sobota, 12 lutego 2022 08:10

Z Wawelu miała zostać kupa gruzu. Na szczęście zniszczono kabel… Jak było naprawdę?

Autor Mirosław Haładyj
Z Wawelu miała zostać kupa gruzu. Na szczęście zniszczono kabel… Jak było naprawdę?

– Mój ojciec, Józef Buczak, członek AK opowiadał historię o istnieniu kabla, którego trasa przebiegała przez Bronowice Małe, wzdłuż płynącego tam strumienia, przez Pasternik i dalej w kierunku zachodnim – pisze w liście do redakcji nasz czytelnik. Mityczny kabel, prowadzący do detonatora, dzięki któremu Niemcy mieli wysadzić Kraków, miał zostać, w zależności od relacji, przecięty przez żołnierzy AK lub czerwonoarmiejców… Jak było naprawdę?

Z wkroczeniem Armii Czerwonej do Krakowa nierozerwalnie związany jest mit zaminowania go przez Niemców, którzy mieli podłożyć ładunki wybuchowe nie tylko pod strategicznymi punktami infrastruktury, ale przede wszystkim pod najważniejszymi miejskimi zabytkami. Z tą sprawą łączy się kolejny mit – mit kabla mającego prowadzić do detonatora ukrytego w forcie na Pasterniku, położonego na szczycie wzgórza Wróżna Góra w Modlniczce koło Krakowa. W zależności od relacji przewód miał zostać przecięty, a tym samym krakowskie zabytki uratowane, przez żołnierzy AK lub czerwonoarmiejców.

Rozmowa z dr Maciejem Korkuciem, która została opublikowana przy okazji rocznicy wkroczenia Armii Czerwonej do Krakowa spotkała się z dużym zainteresowaniem i oddźwiękiem ze strony czytelników. Jeden z nich, pan Józef Buczak (zgodził się upublicznić nazwisko swoje i swojego ojca), napisał do redakcji po lekturze wywiadu i w przesłanym mailu przytoczył historię swojego ojca, również Józefa, żołnierza AK, który opowiadał mu o istnieniu przewodu biegnącego „przez Bronowice Małe, wzdłuż płynącego tam strumienia, przez Pasternik i dalej w kierunku zachodnim”. Miał on, według naszego czytelnika, posiadać „specyficzną cechę”, a mianowicie miejsce jego uszkodzenia „było natychmiast monitorowane do centrali i ekipa naprawcza wiedziała dokładne w którym miejscu kabel został uszkodzony”. I choć pan Józef nie pisze do czego mógł ów przewód służyć, to w kontekście daty 18 stycznia, automatycznie nasuwa się legenda o „kablu centralnym”. Ten miał prowadzić do ładunków wybuchowych znajdujących się pod krakowskimi zabytkami. Poniżej prezentujemy fragment przesłanego listu:

„Mój ojciec, Józef Buczak urodzony 4 stycznia 1916 roku w Krakowie, członek AK opowiadał jednak własną historię o istnieniu kabla, którego trasa przebiegała przez Bronowice Małe, wzdłuż płynącego tam strumienia, przez Pasternik i dalej w kierunku zachodnim. Kabel ten posiadał specyficzna cechę. Miejsce uszkodzone było natychmiast monitorowane do „centrali” i ekipa naprawcza wiedziała dokładne w którym miejscu kabel został uszkodzony. Nie musieli uszkodzenia szukać, wiedzieli gdzie jest. Technicznie było to ciekawe i niecodzienne rozwiązanie. Ojciec opowiadał, że po pierwszym uszkodzeniu kabla ekipa naprawcza bardzo szybko przybyła na miejsce. Stanowiło to ogromne zaskoczenie dla grupy dywersyjnej. Wobec tego w momencie „wyzwalania” Krakowa kabel został uszkodzony nie w jednym ale w wielu miejscach jednocześnie, aby nie można go było szybko naprawić. Mieszkaliśmy w Bronowicach Małych przy ulicy Tetmajera 34 do roku 1967, do roku śmierci mojego ojca. Miałem wtedy 15 lat i pamiętam dobrze tą okolicę jako miejsce zabawy z innymi dziećmi”.

