitnącej tam gospodarki? Prawdopodobnie jesteś świadomy, że jest to najbogatsze miasto na Bliskim Wschodzie, że znajduje się w nim najwyższy budynek na świecie, że niedawno dołączyło do wyścigu kosmicznego oraz zainicjowało misję na Marsa. Rakieta wyruszyła z Centrum Kosmicznego Mohammeda bin Rashida, nazwanego tak na cześć obecnego władcy Dubaju, szejka Mohammeda bin Rashida Al Maktouma. Wszechwładny emir nie lubi skromności i dumnie stawia billboardy z własną podobizną w całym mieście. Wizerunek jest dla niego najważniejszy.

***

W rzeczywistości Dubaj stał się tak atrakcyjny dla obcokrajowców, że, w wyniku ich napływu, liczba imigrantów przewyższa obecnie liczbę lokalnej ludności w stosunku dziewięć do jednego. Ale problem z Dubajem polega na tym, że podczas gdy gospodarka i panorama miasta zostały zmodernizowane, jego moralność nie. Oczywiście istnieje wielu dobrych i uczciwych ludzi, którzy nazywają Dubaj swoim domem i codziennie ciężko pracują, aby zapewnić swoim rodzinom lepszy byt. Jednak żyje tam też mnóstwo hipokrytów, na czele z szejkiem Mohammedem.

Z jednej strony chwali się on, że jest ministrem tolerancji, ale jego rząd nie toleruje żadnych głosów sprzeciwu, zamykając w więzieniach ludzi na lata za „przestępstwa” tak drobne, jak polityczne komentarze zamieszczane na Facebooku. Szejk chętnie daje się też fotografować podczas międzynarodowych uroczystości dla kobiet, promując równouprawnienie, podczas gdy w rzeczywistości tyranizuje własne żony i córki. Emir bezwstydnie i głośno opowiada światu o tym, jak wspaniałe jest jego miasto i próbuje uciszyć wszystkie media, które rzucają światło na mroczną rzeczywistość. Jego propaganda każe wierzyć, że Dubaj znajduje się w czołówce technologicznej dwudziestego pierwszego wieku, a jednocześnie wiele praw obowiązujących w mieście tkwi w epoce średniowiecza. Homoseksualizm jest nadal nielegalny. Ofiary gwałtów za publiczne ujawnienie tego faktu spotyka ostracyzm. A co najważniejsze, kobiety podlegają archaicznemu „prawu męskiej opieki”. Zgodnie z tymi przepisami, których szejk Mohammed jest zdecydowanym wyznawcą we własnej rodzinie, kobiety muszą uzyskać pozwolenie od dominującego w ich życiu mężczyzny na wykonanie nawet najbardziej podstawowych czynności, takich jak podróżowanie czy zdobycie wykształcenia lub pracy. Ten przestarzały sposób myślenia jest nadal powszechny w wielu innych krajach Bliskiego Wschodu. Mimo to Dubaj samotnie próbuje udawać, że jest ostoją postępu, promując się jako oaza nowoczesności i tolerancji. Rzeczywistość wyłaniająca się spod publicznej wizji rodziny władcy jest niezbitym dowodem na to, że to kłamstwo. Gdzie jest dym, tam jest i ogień, a ten stał się dla szejka Mohammeda piekłem.

***

Prawie wszystkie indeksy praw człowieka plasują Zjednoczone Emiraty Arabskie poza pierwszą setką. Jest to kraj, w którym regularnie odnotowuje się przypadki samowolnych zatrzymań, a zarzuty stosowania tortur są niepokojąco częste. Prawa pracownicze prawie nie istnieją, a prawa kobiet są nieprzyzwoicie przestarzałe. „Ekonomiczne aspiracje Dubaju jako miejsca, które przyciąga ludzi z całego świata, nie są spójne z zupełnie niereprezentatywnym zachowaniem szejka Mohammeda w kraju” – mówi Ken Roth, dyrektor wykonawczy Human Rights Watch. „Myślę, że ludzie ponownie oceniają Dubaj. Zaczynają rozumieć, że nie jest to liberalny raj, na jaki wygląda, gdy nie przyglądać mu się zbyt dokładnie. Jest to miejsce, gdzie dysydenci są więzieni, a kobiety nie są dostrzegane. Sądzę więc, że ludzie myślą: «Chwileczkę. To nie jest to, co widziałem w reklamach»”.