„Przytoczone opowiadanie można uznać za wiarygodne”

Idąc tropem podesłanym przez czytelnika, postanowiliśmy sprawdzić, czy w styczniu ’45 roku dysponowano technologią pozwalającą na opisywane przez pana Józefa monitorowanie kabla. Z pytaniem o możliwość szybkiej i dokładnej lokalizacji przebicia przewodu zwróciliśmy się do prof. dr hab. inż. Janusza Gajdy z AGH, który jest wybitnym specjalistą w zakresie elektryki i metrologii oraz pełni m. in. funkcję Kierownika Katedry Metrologii i Elektroniki na Wydziale Elektrotechniki, Automatyki, Informatyki i Inżynierii Biomedycznej krakowskiej uczelni. Analizując przesłaną relację, profesor Gajda stwierdził, że „przytoczone opowiadanie można uznać za wiarygodne”. W odpowiedzi na wysłane przez nas zapytanie, profesor AGH napisał obszerne wyjaśnienie:

„Budowa kabla jak i rodzaj uszkodzenia mogą się znacznie różnić. Kabel może posiadać różną liczbę żył jak również może być wyposażony dodatkowo w ekran. Zakładając prostą konstrukcję czyli ograniczając przypadki do kabli dwu i czterożyłowych oraz przyjmując, że uszkodzenie miało prosty charakter (przebicie izolacji jednej żyły do ekranu, przebicie izolacji między żyłami oraz przerwa w jednej żyle) można powiedzieć, że do lokalizacji prostego uszkodzenia wystarczą proste metody pomiarowe. Metody lokalizacji stosowane w takich przypadkach to metody techniczne lub mostkowe. Do ich realizacji niezbędne jest dysponowanie prostymi narzędziami jak źródło napięcia stałego, woltomierz, amperomierz, galwanometr, generator sygnału sinusoidalnego o regulowanej częstotliwości, induktor. Miejsce lokalizacji uszkodzenia jest określane w wyniku prostej analizy wyników pomiaru kilku rezystancji, jak również wyników pomiaru ciągłości żyły induktorem, przy zwarciu żył kabla na drugim końcu. Realizacja takich metod pomiarowych była na pewno możliwa w czasie II wojny światowej.
Trudno jednak zakładać, że w wyniku akcji dywersyjnej doprowadzono do któregoś z wymienionych uszkodzeń. Raczej prawdopodobne jest, że kabel został po porostu przecięty. Lokalizacja takiego uszkodzenia wymaga wykorzystania metody reflektometrycznej. Metoda jest bardzo podobna do metody radarowej. Do uszkodzonej żyły wysyła się ciąg krótkich impulsów napięciowych. Impulsy te biegną wzdłuż kabla, a po napotkaniu jakieś nieciągłości (zwarcie, przerwa) odbijają się i wracają do punktu wyjścia. Zmierzony czas opóźnienia impulsów powracających jest podstawą do wyznaczenia odległości od miejsca uszkodzenia. Warunkiem jest znajomość prędkości propagacji fali w kablu. Niestety ta prędkość zależy istotnie od stopnia zawilgocenia kabla, co znacząco ogranicza dokładność lokalizacji. Można temu częściowo przeciwdziałać stosując bardziej zaawansowany algorytm postępowania.
Obecnie dysponujemy reflektometrami, które są urządzeniami mikroprocesorowymi i na pewno w roku 1945 taki sprzęt nie był dostępny. Jednak dysponując generatorem wąskich impulsów napięciowych oraz oscyloskopem można zrealizować taki pomiar i przypuszczam, że było to również możliwe w 1945 roku. Ciekawostką jest to, że metoda pozwala wykryć i zlokalizować kilka uszkodzeń współistniejących.
Podsumowując przytoczone opowiadanie można uznać za wiarygodne.
Z wyrazami szacunku,
Janusz Gajda”

Theatrum nadzwyczaj wygodne

W tej sytuacji o całej sprawie nie mogliśmy nie porozmawiać z dr Maciejem Korkuciem z krakowskiego oddziału IPN.

Panie Macieju wracamy do Krakowa i wydarzeń ze stycznia ’45 – wkroczenia Armii Czerwonej do miasta i do mitu o zaminowaniu jego zabytków przez Niemców. Dlaczego pana zdaniem powstał mit o podłożeniu ładunków akurat pod zabytkami, podczas gdy, jak twierdzi między innymi prof. Chwalba, dynamit pojawił się, ale pod ważną infrastrukturą, jak mosty czy wiadukty, bądź strategicznymi zakładami – elektrownią, gazownią, wodociągami?
– Jedno nie przeczy drugiemu. Przecież te wszystkie dyskusje o rzekomym sowieckim „ocaleniu Krakowa” nie dotyczą mostów, linii kolejowych czy wiaduktów. W każdej wojnie taka infrastruktura bywa niszczona lub przygotowywana do zniszczenia. Przecież sowieckie lotnictwo takie obiekty bombardowało, ale nikt nie próbuje wymyślać, że Sowieci właśnie w ten sposób chcieli w ten sposób zrównać z ziemią Wawel, Sukiennice, Kościół Mariacki, centrum miasta i w ogóle zabytki. To byłoby niedorzeczne. Próba niszczenia infrastruktury komunikacyjnej czy obiektów infrastrukturalnych, mających pośrednio również znaczenie militarne – to jedno. Chęć zniszczenia zabytków, pomników kultury – to co innego. Sowietów w to nikt „nie ubiera”. Zaminowanie Krakowa wymyślono dlatego, że takie było zapotrzebowanie propagandowe. I wymyślono to dopiero dwa miesiące po zajęciu miasta przez sowietów.