Ważne, aby rzeczywistość Dubaju została udokumentowana, ponieważ nic nie zostałoby upublicznione, gdyby szejk Mohammed znalazł na to sposób. Dubaj ma jedne z najsurowszych praw medialnych na świecie i rutynowo ściga zarówno dziennikarzy, jak i obywateli, którzy nie trzymają się linii partii. Jednak nawet termin „partia” jest tu mylący, ponieważ w ZEA nie ma partii politycznych, gdyż jest to reżim autorytarny, w którym każdy sprzeciw wobec władców jest szybko miażdżony, a opozycjoniści wysyłani są do osławionych dubajskich więzień, skąd na porządku dziennym są doniesienia o torturach. W sprawozdaniu Organizacji Narodów Zjednoczonych stwierdzono: „Pomimo ogłoszenia roku 2019 Rokiem Tolerancji, władcy Zjednoczonych Emiratów Arabskich nie oka- zali żadnej tolerancji dla jakiegokolwiek sposobu pokojowego sprzeciwu”.

Chociaż konstytucja ZEA gwarantuje wolność słowa, w rzeczywistości od czasu jej ustanowienia wprowadzono wiele surowych przepisów, wedle których krytykowanie polityki rządu, gospodarki i którejkolwiek z rodzin rządzących jest przestępstwem. Lokalne i zagraniczne media są regularnie cenzurowane. Każdy jest pod czujnym okiem władzy. W Dubaju podobno jest więcej nadzoru niż w jakimkolwiek innym miejscu na świecie, bo miasto dysponuje aż trzydziestoma pięcioma tysiącami ka- mer CCTV na ulicach. Dla porównania, Waszyngton ma ich około czterech tysięcy. Dubaj w mgnieniu oka może zmienić się z placu zabaw dla bogatych i sławnych osobistości w państwo policyjne.

***

Gdziekolwiek na świecie czytasz teraz tę książkę, mogę z dużą dozą pewności założyć, że nie kupiłeś jej podczas postoju na rozległym międzynarodowym lotnisku w Dubaju. Tamtejsze sklepy wolnocłowe oferują niemal wszystko, co tylko może się przydać zmęczonym podróżnym, którzy próbują zabić czas dłużący się pod- czas oczekiwania na przesiadkę na samolot linii Emirates. Nawet alkohol, który jest zakazany w większości Zjednoczonych Emiratów Arabskich, jest traktowany liberalnie, a półki są wyłożone wszystkim, od najtańszych alkoholi po szampany o absurdalnie wysokich cenach. Ale na pewno nie da się ukryć, że jeśli chodzi o wolność słowa, to szejk Mohammed i inni przywódcy decydują w jej zakresie o wszystkim w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Po prostu: nie ma wolności słowa. Ani prawa do jakiejkolwiek krytyki poczynań władców tego kraju. Więc jeśli przypadkiem czytasz tę książkę, lecąc teraz do Dubaju, chcąc poczytać nieco o miejscu docelowym podróży, radzę przejść się do pokładowej toalety, zamknąć drzwi i wrzucić publikację do kosza na śmieci.

W porządku, jeśli czytasz dalej, to zakładam, że nie jesteś pasażerem wspomnianego lotu i jesteś gotowy, aby dowiedzieć się więcej o przerażającym poziomie wolności słowa w ZEA i drakońskich przepisach służących temu, aby nikt nigdy nie zakwestionował ani nie zagroził władzy absolutnej przyznanej władcom Dubaju. Choć ZEA próbują się przedstawiać jako światowy lider na wielu frontach, nie da się zaprzeczyć, że ich sytuacja w zakresie wolności słowa jest absolutnie skandaliczna i bliżej im do takich krajów jak Korea Pół- nocna niż do jakiegokolwiek szanującego się nowo- czesnego państwa. Warto udać się do ekspertów w tej dziedzinie: Reporters Sans Frontières (RSF – Reporterzy bez Granic). RSF jest uważana za wiodącą organizację pozarządową, która stoi na straży prawa do wolności informacji, opinii i wypowiedzi, prawa inspirowanego artykułem 19 Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka. Chociaż ZEA lubią wyobrażać sobie, że siedzą u boku światowych mocarstw dzięki swoim przytulnym umowom z USA i Wielką Brytanią, w rzeczywistości RSF uważa, że ZEA są w przybliżeniu odpowiednikiem Re- publiki Środkowoafrykańskiej, jeśli chodzi o ocenę Światowego Indeksu Wolności Prasy. ZEA zajmują sto trzydzieste pierwsze miejsce, zaledwie jedno miejsce przed Republiką Środkowoafrykańską i o wiele poniżej takich krajów jak Zimbabwe, Afganistan, Nikaragua, Nigeria i Ukraina. (Czołowe miejsca zajmują Norwegia, Finlandia, Dania i Szwecja. Australia jest dwudziesta szósta, Wielka Brytania trzydziesta piąta, a USA czterdzieste piąte).

„Niestety, pod blichtrem i za panoramą z drapaczy chmur kryje się niechlubna prawda o sytuacji praw człowieka i wolności słowa” – mówi mi źródło z blisko- wschodniego biura RSF o hipokryzji w Dubaju. W ZEA nie ma niezależnego i bezstronnego dziennikarstwa, a większość krytykujących stron internetowych jest za- kazana pod pretekstem walki z terroryzmem. To zwykłe modus operandi rządzących – stworzyć mocne podstawy prawne, dzięki którym można rozprawić się z każdym, kto krytykuje kraj lub jego przywódców, a następnie surowo ukarać wszystkich uznanych za przestępców, aby odstraszyć innych, którzy mogliby choćby pomyśleć o wyjściu przed szereg. Ten precedens domniemanego terroryzmu dotyczy ustawy federalnej nr 7 z 2014 roku o zwalczaniu przestępstw terrorystycznych. Może brzmi to zawile i pokrętnie, ale rodzaje kary dla każdego, kto naruszy tę ustawę, są bardzo jasno określone. Dostępne opcje to kara śmierci, dożywotnie uwięzienie lub grzywna o wysokości maksymalnej do dwudziestu siedmiu milionów dolarów. W samej ustawie czytamy: „Kara śmierci lub dożywotniego więzienia jest nakładana na każdego, kto po- pełnia działanie lub zaniechuje działania, zagrażając stabilności, bezpieczeństwu, jedności, suwerenności lub bezpieczeństwu państwa”. Oczywiście to wszystko jest otwarte na interpretację, ale nie jest trudno zauważyć, że jeśli sugerujesz, iż ktoś inny niż szejk Mohammed powinien dostać szansę na przewodzenie w Du- baju, to prawdopodobnie jesteś uważany za osobę zagrażającą stabilności i jedności państwa.

To jednak dopiero początek. Można również sięgnąć do dekretu federalnego nr 5 z 2012 roku o zwalczaniu cyberprzestępczości. Każdemu, kogo oskarża się o jej dopuszczanie się, również grozi dożywotnie więzienie. Jaka jest definicja cyberprzestępstwa w ZEA? Cóż, nie może być o wiele szersza: „ktokolwiek publikuje informacje, wiadomości, oświadczenia lub plotki na stronie internetowej, lub w jakiejkolwiek sieci komputerowej, lub za pomocą środków technologii informacyjnej z zamiarem wywołania sarkazmu, lub zaszkodzenia reputacji, lub prestiżowi państwa, lub którejkolwiek z jego instytucji albo prezydenta, wiceprezydenta, któregokolwiek z władców Emiratów, ich książąt koronnych, czy też zastępców władców Emiratów, flagi państwowej, pokoju narodowego, logo, hymnu narodowego lub któregokolwiek z jego symboli”. Należy pamiętać, że „środek informacyjny” może po prostu odnosić się do wysłania wiadomości tekstowej do przyjaciela. Tak więc, w efekcie, każdy, kto powie cokolwiek krytyczne- go o królestwie lub jego władcach, natychmiast narusza prawo i jest narażony na dożywotnie więzienie.

Pomyślcie, ile milionów razy takie prawo zostałoby złamane w zachodnim kraju, gdzie politycy są celem kpin i krytyki na co dzień i co godzinę. Tymczasem nawet najprostsza wiadomość prywatna do znajomego w Zjednoczonych Emiratach Arabskich może zostać uznana za cyberprzestępstwo, za które grozi kara więzienia. Biuro Komisarza Praw Człowieka ONZ opublikowało raport opisujący prawo w ZEA jako „jedno z najbardziej restrykcyjnych praw w świecie arabskim”, co jest dość ponurą oceną. To trochę jak bycie nazwanym najgorszym przestępcą na więziennym spacerniaku.