Zaraz rozwiniemy ten wątek, ale wcześniej dla porządku wyjaśnijmy: co Niemcy robili a czego nie robili?
– Niemcy wcześniej z pewnością przygotowywali się do obrony Krakowa. Na wschód od miasta budowali rękami zagonionych do pracy ludzi linie umocnień, różne ciągi powiązanych ze sobą okopów i punktów oporu. Na przykład w okolicach wsi Mogiła wykopano kilka kilometrów szerokiego na kilka metrów i głębokiego na trzy metry rowu, który miał utrudniać natarcie czołgów. Ale to wszystko było na wschodzie, poza miastem.
W samym mieście na tej samej zasadzie Niemcy przygotowywali się do walk ulicznych. Dodatkowo nie wiedzieli co wykręcą Polacy – obawiali się walk powstańczych na tyłach. Więc zabezpieczali budynki rządowe, dzielnice zamieszkane przez Niemców i wojskowe koszary. Niemcy murowali dolne okna budynków zostawiając otwory strzelnicze, wstawiali siatki chroniące przed granatami. Budowali też w różnych częściach miasta małe betonowe bunkry ze strzelnicami. Było ich kilkadziesiąt w miejscach ważnych z punktu widzenia potencjalnych walk. Były też betonowe schrony, wielkie zbiorniki przeciwpożarowe na Rynku, itd.
W kontekście ataku Sowietów oczywiście myślano w pierwszym rzędzie o ograniczeniu swobody działań broni pancernej. Niemcy wybudowali więc 240 zapór i specjalnych słupów przeciwczołgowych na skrzyżowaniach, na ulicach wylotowych. Także w ścisłym centrum miasta. Taki dość potężny, gruby, betonowy słup o wysokości kilku metrów, miał rzeczywiście u podstawy umieszczany niewielki ładunek wybuchowy. Na wypadek zbliżania się Sowietów miała być wywołana kontrolowana eksplozja. Słup upadając miał przegrodzić ulicę, tworząc dodatkowe zapory przeciwczołgowe. To na wypadek walk. Póki co słupy stały w pionie, aby miasto pod władzą Niemców funkcjonowało. Podsumowując: takie małe ładunki pod słupami były, wielkich, pod zabytkami – nie było.
Poważniejsze ładunki były gdzie indziej. Niemcy to minowali to, co mogło mieć znaczenie w czasie walk: gazownię, elektrownię, centralne budynki sieci wodociągowej. No i oczywiście mosty na Wiśle. I to jest spójne z tym co mówi profesor Chwalba. Natomiast powiedzmy jeszcze raz wyraźnie: żadnego minowania zabytków w Krakowie Niemcy nie robili.

Poczty sztandarowe NSDAP i żołnierze na dziedzińcu Wawelu./fot: NAC

Jednak w końcu i tak Krakowa nie bronili.
– Tak jest. Finalnie Niemcy z obrony miasta musieli zrezygnować mimo wcześniejszych kosztownych przygotowań. Nie mieli sił wystarczających do zapewnienia obrony zarówno Krakowa, jak i Górnego Śląska. Dowodzący 17 Armią gen. Friedrich Schulz został formalnie zwolniony z obowiązku obrony miasta. Wycofali się, ustępując przed Sowietami. Niemcy prowadzili w mieście jedynie walki osłonowe, nie pozwalając na zamknięcie oddziałów niemieckich w „kotle”. Wycofali się za Wisłę. A po przejściu ostatnich oddziałów Wehrmachtu wysadzili mosty. To i tak było bezskuteczne, bo rzeka w styczniu była skuta lodem. To właśnie w takich okolicznościach Sowieci zajęli centrum miasta już 18 stycznia 1945.

W takim razie jak podchodzić do opisów, na które można natrafić w nie tylko w internecie, ale także w książkach, czasopismach czy innych, mniej lub bardziej wiarygodnych, opracowaniach dotyczących kwestii minowania zabytków?
– Wszystko zależy od tego kto, jak i do czego sięga. To, co wydrukowano i pokazywano na ten temat w PRL, to połączenie różnych przekazów medialnych i architektoniczno-pomnikowych. Na nich wychowywano całe pokolenia młodych ludzi. W Krakowie co roku z pompą organizowano obchody rocznicowe. Obowiązujący mit wbijały do głów gazety, radio, kroniki filmowe w kinach, potem telewizja. Zbudowano tez ogromny pomnik Koniewa przy alei jego imienia.

Kalendarium. 9 i 10 stycznia 1991 r., na mocy decyzji Rady Miasta Krakowa, zdemontowano pomnik sowieckiego marszałka...

Opublikowany przez Instytut Pamięci Narodowej w Krakowie Sobota, 8 stycznia 2022

No, oczywiście były też i książki. Chyba najbardziej znane jest wysokonakładowe i wznawiane „dzieło” Ryszarda Sławeckiego „Manewr, który ocalił Kraków”. To tam znajdziemy stwierdzenia w rodzaju: „ocalenie Krakowa stanowiło w historii sztuki wojennej klasyczny przykład podporządkowania celu militarnego celowi polityczno-gospodarczemu”. To książka propagandowa, pełna takich frazesów, ale też sprawnie napisana. Jeśli dzisiaj sięga po nią ktoś niezorientowany łatwo może poddać się takiej narracji. Trzeba trochę wiedzy i doświadczenia, żeby dostrzec gdzie są przemilczenia, niespójności, pominięcia faktów…

Twarde dowody historyczne nie wszystkich przekonują. Lata propagandy zrobiły swoje?
– Warto zadać sobie pytanie dlaczego w całym okresie PRL (i również w książce Sławeckiego) nie wskazano tych miejsc, w których ukryto owe gigantyczne ładunki. Dlaczego nigdzie nie ma fotografii z ich rozminowania (przecież to byłaby „wiekopomna chwila”)? Dlaczego większość materiału jest utkana z powojennych propagandowych opowieści o Koniewie, żyjącym miłością do polskich zabytków, a nie ma dokumentów na temat rzekomego zaminowania i dokumentów bezpośrednich na temat równie rzekomego rozminowania Wawelu czy Bazyliki Mariackiej? Dlaczego nie pokazano jak technicznie i logistycznie Niemcy przeprowadzili całą operację rzekomego zaminowania całego centrum Krakowa? Przecież to musiałoby być poważne przedsięwzięcie! Nie potwierdzają tych bajek dokumenty sowieckie z czasu ofensywy i z okresu bezpośrednio po zajęciu miasta.

Ilu mamy „bohaterów” ratujących krakowskie zabytki? Dodam, że specjalnie użyłem liczby mnogiej.
– Słusznie. Bo jest ich co najmniej kilku. Głównym „ocalającym” jest oczywiście wspomniany już marszałek Iwan Koniew, dowódca 1 Frontu Ukraińskiego. Prąc z przyczółka sandomierskiego w stronę Śląska znalazł się na północ od Krakowa i skorzystał z okazji zajęcia dużego ośrodka. Celem był Śląsk a nie Kraków. Potem zrobiono z tego nadzwyczajną miłość do zabytków Krakowa, polskiej kultury i do Polaków. Przyjeżdżał po wojnie. Drukowano wywiady i wspomnienia… Na przykład w 1965 roku Koniew opowiadał, jak to szukał sposobu „aby zwrócić Polakom ich drugą stolicę, to piękne zabytkowe miasto, w stanie możliwie nienaruszonym”. Więc wymyślano te bajki o tym, że zakazał używania artylerii i lotnictwa. Chociaż i jednego i drugiego Sowieci używali tak, jak w standardowych operacjach. Oczywiście Koniew wpasował się w tę rolę. To było theatrum nadzwyczaj wygodne. Czerwone władze miasta przyjmowały go niemal na kolanach, były zawsze kwiaty, dzieci, akademie. Na koniec gigantyczny pomnik.