Przepisy wydają się tak daleko idące i na granicy farsy, że łatwo pomyśleć: „No cóż, to pewnie tylko po to, żeby zastraszyć ludzi, aby nie robili nic nazbyt szalonego”, ale niestety są one egzekwowane i ścigane równie rutynowo jak wszystko inne w ZEA. Międzynarodowe Centrum Sprawiedliwości i Praw Człowieka niemal traci rachubę, gdy wymienia listę przypadków – dziennikarzy i blogerów, którzy byli ścigani za to, że powiedzieli coś krytycznego o ich rządzie. W październiku 2016 roku matka pięciorga dzieci Amina al-Abdouli została skazana na pięć lat więzienia za założenie kont na Twitterze, na których rzekomo pojawiały się negatywne komentarze na temat ZEA. Oskarżono ją również o znieważenie kraju, rozpowszechnianie wprowadzających w błąd informacji oraz narażanie na szwank relacji ojczyzny z krajami sojuszniczymi. Na początku tego samego roku Sąd Najwyższy skazał Abdullaha Newaba Balushi i Marwana Mohammeda Atiqa bin Sufyana Al Falai za umieszczanie pewnych informacji na WhatsApp i skazał każdego z nich na pięć lat więzienia. Bloger i obrońca praw człowieka, Ahmed Mansoor, został skazany na dziesięć lat więzienia na podstawie wyjątkowo niejasnego zarzutu „szkodzenia statusowi i prestiżowi ZEA oraz ich symbolom”.

Ucieczka

Jeśli scenarzyści filmów o Jamesie Bondzie siedzieli- by wokół stołu, wymyślając fabułę kolejnej ekranizacji przygód agenta 007, i ktoś zaoferowałby im historię podobną do doświadczeń księżniczki Shamsy, prawdopodobnie powiedziano by im, że przeskoczyli rekina (amerykańskie określenie opisujące nieprawdopodobny zwrot akcji, po którym fabuła produkcji telewizyjnej zaczyna biec w stronę coraz większego absurdu – przyp. tłum. [za: pl.wikipedia.org]). Niewiarygodne pod wieloma względami szczegóły tej sprawy są dokładnie tym, co sprawiło, że odrzucano ją jako nieprawdopodobną. Jednak, dzięki dodatkowym informacjom, historia ta została udowodniona przed najwyższym sądem Wielkiej Brytanii: w konsekwencji planów kilku państw córka szejka Mohammeda została uprowadzona, a „on nadal utrzymuje reżim”, w którym jest „ona jest pozbawiona [swojej] wolności”.

Niewiele wiadomo o wczesnym życiu Shamsy, poza tym, co można zaobserwować na kilku zdjęciach z jej młodości. Była ładną dziewczyną i wyraźnie podzielała pasję ojca do koni. Jedno ze zdjęć pokazuje ją ubraną na oficjalną okazję, w sukience, kolczykach i z makijażem, gdy chwali się trofeum w kształcie końskiej głowy. Regularnie brała udział w zawodach jeździeckich, raz nawet uplasowała się za księżniczką Anną w gonitwie długodystansowej. Istnieje też zdjęcie rzekomo przedstawiające Shamsę jadącą konno, ubraną w sweter, na którym widnieje napis „waleczne serce”. Odwaga, jak na ironię, jest tym, co zapewniło jej sławę, ale także kosztowało ją wolność.

Niektórzy mogą się zastanawiać dlaczego młoda kobieta, która wyjeżdża na ekskluzywne zawody jeździeckie, miałaby narzekać na swój styl życia. Ale to właśnie zawody były dla Shamsy objawieniem, ponieważ dały jej szansę zobaczyć wolność, jaką się cieszyły inne kobiety, co było tak odmienne od surowych zasad, których ona była zmuszona przestrzegać. „Nie miała zbyt wiele wolności w Dubaju,” ujawniła jej siostra Latifa w swoim wideo z 2018 roku. „Wolność wyboru nie jest czymś, co mamy”. Shamsa była rozpaczliwie niezadowolona z życia w królewskim pałacu w Dubaju.