Żołnierz z 10 pułku SS Totenkopf na warcie przed Katedrą na Wawelu./fot: NAC

A co z przecinającymi sławny „kabel centralny”? Jego istnienie jest mitem równie dużym, jak ładunki podłożone pod zabytkami do których miałby prowadzić…
– To już sowiecki dywersant Jewgienij Bieriezniak. Drugi w kolejce po Koniewie. Musimy przypomnieć, że w PRL opisywano, że „Niemcy ukryli się ze swym śmiercionośnym kablem w środku fortu na Pasterniku”. Ten kabel miał być połączony „ze wszystkimi podminowanymi obiektami miasta”, bo Niemcy „zamontowali tam przyrządy do wywołania równoczesnej detonacji za jednym naciśnięciem guzika czy przekręceniem dźwigni”.
To też mocno wbijano do głów. Przede wszystkim warto zapytać: skoro ów „kabel centralny” miał spowodować „wielkie bum” to z tego Pasternika powinien prowadzić do centrum. Dlaczego nigdy nie zaprezentowano mapy jego przebiegu? Gdzie on się podział? Kiedy go wykopano? A skoro go nie wykopano, to gdzie jest? Przecież byłby świetnym eksponatem muzealnym! Nawet nie zlokalizowano dokładnie owego wiekopomnego „miejsca jego przecięcia”, chociaż ów „przecinający” Jewienij Bieriezniak był sprowadzany po wojnie do miasta i fetowany jako bohater. I mógł pokazać.
No, ale właśnie w detalach takie historie się sypały. W PRL cenzura wyznaczała granice, za którymi pytania stawały się niewygodne, więc ich nie można było zadawać.

Ze sprawą powiązany jest więc pewien paradoks. Kabel, jak już ustaliliśmy, nie istniał, za to Ci „którzy go przecinali” już jak najbardziej…
–  Ja nie mówię, że Niemcy nie mieli żadnych kabli (śmiech). Oczywiście, że mieli swoją infrastrukturę komunikacyjną i jej podobną. Może i były jakieś kable komunikacyjne o specjalnym znaczeniu, specjalnie strzeżone. Ktoś mógł widzieć nawet, że Niemcy coś przy nich robią. Kable w dużych ilościach były wtedy i są dzisiaj w całym mieście. Niektóre pod specjalną opieką.
Wymysłem jest natomiast propagandowa legenda o tym tzw. kablu centralnym, który miał prowadzić do rzekomo zaminowanego Wawelu, Sukiennic itd. Tym, który miał za jednym pociągnięciem uruchomić gigantyczną eksplozję.

Ale Bieriezniak naprawdę został zrzucony pod Krakowem.
– Tak jest. Kpt. Jewgienij Bieriezniak ps. „Michajłow” został zrzucony na spadochronie pod Krakowem w sierpniu 1944 r. Dowodził grupą wywiadowczą 1 Frontu Ukraińskiego o kryptonimie „Głos” (ros. „Gołos”), która faktycznie pozyskała m.in. informacje o przygotowaniach obronnych Niemców w okolicach miasta. Natomiast Bieriezniak nie miał i nie przekazywał żadnych informacji na temat zamiaru wysadzenia całego Krakowa przez Niemców. Nie przekazywał też danych o jakimkolwiek „centralnym kablu”, który miał uruchomić eksplozję. To później wykreowano.
Nad wszystkim czuwała propaganda i cenzura. Było zapotrzebowanie na takiego „bohatera” to i opisano wszystko jak trzeba. Zgodnie z praktykami sowieckiej propagandy ta wersja oficjalna była podtrzymywana przez samego J. Bierezniaka w wywiadach i publikacjach wspomnieniowych. No i opisywał, że zdobył plan zaminowania miasta. Że przeciął „centralny kabel” minerski prowadzący z fortu na Pasterniku do miasta. Ale opowiadał też, że po wejściu Sowietów do miasta saperzy już w pierwszych godzinach „rozminowali Sukiennice, uniwersytet, Wawel…”.
No tylko nie odnaleziono nigdy ani tych saperów, ani tych min, ani tych planów. Na początku XXI wieku Bieriezniak jeszcze żył. Dotarli do niego dziennikarze „Tygodnika Powszechnego”. Wtedy sam im przyznał, że żadnego centralnego kabla nie było. Ale wciąż powtarzał zasłyszane opowieści o zaminowaniu miasta przez Niemców.
Propaganda to propaganda. Również obecnie. Bieriezniak jest w dzisiejszej Rosji celebrowany jako rosyjski bohater, który „ocalił Kraków”. A na Ukrainie… jako ukraiński bohater, który „ocalił Kraków”. Otrzymał za to nawet order i tytuł „Bohatera Ukrainy”. Tyle, że tam już występuje jako Jewhen Bereźniak.

Gubernator Hans Frank (drugi z prawej) w towarzystwie generała Walthera von Brauchitsch (pierwszy z lewej) i generała Johannesa Blaskowitz (po prawej stronie Hansa Franka, z wąsem) na krużgankach Wawelu. W tle widoczny gubernator Otto Wachter i niemieccy oficerowie./fot: NAC

Jednak to nie ostatni „ocalający”...
– Był też jeszcze Aleksiej Botjan (po polsku: Bocian), Białorusin z Wileńszczyzny, który zrobił w czasie wojny i po wojnie karierę w sowieckich służbach specjalnych. W czasie wojny był wśród sowieckich dywersantów działających m.in. na Podhalu i Sądecczyźnie. W takiej roli prowadził też wywiad będący przygotowaniem do późniejszych działań represyjnych wobec AK. W styczniu 1945 roku był inspiratorem wysadzenia średniowiecznego zamku, wybudowanego przez Kazimierza Wielkiego – jednego z najważniejszych zabytków Nowego Sącza. Wysadzono zgromadzone w piwnicach miny, pięści pancerne itp. Finalnie całe to działanie okazało się do niczego potrzebne - Armii Czerwonej również to nic nie dało. Natomiast zniszczono zabytkowe zbiory, mury, budynki i całą okolicę. Po zamku jest dzisiaj puste miejsce ze zrekonstruowaną jedną basztą.
W 2007 roku prezydent Władimir Putin uroczyście odznaczył wciąż żyjącego Aleksieja Botjana, orderem i tytułem „Bohatera Rosji”. Był już owianym legendą – również filmową – dywersantem z NKWD i KGB. Za co order? Oczywiście; „za ocalenie Krakowa”. Jak to możliwe, że Kraków uratował Botjan, który w czasie wojny nawet w tym mieście nie był? Otóż ogłoszono, że owe ładunki zgromadzone w piwnicach zamku w Nowym Sączu miały być rzekomo użyte do wysadzenia właśnie zabytków Krakowa: Wawelu, Sukiennic itd.
Nic tu się nie zgadza: przecież zamek wysadzono w Nowym Sączu 18 stycznia 1945. Tego dnia Sowieci byli już w centrum Krakowa. Nic nie wiadomo o tym, żeby Niemcy chociaż planowali to wszystko przewozić do Krakowa (ani po co niby mieliby taki transport robić w tamtych okolicznościach). Co więcej: jak to się ma do pochodzących z legend o koniewach, bieriezniakach i kablach centralnych opowieści o JUŻ ZAMINOWANYM Krakowie, skoro dopiero trzeba było to wszystko jakimś cudem dopiero przewieźć? Nijak.
Kiedy na specjalnej konferencji dziennikarze polskiego RMF chcieli zadać Botjanowi niewygodne pytania mało ich nie pobito. I Botjan wpasował się w nową rolę. Zapytany przez rosyjskich dziennikarzy co było najważniejszym dziełem jego życia odparł: „uratowanie Krakowa”.

Z tego wynika, że mit zaminowanego Krakowa był a nawet wciąż potrzebny. Co można było i co można dziś w ten sposób osiągnąć?
– Taki mit był potrzebny Sowietom a jeszcze bardziej komunistom, którym Stalin powierzył zarządzanie zajętą przez Sowietów Polską. Wiec oni go stworzyli, i umacniali w propagandzie. Sowieci żądali pomników wdzięczności. Propaganda mówiąca o tym, że Polska zawdzięcza Stalinowi wolność i niepodległość miała ugruntować przekonanie, że PRL to kraj rzekomo wolny i niepodległy. Nie pamiętamy, że do końca PRL mówiono, że każdy Polak powinien pamiętać o „długu wojny”. Chodziło o dług wdzięczności wobec Stalina i Armii Czerwonej. Od Bieruta po Jaruzelskiego to była jedna z podstaw „etosu państwowego” PRL.
W propagandzie PRL mit o „ocaleniu Krakowa” spełniał rolę przeciwwagi dla przypominania tego, co w 1944 roku Sowieci zrobili w Warszawie. Wiemy, że mimo przewagi na froncie i mimo planów ataku na stolicę Polski, Sowieci celowo umożliwili Niemcom stłumienie Powstania, wymordowanie olbrzymich rzesz cywilów, a w potem miesiąc po miesiącu pozwalali im równać miasto z ziemią. To był temat istniejący w świadomości Polaków jako gigantyczne oskarżenie nie tylko pod adresem Hitlera, ale też Stalina. To był temat podcinający fundamenty propagandy Bieruta, Gomułki i ich następców.
W takim kontekście powstaje mit ocalenia Krakowa. Staje się specyficznym dowodem na szlachetność intencji Stalina i sowiecką gotowość do poświęcenia dla Polski. Bo ta sama Armia Czerwona, która stała pod Warszawą rzekomo robi wszystko, żeby ratować Kraków. Nie szczędząc wysiłków poświęca swe plany militarne, aby uchronić ośrodek polskiej kultury, zabytki, symbole narodowe i historyczne. To budowany w mentalności pomnik Stalina, miał być de facto dowodem, że Związek Sowiecki, jak by mógł, to pomógłby Warszawie. „Manewr, który ocalił Kraków” dowodzić miał, że ZSRS zawsze pomaga, ratuje, wspiera – z miłości do polskiego narodu i kultury.
Oczywiście w propagandzie nie robiono z tego prostej zbitki warszawsko-krakowskiej. Bo temat celowego oddania Powstania i stolicy na żer Hitlera był zakazany. Był zarazem trudny, niewygodny. Bo nie dało się tego wszystkiego szczelnie poukładać. Ale budowano fałszywe podstawy do wniosków logicznych: jak można Związkowi Sowieckiemu zarzucać grzechy wobec Warszawy, skoro Kraków jest dowodem, ze „Kraj Rad” robił wszystko aby ratować polskie zabytki i kulturę. Wdzięczność za ocalenie Krakowa miała tworzyć podglebie dla tezy, że Warszawę też chcieli ratować (bo Sowieci zawsze wszystko ratują), ale nie mogli i bardzo współczuli Polakom wkręconym w „awanturniczą politykę reakcyjnej AK”. No i tutaj wyprodukowano całą opowieść o tym, że trasy komunikacyjne były nazbyt rozciągnięte itd. To temat na oddzielną rozmowę.