W 2000 roku, kiedy Shamsa miała dziewiętnaście lat, pojechała z dalszą rodziną na wakacje do Wielkiej Brytanii. Rodzinny urlop, gdy jest się Maktoumem, w niczym nie przypomina wypoczynku, który jest udziałem większości dorastającej młodzieży, np. w domku na plaży, czy dzięki taniej ofercie lotniczej – w nieco bardziej egzotycznym miejscu. Celem podróży Shamsy była wystawna posiadłość jej ojca Longcross w Surrey, warta siedemdziesiąt pięć milionów funtów. Opisanie terenu rezydencji jako rozległego byłoby niedopowiedzeniem – jest to jedna z tych nieruchomości, które można docenić jedynie, gdy się je ogląda za pomocą opcji satelitarnej Map Google. Na pierwszy rzut oka wygląda to, jakby budynki na terenie posiadłości były otoczone polami golfowymi, ale w rzeczywistości są to akry idealnie wypielęgnowanych trawników. Dzięki stronie internetowej możemy zajrzeć przez ogrodzenie, ale zobaczymy tylko jeden z (wielu) budynków – ogromną, niemalże pałacową, wielopiętrową rezydencję, która bez wątpienia nadaje się dla króla... lub szejka. Jednak ta monstrualna budowla wcale nie jest największa – na zdjęciach satelitarnych widać co najmniej sześć innych. Główny budynek jest większy prawdopodobnie o siedemdziesiąt procent, znajduje się około stu pięćdziesięciu metrów dalej w dół krętego podjazdu i posiada dwie wielkie klatki schodowe pro- wadzące od drzwi wejściowych do głównych trawników. Można sobie wyobrazić, że miejsce to spokojnie mogłoby zostać lokalizacją w filmie Wielki Gatsby, jako tło dla burżuazyjnego przyjęcia, które rozświetlone fajerwerkami rozlewa się obfitością martini dla gości. Ale dla Shamsy życie tutaj zdecydowanie nie było imprezą.

Jest jasne, że nie znosiła tego miejsca i desperacko pragnęła uciec spod władzy ojca. Wymyśliła więc ambitny i niebezpieczny plan ucieczki. Dla niemal każdego dziewiętnastolatka koncepcja „ucieczki” z domu rodzinnego jest niedorzeczna – po prostu idziesz do samochodu, wkładasz kluczyk do stacyjki i odjeżdżasz w noc. Dla Shamsy było to jednak całkowicie niemożliwe. Posiadłość monitorowano dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu. Doskonale wyszkoleni strażnicy, kamery bezpieczeństwa i ciągłe patrole miały utrzymać niepożądanych intruzów na zewnątrz, ale nie ulega wątpliwości, że ich zadaniem było również pilnowanie osób w środku. Szejk Mohammed lub jego podwładni doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że Shamsa była w tym czasie co najmniej trochę niesforna i brali pod uwagę możliwość zrobienia przez nią czegoś nieoczekiwanego. W końcu Shamsa musiała zdać sobie sprawę, że jeśli chce uciec bez wykrycia, to kluczem do sukcesu było upewnienie się, że nie robi nic, co mogłoby wywołać alarm.

Ekstremalne środki bezpieczeństwa zakłóciły życie małej społeczności Longcross. Jeden z sąsiadów skarżył się „Daily Mail”, że ogrodzenia są „bardziej odpowiednie dla więzienia”, podczas gdy inny porównał je do „obozu koncentracyjnego”. Mimo to, niczym Andy Dufresne ze Skazanych na Shawshank, Shamsa nie spieszyła się i znalazła wyjście. Dramatyczne szczegóły brawurowej ucieczki przez lata powoli wypływały na światło dzienne, a teraz dzięki policji, która prowadziła śledztwo w tej sprawie, pojawiły się nowe informacje, dając jeszcze pełniejszy obraz wydarzeń.

Zaginięcie na brytyjskiej ziemi córki zagranicznego premiera to wielka historia, ale, pomimo paniki i chaosu panującego w Longcros, zespołowi ochrony Zjednoczonych Emiratów Arabskich w jakiś sposób udało się utrzymać incydent poza zasięgiem mediów. Po raz pierwszy świat zewnętrzny dowiedział się o ucieczce Shamsy ponad rok później, dzięki artykułowi opublikowanemu w „The Guardian” 15 grudnia 2001 roku: (...)

Według przyjaciół Shamsy al-Maktoum to właśnie czarny Range Rover zapoczątkował panikę. Mówią, że został porzucony w pobliżu stajni w rozległej posiadłości jej ojca w Surrey, a jego odkrycie pewnego lipcowego poranka ubiegłego roku potwierdziło najgorsze obawy pracowników ochrony: Shamsa uciekła.

Fot. i inf.: materiały prasowe

Dobra książka

Dobra książka - najnowsze informacje