Uroczystości z okazji przeniesienia dowództwa wojskowego Generalnego Gubernatorstwa do Krakowa./fot: NAC

A obecnie co można dziś w ten sposób osiągnąć?
– Dzisiaj w Rosji i na Białorusi daje się nowe życie stalinowskiej propagandzie na temat wojny. Częściowo – paradoksalnie – funkcjonuje ona również na Ukrainie, gdzie próbuje się kult UPA schizofrenicznie łączyć z opowieścią o „wkładzie” Ukraińców w „zwycięstwo nad faszyzmem”. Rosja z tej pseudohistorii uczyniła oręż do niszczenia reputacji Polski (póki co skuteczność tego spora jest w samej Rosji a niewielka na zewnątrz). Moskwa pokazuje niewdzięczność Polaków wobec tych, którzy przynieśli im „wolność, pokój, szczęście i sprawiedliwość społeczną”, ratując perły polskiej kultury i zabytki.
O tym jak Stalin nie pozwolił na odbudowę niepodległej Polski, o tym, że zabrał niemal połowę terytorium państwa a całą resztę zniewolił w takich narracjach się nie mówi. Bo trudno byłoby żądać wdzięczności za okrojenie państwa i zniewolenie obywateli. A czy to Koniew, Botjan czy Bieriezniak? Fakty nie mają tu nic do rzeczy.

Rosjanie nadal wierzą

O komentarz poprosiliśmy także znawcę dziejów okupowanego Krakowa, prof. Andrzeja Chwalbę, historyka i pracownika Uniwersytetu Jagiellońskiego, autora książki „Dzieje Krakowa. Kraków w latach 1939-1945”. W rozmowie z naszą redakcją prof. Chwalba odnosząc się do przesłanej przez czytelnika relacji, powiedział: – W przypadku takich źródeł, historycy są zawsze bardzo ostrożni, wręcz sceptyczni. Nie ulega jednak wątpliwości, że władzom sowieckim i polskim władzom komunistycznym po wojnie bardzo zależało, na stworzeniu mitu szczęśliwego, cudownego wyzwolenia Krakowa. Czyli należało zbudować opowieść o zagrożeniu substancji materialnej i ludzkiej. Nic tak nie przemawiało do wyobraźni, jak wymyślona opowieść (nie wiem, czy nie przez dziennikarza) na temat tego kabla z Pasternika. Nie mamy żadnych dowodów, żadnych świadectw. Nie mniej siła tego mitu była tak rażąca i tak jest obecna w literaturze przedmiotu w języku rosyjskim, że kiedy w 2005 roku do Krakowa, w związku z kolejną, okrągłą rocznicą wyzwolenia Auschwitz, przybyła delegacja rosyjskiego rządowego radia i telewizji rosyjskiej, to miała ze sobą plan Krakowa z zaznaczonymi miejscami, gdzie niby miały znajdować się ładunki dynamitu w celu wysadzenia zabytkowych obiektów. Ponieważ z inicjatywy Polskiego Radia byłem z tą delegacją, to przez cztery godziny jeździłem z nimi po Krakowie, pokazując im rzekomo zaminowane miejsca i tłumacząc, że żadnego dynamitu nie było. Ci Rosjanie pokazywali, że ładunki miały znajdować się m. in. pod Teatrem Słowackiego, w piwnicach pod Collegium Novum i Collegium Maius… Więc bardzo mnie to rozbawiło, ale z drugiej strony zaniepokoiło, bo zdałem sobie sprawę, jak głęboko zostało to wmontowane najpierw w sowiecką a później rosyjską propagandę. Tak więc zaminowanie krakowskich zabytków i istnienie kabla to są konfabulacje i jest to mit. Natomiast jakie są realia? Niemcy, jak przystało na wojskowych dobrze zorientowanych w działaniach wojennych (w końcu wojna trwała dobrych parę lat), zaminowali to, co miało dla nich wartość. Jaki był sens wysadzania w powietrze miasta? Tym bardziej, że oni w jego ważnych punktach nakazali złożenie worków z piaskiem i to tam, gdzie były obiekty zabytkowe, żeby nie uległy one zniszczeniu. Tak było na przykład na Wawelu. Bazylika Mariacka również była zabezpieczona przez Niemców. Natomiast zależało im na wysadzeniu w powietrze gazowni, elektrowni i oczywiście mostów. To jest jakby standard w działaniach wojennych, wojska polskie w ‘39 roku też to robiły, jak i różne inne armie przez dzieje – od momentu, kiedy pojawił się trotyl i można było praktykować wysadzanie mostów i innych obiektów strategicznych. Natomiast jest faktem, że żołnierze Armii Krajowej krakowskiego „Żelbetu”, nie wiem jaką drogą, ale dowiedzieli się lub też zauważyli, że Niemcy podkładają ładunki wybuchowe pod elektrownię. No i w związku z tym została ona po wyjściu Niemców (nie zdążyli jej wysadzić) rozminowana przez AK-owców, trotyl został przez nich wydobyty i tyle. Rzeczywiście Armia Krajowa miała w tym udział, bo można powiedzieć, że rozbrojono ładunki, choć, jak się okazało, Niemcy ich nie uzbroili. Wysadzili tylko mosty a mogli znacznie więcej. W pełni potwierdzam zdanie doktora Korkucia, sam też na ten temat wielokrotne się wypowiadałem. W ciągu ostatnich 20 lat nie pojawiło się nic nowego, co zakwestionowałoby te ustalenia.

Krakowski historyk dodał jeszcze, że mit o kablu prowadzącego do ładunku był bardzo opłacalny dla sowieckiej propagandy: – Nie jestem inżynierem, tylko historykiem, więc nie znam się na technologiach kabla, ale żeby rozważać tę kwestię, należałoby najpierw ten kabel wprowadzi do realiów. W rzeczywistości takiego kabla nie było, więc trudno w tej chwili budować na fikcji historycznej o silnym ładunku wybuchowym, bo propagandowym. To spełniało swoją rolę kapitalnie, bo kiedy przyjeżdżały delegacje sowieckie, pokazywano im te obiekty, ważne dla historii miasta, które "uratowała" Armia Czerwona. I jeszcze ta mapka, którą mieli dziennikarze z telewizji moskiewskiej, a o której wspominałem przy okazji 2005 r. Ona była dla mnie szokiem. Rosjanie mówili, że cały Rynek był zaminowany… No, dobrze, nawet, gdyby to przyjąć za fakt, to jak Niemcy dostali się pod jego płytę? Ale tego oczywiście już nie wiedzieli. Więc widać, że musieli szukać informacji, które pojawiły się w materiałach propagandowy a wiadomo – innych wtedy nie produkowano. Na realistyczne, faktograficzne przekazy nie było zapotrzebowania społecznego ani zgody politycznej. Było zapotrzebowanie polityczne na opowieści fantastyczne, bo dzięki temu można było mówić: „My was uratowaliśmy! W związku z tym należy się nam się wieczna wdzięczność i to do dzisiaj”. Także podsumowując, choć doktor Korkuć nie odkrywał tu Ameryki, to chwała mu za to, że powiedział tak, jak to zostało to w wyniku badań ustalone. Wracając jeszcze do owego 2005 roku – moskiewska radio i telewizja była obecna, bo wtedy na rocznicę wyzwolenia Auschwitz przyjechał młodziutki prezydent Putin. Potem widziałem film, który był realizowany przy tej okazji, bo został on mi przesłany i muszę powiedzieć, że Rosjanie bardzo uczciwie go zrobili. Oczywiście nie pokazywali tej mapki, bo to by ich kompromitowało, ale pokazywali między innymi, jak wyglądał styczeń ‘45 roku w Krakowie i później co się wydarzyło, jak to wyglądało.

Historia

Historia - najnowsze informacje